Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Dziwne „przypadki”

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części tego opracowania; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Słownik Języka Polskiego określa przypadek jako „zdarzenie, lub zjawisko, których nie da się przewidzieć”. Nie czas i miejsce, aby tutaj roztrząsać nieprecyzyjność tego określenia.

Od strony naukowej zajmuje się tym teoria prawdopodobieństwa, będąca działem matematyki, badającym zdarzenia losowe. I chociaż jej rozwój przyniósł nauce dużo korzyści, na przykład otworzył drogę do rozwoju fizyki kwantowej, to jednak ze względu na pojawianie się licznych paradoksów, teoria ta nie stwarza możliwości wyjaśniania wszystkiego, co dotyczy człowieka na poziomie egzystencji materialnej, a tym bardziej na poziomie jego życia duchowego.

W sferze paranaukowej przeważa pogląd, że coś takiego jak przypadek nie istnieje. Może najdobitniej wyraził to już w starożytności Demokryt: „Ludzie z przypadku uczynili mamidło, którym usprawiedliwiają swą własną głupotę”.
Z trafną intuicją potraktował przypadek Friedrich Schiller: „Przypadków nie ma; to, co jawi się nam jako ślepy traf, pochodzi właśnie z najgłębszych źródeł.” – chociaż mogą pojawić się trudności w ustaleniu, co dla Schillera oznaczają „najgłębsze źródła”?

Trzeba więc, stwierdzić: Nie ma przypadków dziwnych, ani szczególnych, ani przypadków zwykłych, ani niezwykłych – bo nie ma żadnych przypadków. Gdyby były, to byłyby zaprzeczeniem mocy Boga, który jest także Panem przypadków.
Są tylko zdarzenia, których natury nie rozumiejąc, nazywamy przypadkami. Wiele takich zdarzeń znajdujemy w opisie walk, w pamiętniku o. Augustyna Kordeckiego – Przeora Jasnej Góry.

Oblężenie klasztoru jasnogórskiego - obraz ze zbiorów jasnogórskich              „Oblężenie Klasztoru Jasnogórskiego” – obraz ze zbiorów jasnogórskich.

ZNISZCZENIE SZWEDZKIEJ PÓŁKARTAUNY.
Jednym z takich wypadków, które skłaniają do refleksji nad ich naturą i przyczyną, jest cytowany już we wcześniejszych wpisach zniszczenie drugiego działa burzącego; 24 – funtowej półkartauny, która rozpękła się w czasie intensywnej nawały artyleryjskiej na Jasną Górę, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Jeszcze raz odnośny fragment z pamiętnika o. Kordeckiego:

Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.

To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa 1982, s. 77 – 78)
Szwedzi posiadali dwie takie półkartauny. Pierwsza została zniszczona celnym strzałem armatnim z Jasnej Góry 14 grudnia. Tak więc, obydwa, tak niebezpieczne dla jasnogórskiej fortecy ciężki działa przeznaczone do burzenia murów, zostały wyeliminowane z walki. Wyżej opisane zniszczenie drugiej półkartauny może budzić w umysłach mniej wyrobionych zdumienie – a dla dociekliwych i krytycznych – wzmożoną chęć poznania prawdy, o ile będzie ona w całej pełni udostępniona umysłowi ludzkiemu. Bo tam, gdzie „Boży Palec dotyka Ziemi”, nie wszystko jest poznawalne ludzkim rozumem.

UKARANIE BLUŹNIERSTWA I ŚWIĘTOKRADZTWA.
”W […] samą uroczystość Niepokalanego poczęcia N. Panny Maryi żołnierz Szwedzki, zacięty nieprzyjaciel Bogarodzicy, wracając do obozu z Rędzin, wioski Pana Tomasza Przerombskiego, w którego domu bluźnił był bezecnymi usty przeciw czci Najświętszej Panny, poległ przed kościołem Św. Barbary od kuli działowej, innym kierunkiem niż sobie puszkarz [artylerzysta – CWU] zamierzał lecącej i od śniegu odskakującej. Tak tedy poniósł słuszną karę z ręki Boga, jako niegodny oglądać słońca, który Najświętszej Rodzicielce wiekuistej jasności i chwały uwłaczał.” (Tamże, s. 51).

Podobnie zdarzyło się polskiemu żołnierzowi – zdrajcy. W pierwszym okresie szwedzkiego potopu, część Wojska Polskiego przeszła na służbę króla szwedzkiego. Wojska takie wchodziły także w skład korpusu Millera, pełniąc w czasie oblężenia Jasnej Góry na ogół rolę pasywną.
„W tym czasie żołnierz z oddziału wojska Polskiego ugodzony kulą z rusznicy, poniósł karę za to: że przemyśliwał o dopuszczeniu się gwałtu na Miejscu Świętym i zostawił tym samym przykład dla późnej potomności. Ten bowiem ohydną żądzą zysku zapalony, obiecywał sobie i swym współtowarzyszom obfity łup z rozlicznych bogactw Jasnej Góry.
Właśnie w tej chwili, kiedy odwodzącym go od świętokradzkich zamiarów rzekł: Godzić się nam, to którzy po stronie Szweda walczymy, w tej właśnie chwili kula z murów puszczona uderza go w głowę, mówiącego strąca z konia na ziemię i razem z życiem gasi świętokradzką żądzę łupu.”
(s.24).

ZDUMIEWAJĄCA NIESKUTECZNOŚĆ SZWEDZKICH ATAKÓW.
Dziwili się sami Szwedzi, że ich ataki są tak mało skuteczne, chociaż bardzo starali się podpalić klasztor. Za przykład niech posłuży fragment z cytowanego już wcześniej opis artyleryjskiego ataku na klasztor, w niedzielę 24 listopada:
Stali na murach nieustraszeni obrońcy z równą gotowością do wytrzymania niebezpieczeństwa ze strony nieprzyjaciela, jak do niesienia takowego; stali z tym większą odwagą, skoro spostrzegli, że wiele pocisków pada bezskutecznie chybiając celu – niektóre lekko tylko dotykają się murów – inne blisko nich upadają – inne (o cudzie!) od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakują, inne z nich wreszcie, nic nie zrobiwszy przenosiły i więcej szkody swoim z przeciwnej strony szturm przypuszczającym sprawiły niż oblężonym.” (tamże, s. 29 – 30).

Podobnie było nazajutrz i w dni następne: ”Niekiedy przecież kule wpadłszy między belki dachów groziły istotnym niebezpieczeństwem pożaru, lecz czuwająca bezustannie straż porywała je zaraz i zrzucała, postrzegłszy dym lub płomień. I zaiste, tylko Opatrzności Boskiej przypisać należy, że dachy drewniane (przy całym swym obszernym rozgałęzieniu i rozłożeniu) dostarczając dla ognia suchego żywiołu, nie stał się pastwą płomieni. Również i to było następnej nocy cudownym zjawiskiem; że kula rozpalona wpadłszy pod dach, odbiła się od komina i padła obok kolebki dziecięcia, lecz ani samego niemowlęcia nie uszkodziła, ani kolebki jego nie zapaliła.” (s.30 – 31).

SZWEDZKIE KULE WRACAJĄ DO ICH OBOZU.
Niezwykłe są też zapiski Ojca Kordeckiego o szwedzkich kulach godzących w ich własny obóz. Działo się to w dwojaki sposób; albo na skutek przestrzelenia – gdy pociski przelatywały ponad klasztorem, czyniąc szkodę własnym wojskom po drugiej stronie twierdzy, albo – co bardziej zdumiewające – odbijały się od murów i wracały do Szwedów, niejednokrotnie czyniąc im spustoszenie. Tutaj znów warto ponownie zatrzymać się, przy opisie zniszczenia drugiej szwedzkiej półkartauny w pierwszy dzień Świat Bożego Narodzenia, w którym czytamy: „Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały” – czytaj więcej wyżej – w tym wpisie pierwszy cytat z pamiętnika o. Kordeckiego.

W innym miejscu czytamy: „Tu zdarzyło się także to pamięci godne: że gdy z nieprzyjacielskiego obozu kilka kul ognistych rzucono na klasztor, jedna z nich utkwiła wprawdzie w dachu kaplicy Matki Boskiej, lecz nagle odszkoczyła; druga z boku do uświęconego Miejsca zmierzając, jak gdyby siłą ukrytą odtrącona zwróciła się ku obozowi, po powietrzu straszliwy ogień rozrzucając.” (s.32).

NIEJASNE OKOLICZNOŚCI ŚMIERCI SIOSTRZEŃCA GEN. MILLERA.
”Zdarzyło się tego dnia, o zmierzchu [12 grudnia – CWU], iż przywódca dział Szwedzkich wystrzelił że śmigownicy we dnie ustawionej i nabitej ku stanowisku Millera, tak iż kładącego się spać siostrzeńca jego w brzuch kulą ugodził i na łożu wuja trupem położył. Przypadek ten byłby samego Millera spotkał, gdyby nie był ustąpił owego nieszczęsnego łoża siostrzeńcowi, którego ten zaszczyt drogo kosztował, bo go życiem przepłacił. Ciało z wydartymi wnętrznościami smutny przedstawiało widok, nie potrafiło jednak wstrzymać Millera w przedsięwziętym zuchwalstwie i dzikości. Nie zastanawiał się nad tym, że tylko przypadkiem uniknął wielkiego niebezpieczeństwa i nie lękał się, aby go podobna dosięgła kara. Owszem ciężka boleść serca podniecała go do próbowania wszelkich środków, jakie tylko mściwy umysł mógł wynaleźć, do zniszczenia i zrównania z ziemia klasztoru.” (s. 55).

Powyższa informacja Ojca Kordeckiego o okolicznościach śmierci siostrzeńca gen. Millera jest nie całkiem jasna. Wątpliwości nie ulega, że zginął on od kuli armatniej. Ale czyja to była kula? Jeśli było tak, jak czytamy w polskim wydaniu pamiętnika, to oznaczałoby to zamach ze strony własnego wojska Millera. Ale gen. Miller nie podjął żadnych działań przeciwko swoim.
Prawdopodobnie zacytowany tekst z pamiętnika o. Kordeckiego został nieprawidłowo przetłumaczony z łaciny, i jest chyba błędem edytorskim wydania, które posłużyło nam do sporządzenia tego wpisu.
Tak, czy inaczej – śmierć siostrzeńca Millera, w łóżku swojego wuja, trzeba uznać za zdarzenie bardzo niezwykłe. Miller i jego obsługa mieli wystarczające doświadczenie wojenne, aby wiedzieć gdzie i w jakiej odległości, należy rozbić namiot naczelnego dowódcy, aby zagwarantować mu bezpieczeństwo w czasie zmagań artyleryjskich. A jednak…

RÓWNIEŻ INNE SZWEDZKIE PRÓBY OPANOWANIA JASNEJ GÓRY SPEŁZŁY NA NICZYM.
Nieskuteczne okazały się prowadzone bez powodzenia podkopy w celu wysadzenia klasztoru w powietrze, z powodu dużej twardości skał wapiennych (tzw. jurajskie wapienie skaliste) oraz wycięcie podziemnej brygady górników w czasie jednego z wypadów obrońców klasztoru.

Podobnie nieskuteczne okazały się próby bezpośredniego ataku na mury, dzięki skutecznemu ostrzałowi artyleryjskiemu z Jasnej Góry – likwidującemu podciągane machiny oblężnicze.

W końcu, do zdarzeń niezwykłych, trzeba też zaliczyć rzadko spotykaną niezłomność, cierpliwość, wyjątkowy hart ducha i niezwykłe zdolności dyplomatyczne dowódcy obrony jasnogórskiej – Ojca Augustyna Kordeckiego.
Jego przedłużanie pertraktacji w sprawie poddania klasztoru, a w końcowym okresie obrony odrzucenia żądania zapłacenia okupu za odstąpienie Szwedów od Jasnej Góry – były działaniem o nie mniejszym znaczeniu niż wysiłek zbrojny.
Czesław Wójcik – Uglis

                                                   Ciąg dalszy nastąpi

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część III: Modlitwa

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Ten wpis warto przeczytać dokładnie, gdyż zawiera klucz do zrozumienia fenomenu cudownej obrony Jasnej Góry 1655 i Cudu nad Wisłą 1920.

Zapraszamy również do przeczytania wcześniejszych wpisów na temat cudownej obrony Jasnej Góry; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Ora et labora – módl się i pracuj. Ta prosta benedyktyńska reguła życia zakonnego, sprawdziła się w czasie pokoju.
Ale w czasie wojny, gdy zagrożone jest życie, wolność i świętość miejsc wybranych przez Boga, przekształca się ona w Oratio et pugna – modlitwa i walka.

Człowiek walczy, Bóg daje zwycięstwo – czytamy w Słowniku Teologicznym. Tak właśnie było na Jasnej Górze, w dniach szwedzkiego oblężenia w 1655 roku, gdy modlitwa i walka przenikały się nawzajem w tajemniczej współpracy.
Modlitwa zdawała się wyprzedzać walkę, i rzeczywiście ją wyprzedzała. Pomagała odnosić zwycięstwa tam, gdzie wydawało się to niemożliwe.
Walka natomiast była częścią modlitwy. Stawała się modlitwą wyrażoną orężem, zbrojnym wysiłkiem i ofiara krwi, która nie ominęła obrońców Jasnej Góry. Mówi o tym pamiętnik Ojca Kordeckiego.
o. Augustyn Kordecki do drukuOjciec Augustyn Kordecki (1603 – 1673) – Przeor Klasztoru Paulinów na Jasnej Górze. Jego niezłomna wiara, modlitwa i wielkie zaufanie pokładane w Bożej Opatrzności, doprowadziły do przezwyciężenia  szwedzkich usiłowań opanowania jasnogórskiego Klasztoru.
To Jego wspominał i przepowiadał pojawienie się takiego przywódcy ks. Ignacy Skorupka, na dwa tygodnie przed swą śmiercią 14 sierpnia 1920 roku, w czasie największego zagrożenia dla Polski ze strony bolszewików, czym nieświadomie zapowiedział swą chwalebną śmierć i rolę potężnego rozbłysku duchowego, elektryzującego cofający się od 6 tygodni polski front. (Obraz ze zbiorów Jasnogórskich)

MODLITWA PRZED WALKĄ
Jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia, Przełożony Jasnej Góry o. Augustyn Kordecki „[…] dnia 18 listopada zwołuje wszystkich Ojców Zgromadzenia zakonnego oraz tych, którzykolwiek ze świeckich osób schronili się do Częstochowy, zachęca ich pobożnie, ażeby byli uczestnikami Mszy Świętej przed ołtarzem N. M. Panny – rozkazuje obnosić Najświętszy Sakrament około murów i warowni wśród publicznych modłów – błogosławi działa większe i mniejsze, kule ołowiane, żelazne i naczynia z prochem.” (A. Kordecki, Pamiętnik oblężenia Częstochowy, Częstochowa, 1982, s. 21 – 22).

W niedzielę 24 listopada, w święto ofiarowania Najświętszej Marii Panny „Chcąc Zakonnicy uroczyściej obchodzić dzień poświęcony swej Opiekunce, do zwykłych ceremonii dodali jeszcze tę uroczystość, iż wewnątrz murów obnoszono naokoło wśród publicznych modłów Najświętszy Sakrament. Pomni na opowieść Pisma, jako dla przestraszenia Filistynów Izrael obnosił arkę Bożą około obozu, zaufali silniej potężnej obronie Boga w swej istocie, niż owi w symbol i figurę Wszechmocnego.” (tamże, s. 28).

PIEŚŃ RELIGIJNA NAD POLEM BITWY.
W tą samą niedzielę, podczas szwedzkiego ataku artyleryjskiego, rozległa się z klasztornej wieży muzyka i pieśń religijna. Niosła się ona nad Jasną Górą i docierała do obozu szwedzkiego: „[…] gdy każdy z największą usilnością i zajęciem wypełnia swoje obowiązki, pokrzepia oblężonych pobożny głos pieśni na szczycie śpiewanej i wygrywanej. Nieprzyjaciele zaś przeciwnie mniemając, że muzyka ta jest na wyszydzenie ich usiłowań i że ich gwałtowne napady są lekceważone, zżymają się z wściekłości i oburzenia. Śpiew ten pobożny tak wielce podniósł ufność i odwagę w mieszkańcach Jasnej Góry, że odtąd weszło w zwyczaj podobną harmonią osładzać sobie niedolę oblężenia i straszliwy krzyk srożącego się wojska […]” (s. 30).

SZWEDZKI DIABOLIZM I WIARA OBROŃCÓW.
Dziwna to była walka i niezwykła obrona, jakich chyba niewiele zapisanych jest w historiach wojen. Szwed bowiem, zdaniem Ojca Kordeckiego, specjalnie wybierał dni świąteczne dla szczególnie uciążliwych ataków na klasztor. Obrońcy natomiast, w te dni świąteczne, nie chwytali za broń, nim nie ukończyli modlitwy i liturgicznych obrządków przewidzianych na taki dzień.
W dniu 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia NMP „Zdawało się, że piekło samo paszczę otwarło przeciw obrazowi świętemu, gdyż, jak tylko dzień zajaśniał, miotały działa burzące tak gęsty i straszliwy ogień od strony północnej i południowej, iż przez ten dzień trzysta czterdzieści kul padło, jak to świeccy zliczyli. Ojcowie bowiem Jasnogórscy zajmowali się przez ten czas nabożeństwem według swego zwyczaju, postanowiono odśpiewać suplikacje przed Najświętszym Sakramentem, z którym gdy po Mszy Świętej procesja wyszła pomiędzy przedmurza, sypały się ogromne złomy murów a świszczące kule (ważące po 26 funtów) przelatywały, nie bez wielkiego przestrachu, ponad głowami modlących się. Nikt przecież w tak okropnym niebezpieczeństwie nie udał się na mury, przed ukończeniem nabożeństwa. Po odbytych dopiero modlitwach, ufni w pomoc Bożą, (co było tylko ludzi płci obojej w klasztorze [ do klasztoru schroniły się także rodziny części świeckich obrońców – CWU], podzielili między siebie obowiązki i każdy podług swoich sił przykładał się jak najdzielniej do obrony.” (s. 52).

EGZORCYZMY PRZECIW CZAROM.
Niekiedy modlitwy przybierały formę egzorcyzmów. W Biblii znajdujemy wyjaśnienie walk i wojen toczonych na Ziemi jako zewnętrznego przejawu walk prowadzonych w świecie duchów. (Zob. Księga Daniela, rozdz.10, J. Bajda, „Objawione słowo… wielka wojna”, Nasz Dziennik, 26-27 sierpnia 2006).
Gdy pod Jasną Górą przez kilka dni i nocy utrzymywały się gęste mgły, ułatwiające Szwedom podprowadzanie pod mury klasztoru potężne machiny oblężnicze, a obrońcy nie mogli użyć artylerii do ich niszczenia z powodu złej widoczności – to dopiero te mgły „[…] stosownymi modlitwami i zażegnaniami rozproszono. Dlatego polecono jednemu z Ojców, ażeby przeciw gusłom nieprzyjacielskim wzywał potęgi Boskiej, powietrze zaciemnione egzorcyzmami oczyszczał i broni oblężonych błogosławił, co tak dalece było skutecznym, iż usunąwszy zabiegi czarodziejskie i wszelkie gusła, ciemności z powietrza ustąpiły, strzały padały znowu skutecznie, a nieprzyjaciel ginął, chociaż niegodziwą pomocą szatana uzbrojony. Z tego powodu mówiono w obozie nieprzyjacielskim: „Częstochowskie mnichy są wielkimi czarownikami, zabijają bowiem naszych najdzielniejszych mężów, którym nic nie pomogły ugody z czartami; otóż sławnego naszego towarzysza (zabito go w pierwszej wycieczce Jasnogórców), mającego siedmiu szatanów przy sobie, który z trzydziestu potyczek wyszedł zwycięsko, włosa nie straciwszy, zabili z wielkim dla nas wszystkich zdumieniem, i nic mu nie pomogły jego czartowskie sztuki, które go kiedy indziej ocalały.”” (s.56 – 57).

WIARA CZYNI CUDA, I NIE CZŁOWIEK ALE SAM BÓG DAJE ZWYCIĘSTWO.
W innym miejscu o. Kordecki zapisał w swoim pamiętniku na dowód ufności w opiekę Boskiej Mocy: „Nazajutrz od śmigownic [śmigownica, to spolszczona nazwa małego działka o długiej lufie – CWU] Jasnogórskich poległo kilku Szwedzkich żołnierzy, nieprzyjaciel cokolwiek zwolnił i żadnej szkody nie przyniósł oblężonym, gdyż Bóg na prośbę Najświętszej Maryi Panny osłaniał swoich wielbicieli cudowną potęgą.” (s.62).

I jeszcze zdanie Ojca Przeora Kordeckiego, nie pozostawiające wątpliwości, kto dokonał tego dzieła: ”Bóg to sam tak rozrządził, ażeby pomiędzy góry niegdyś cudami słynące, w Polsce także i ta Jasna policzoną została, szczególniejszą opieką Boga na prośby Najświętszej Panny obroniona; ażeby nikt z ludzi nie mógł się chlubić jej ocaleniem lub przynajmniej pysznych i chełpliwych powtarzać zwrotów: Ręka nasza to wszystko zrobiła.” (s. 86).

Widać tu wielką pokorę i skromność dowódcy jasnogórskiej obrony, jakiej niestety zabrakło Józefowi Piłsudskiemu w roku 1920 i później, gdy On i jego obóz, konsumowali dla korzyści politycznych niezwykłe zwycięstwo Cudu nad Wisłą 1920.

Wrócimy jeszcze do tego w tym opracowaniu części VI –  „Paralele: Jasna Góra 1655 – Warszawa 1920”.
Ta sprawa już była podjęta na tej stronie w opracowaniu „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży” (zakładka ”Ignacy Skorupka”)
Czesław Wójcik – Uglis.
Ciąg dalszy nastąpi

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część II : Walka

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Gdy w 1655 roku Szwedzi stanęli pod Jasną Góra, ta była już twierdzą warowną, wyniesioną na wapiennym wzgórzu, z bastionami, murami i fosą. Zdobycie takiej warowni wymagało użycia artylerii. Toteż artyleria odegrała najważniejszą rolę podczas próby zdobycia Jasnej Góry.

przyc-edward-mesjasz-oblezenie-jasnej-gory-olej-plotno-87x128cm                   Edward Mesjasz – „Oblężenie Jasnej Góry”, olej na płótnie, 87 x 128 cm

TAKTYKA SZWEDZKA polegała na przypuszczeniu zmasowanego ataku artyleryjskiego na klasztor, z użyciem pocisków zapalających i granatów rozpryskowych, skierowanych na obrońców murów i mieszkańców klasztoru – na przemian z atakiem ciężkich dział burzących, skierowanym na mury.
Po pewnym czasie ogień przerywano i wysyłano posłańca z listem, zawsze ozdobionym wyszukanymi zwrotami grzecznościowymi i licznymi barokowymi przystawkami – którego skrócona treść, dałaby się zamknąć w kilku słowach: „Czcigodni Ojcowie, czy już się poddajecie?”.

Oprócz ataków artyleryjskich, próbowano podczas nocy, lub w czasie mgły, przytoczyć pod mury machiny oblężnicze, umożliwiające bezpośredni atak na mury klasztoru, ale z zadziwiającą skutecznością obrońcy radzili sobie w takich sytuacjach: „Gdy się dzień zrobił, spostrzeżono naprzeciw baszty machinę oblężniczą, którą Szwedzi w nocy na kołach przytoczyli. Lecz załoga klasztoru rozproszyła strzałami z rusznic jej sprawców, machinę zaś działem strzaskano i rozbito.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982, s.56).

Próbowano także wysadzić w powietrze obronne bastiony klasztoru prochowymi ładunkami założonymi w podkopach. W tym celu Szwedzi sprowadzili z Olkusza górników, których zmuszali do wykopania odpowiednich tuneli. Podziemne roboty postępowały jednak bardzo opornie, ze względu na twarde wapienie jurajskie, na których osadzony jest klasztor.

przyciety-a-setkowicz-obrona-czestochowy-z-prywatnej-kolekcji-michala-sitka                  A. Setkowicz – „Obrona Jasnej Góry”, z prywatnej kolekcji Michała Sitka

OBRONA JASNEJ GÓRY opierała się również głównie na artylerii. Można mówić o porównywalnej sile artyleryjskiego ognia po obu stronach. Załoga klasztoru posiadała wprawdzie kilka dział więcej niż Szwedzi, ale tą przewagę równoważyły po stronie szwedzkiej dwie ciężkie 24 – funtowe półkartauny.
W obronie była również przydatna lżejsza broń palna; muszkiety, rusznice i lekkie działka z długą lufą, nazywane po polsku śmigownicami (lub sokolikami) – skuteczne do zwalczania mniejszych celów na dużą odległość.
Przy zwarciu, na wałach przydatna była broń biała, z użyciem nawet pradawnych maczug.
Wielkimi sukcesami kończyły się polskie wypady (tak zwane wycieczki) do szwedzkiego obozu. Dwa takie niespodziewane ataki: nocny z 24 na 25 listopada, i dzienny 20 grudnia, były bardzo skuteczne. W ataku nocnym, w którym brało udział około 40 ochotników, zagwożdżono dwa szwedzkie działa i wycięto w pień załogę szwedzkiej reduty. W drugim wypadzie wzięło udział około 30 ochotników. Pozabijano kamieniarzy drążących tunel pod klasztorem. Prawdopodobnie zginął też szwedzki inżynier dozorującego roboty górnicze. I znów zagwożdżono dwa szwedzkie działa.
W obu przypadkach wypady te odbyły się przy niewielkich stratach własnych.

Bardzo przydatne okazało się również w obronie Jasnej Góry przedłużanie pertraktacji w sprawie poddania klasztoru, czy zapłacenia kontrybucji, na które nalegali Szwedzi. Wymagało to, jak i cała obrona Świętego Miejsca, wyjątkowej roztropności, cierpliwości i przebiegłości – czemu sprostał wielki mąż naszej historii i Kościoła o. Augustyn Kordecki, pomimo przeżywanego przez załogę okresowego zwątpienia i gotowości części obrońców do poddania klasztoru.

STAN LICZEBNY OBU WOJSK przedstawiał się jako druzgocząca przewaga szwedzkiego agresora nad jasnogórską obroną. Korpus gen. Millera liczył około 3200 wojska, na które składała się piechota, jazda i mająca najważniejsze zadanie do spełnienia artyleria.

Załogę jasnogórską stanowiło „[…] ledwo siedemdziesięciu zakonników (wcale nie żołnierzy) taką siłę w sobie uczuli, iżby z pięciu Szlachty Polskiej i ich nieliczną służbą oraz 160 załogi pieszej, po większej części z wieśniaków złożonej, ośmielili się stawić opór tak licznemu wojsku […].” (tamże, s. 84).
Z tego zapisu Ojca Kordeckiego, wynika, że Jasnej Góry broniło 250 – 300 osób, gdyż do obrony włączały się także kobiety z rodzin świeckich obrońców, chroniące się w klasztorze przed Szwedami.  Ojciec Kordecki pisze o tym tak: „Po odbytych dopiero modlitwach, ufni w pomoc Bożą, (co było tylko ludzi płci obojej w klasztorze), podzielili między siebie obowiązki i każdy podług swoich sił przykładał się jak najdzielniej do obrony.” (s. 52).

85-franciszek-kondratowicz-oblezenie-jasnej-gory-1655                     Franciszek Kondratowicz (?) – „Oblężenie Jasnej Góry 1655 roku”

SZWEDZKI ATAK ARTYLERYJSKI NA KLASZTOR W NIEDZIELĘ, 24 LISTOPADA.
„Miller rozstawił tymczasem na trzech miejscach działa. Po przeczytaniu listu [był to list Ojca Przeora do gen Millera, w którym była odmowa poddania klasztoru – CWU] tylko krzyknął nagle, wołając: aby dawano ognia i brano się do oręża na niszczenie klasztoru. Wnet też od strony południowej i północnej lecą pociski i kule ogniste.

Padające kule łupią belki i wiązania dachów, latają ogniste pochodnie a prochem ładowane bomby padają na dachówki kościoła: pozwijane kłęby konopi, oblane smołą i żywicą, rozniecają płomień. Na próżno przecież jęczą mury, gwałtownie tłuczone: jeszcze okropniejszym ciosom postawią one czoło. Wszelkich środków chwyta się nieprzyjaciel, aby srogością wojny i postrachem przerazić serca oblężonych; atoli ani gęsto miotane ognie, ani częsty grzmot dział nie odjęły odwagi obrońcom klasztoru i nie ogarnęła ich bojaźń. Po dachach była rozstawiona straż, aby ugaszać ogień bombami wzniecony; rzucano więc na nie mokre szmaty albo spychano je żerdziami. Stali na murach nieustraszeni obrońcy z równą gotowością do wytrzymania niebezpieczeństwa ze strony nieprzyjaciela, jak do niesienia takowego; stali z tym większą odwagą, skoro spostrzegli, że wiele pocisków pada bezskutecznie chybiając celu – niektóre lekko tylko dotykają się murów – inne blisko nich upadają – inne (o cudzie!) od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakują, inne z nich wreszcie, nic nie zrobiwszy przenosiły i więcej szkody swoim z przeciwnej strony szturm przypuszczającym sprawiły niż oblężonym.” (tamże, s. 29 – 30).

ZACIĘTE ZMAGANIA ARTYLERYJSKIE 11 – 14 GRUDNIA.
Gen. Miller otrzymał 10 grudnia wzmocnienie artyleryjskie; kule; proch i nowe działa z obsługą: w tym dwie ciężkie 24 – funtowe półkartauny, które w nocy 10/11 grudnia zostały wytoczone na stanowiska ogniowe, usadowione w bliskiej odległości od klasztoru; 180 – 350m.
O świcie 11 grudnia nastąpił zintensyfikowany atak szwedzkiej artylerii. Obrońcy byli oszołomieni tak silną nawałą ogniową, jakiej dotąd nie było.

Zmagania z dni 11 – 14 grudnia zwięźle przedstawia Kronika Oblężenia Jasnej Góry, znajdująca się na stronie Biura prasowego Jasnej Góry
Kolor czerwony – ataki szwedzkie i ich sukcesy.
Kolor ciemnozielony – polska obrona

11 grudnia 1655
Szwedzki atak artyleryjski na bastion BIV św. Trójcy i przylegający do niego fragment kurtyny północnej. Z reduty R1bis artyleria szwedzka prowadzi całodzienny, intensywny ogień wyłomowy do bastionu BIV św. Trójcy, oddalonego od niej nie więcej niż 180 m […]. Ogień jest skuteczny, w lewym czole bastionu wybity zostaje dość duży wyłom. Ponadto na bastionie uszkodzone zostają dwa działa forteczne i zabitych kilku puszkarzy. Skuteczny jest również ogień wyłomowy, prowadzony z artyleryjskiej reduty oblężniczej R3 do znajdującej się w odległości około 240 m […] od kurtyny północnej. W pobliżu bastionu BIV św. Trójcy w kurtynie tej wybity zostaje wyłom o znacznych rozmiarach (wyłamane zostały parapety, jak zapisał w swym dzienniku o. A. Kordecki). Ponadto naruszona zostaje konstrukcja murów północnej ściany, znajdujących się tuż za kurtyną, zabudowań klasztornych. Rezultat artyleryjskiego ognia odwetowego obrońców, zaskoczonych znaczną różnicą działania destrukcyjnego, dotychczas strzelających szwedzkich dział 4-6 funtowych a wprowadzonych do akcji dział 12-24 funtowych, był stosunkowo mierny. Szwedzi stracili tylko 1 działo i 6 puszkarzy.

12 grudnia 1655
Szwedzki atak artyleryjski na bastion BIII św. Rocha. Od świtu cały ogień artylerii szwedzkiej na północnym froncie ataku skierowany zostaje na bastion św. Rocha, oddalony od artyleryjskich redut oblężniczych R1bis i R3 około 240 m […] oraz reduty R1 około 300 m […]. Całodzienne ostrzeliwanie bastionu nie daje spodziewanych wyników.
Ogień odwetowy artylerii fortecznej skutecznie obniża sprawność szwedzkich puszkarzy, a nieznaczne uszkodzenia bastionu są natychmiast naprawiane. Szok obrońców, spowodowany skutecznością i efektywnością ognia szwedzkiej artylerii oblężniczej w dniu 11 grudnia, minął. Artyleria forteczna przechodzi do kontrakcji. W późnych godzinach popołudniowych działa bastionu św. Rocha skutecznie ostrzelały kwaterę gen. B. Müllera w Częstochówce. Ginie oficer szwedzki, prawdopodobnie siostrzeniec dowodzącego korpusem oblężniczym. Ostrzałem kieruje puszkarz Prosper Kapusta, przyszły zakonnik zgromadzenia Ojców Paulinów na Jasnej Górze, brat Marcin. [Ojciec Kordecki podaje inną wersje okoliczności śmierci siostrzeńca gen. Millera – wrócimy do tej sprawy w IV części: „Dziwne „przypadki”].

13 grudnia 1655
Fiasko ataku artyleryjskiego na 12 grudnia bastion BIII św. Rocha zmusza Szwedów do wprowadzenia na jego kierunku nowego przykopu P3 i wstawienia przylegających do niego artyleryjskich redut oblężniczych R4 i R4bis, zlokalizowanych w odległości około 240 m […] i 180 m […]. Nowe budowle oblężnicze wykonują pod kierownictwem szwedzkich oficerów chłopi spędzeni z okolicznych wsi klasztornych. Roboty te rozpoczęto w nocy z 12 na 13 grudnia, a zakończono w nocy z 13 na 14 grudnia, zataczając do redut R4 i R4bis działa przesunięte z południowego kierunku ataku inżynieryjno-artyleryjskiego twierdzy.

14 grudnia 1655
Działa rozmieszczone w nowo zbudowanych redutach, w tym półkartauna 24-funtowa (1A24f) w reducie R4bis, otwierają o świcie 14 grudnia ogień wyłomowy do bastionu BIII św. Rocha.
Reakcja artylerii fortecznej bastionu jest natychmiastowa.
Jej ogień odwetowy niszczy częściowo redutę R4bis, druzgocze półkartaunę, obezwładnia załogę reduty oraz zmusza Szwedów do jej opuszczenia i wycofania się do reduty R4. Lufa półkartauny, częściowo zniszczona, zostaje zrzucona z łoża („lawety”), a samo łoże strzaskane. (powyższe cytaty 11 – 14 grudnia 1655r. [z:] R. H. Bochenek, „Twierdza Jasna Góra”, Warszawa 1997, s.76-92, cyt. za: Biuro Prasowe Jasnej Góry
20Gigantomachia%20%20kronika%20obl%C4%99%C5%BCenia%20Jasnej%20G%C3%B3ry.htm ).

20 GRUDNIA – DZIENNY WYPAD OD OBOZU SZWEDZKIEGO – z pamiętnika Ojca Kordeckiego:
„Ponieważ zaś dobrze wiedziano, że nieprzyjaciel wskutek ostatniej wycieczki po nocach prawie nie sypia, mając się na baczności, postanowiono więc jednozgodnie na dzień na niego uderzyć i wyznaczono na to dzień, 20 grudnia.
Wyszli więc pod wodzą Pana Stefana Zamojskiego Miecznika Sieradzkiego, o godzinie pierwszej z południa skrytymi drzwiami do głębokiej obok murów fossy, nią się ku obozowi nieprzyjacielskiemu udając. Najprzód tedy pozabijali napotkanych przy fossie kamieniarzy, dwóch tylko przy życiu zostawiwszy; stąd wpadli na najbliżej stojące działa i dwa zagwoździli. Potem z krzykiem ścigali odważnie rozproszone oddziały nieprzyjaciół aż ku drodze od miasteczka do wsi wiodącej: a uniesieni wojennym zapałem, bynajmniej nie oszczędzali w rozsypce uciekających Szwedów. Około stu jazdy ruszyło przeciwko naszej wycieczce, lecz ci strzałami z dział odparci, musieli się szybko od murów oddalić. Nie przestano do nich strzelać dopóty, aż uszli na pole pod miasteczko, a nasi z łupem wrócili do klasztoru, jednego tylko straciwszy.
( A. Kordecki, op. cit.,s.67).

ZAGWOŻDŻENIE DZIAŁA POLEGAŁO na mocnym wbiciu ciasnego gwoździa, najlepiej o kwadratowym przekroju (a przeważnie takie były wtedy w użyciu) w otwór w tylnej cześć lufy, w który podsypywano proch i podpalano przez niego właściwy ładunek prochowy, znajdujący się w lufie pod tym otworem.
Gwoźdź należało tak wbić, aby nie wystawał ponad lufę. Jeszcze trzeba było go zagiąć wewnątrz lufy pobijakiem do ładowania działa, skutkiem czego nie można było go wyjąć w żadną stronę. Działo tak zagwożdżone można było załadować, ale nie można było odpalić. Jedynym sposobem przywrócenia sprawności zagwożdżonego działa było przewiercenie zaczopowanego otworu prochowego, co nie było zadaniem łatwym, ani szybkim.

25 GRUDNIA – PIERWSZY DZIEŃ ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA
„O samym południu zagrzmiały działa od północy, a kule tak silnie uderzały o ściany klasztoru, iż je w wielu miejscach przedziurawiwszy wśród kurzawy i gruzu po korytarzach i zakrętach klasztoru, tu i ówdzie się odbijając, latały i taką trwogą mieszkających napełniły, że się nikt nawet wyjrzeć nie ośmielił. Rzucał teraz Szwed jak najwięcej pochodni z konopi ukręconych, smołą oblanych, a siarką i saletrą wypełnionych. Rozniecały one straszliwy płomień, szczególniej też te, które tak w żelazne rury były opatrzone, iż na wszystkie strony ogień i ołów miotały. Miały one kształt jabłka granatowego, lecz ponieważ więcej ich na zewnątrz klasztoru, a wiele także i wewnątrz niego na podwórze padało, nie zrządziły szkody uderzeniem lub płomieniem, lecz jedynie obmierzłym swędem cokolwiek oblężonych przestraszyły.

Najbardziej ze wszystkich przerażały kule żelazne wydrążone, które w różne strony klasztoru, gdzie się spodziewano najwięcej ludzi, z machin już tlejące się rzucane z gwałtownością i trzaskiem, po zapaleniu się nagle wewnątrz będącego prochu, pękały i rozpryśniętymi we wszelkim kierunku raniły. Jedną z takich kul znaleziono przed kuchnią, całą i zgasłą; druga pękając na podwórzu wybiła szesnaście szyb w przyległym oknie i tyluż uderzeniami zostawiła ślady na wewnętrznych ścianach apteczki.

Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.

To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” ( tamże, s. 76 – 78).

Jeszcze tego samego dnia wieczorem, wysłał Miller do klasztoru list z żądaniem wypłacenia okupu w wysokości 60 tysięcy talarów za odstąpienie od dalszego oblężenia. Ojciec Kordecki stanowczo odmówił. A to żądanie było już tylko ostatnią, żenującą próbą ratowania osobistej reputacji Millera i jego korpusu.

W nocy 26/27 grudnia gen. Miller zwinął swój obóz i opuścił Częstochowę. Ale nie był to koniec szwedzkich zakusów na opanowanie klasztoru jasnogórskiego. Potyczki ze Szwedami trwały jeszcze sporadycznie pod Jasną Górą do kwietnia 1656 roku. Z pomocą przyszły oddziały polskiej partyzantki, którzy rozbili swój obóz u stóp Jasnej Góry, i w dobrej współpracy z jasnogórska załogą, z jej artylerią, bronili tego Święte Miejsce, aż do nastania spokojniejszego czasu.
Czesław Wójcik – Uglis
Ciąg dalszy nastąpi                   

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część I: Bibliografia

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Latem 1655 roku wojska szwedzkie bez większego oporu zajmowały ziemie Królestwa Polskiego. W sierpniu, przezorny i przewidujący przyszłe wypadki, Przeor Klasztoru Jasnogórskiego o. Augustyn Kordecki postanowił wzmocnić obronność Jasnej Góry.
Poczynił zapasy prochu, kupił muszkiety i sprowadził do jasnogórskiej fortecy 12 – funtowe działa (ćwierćkartauny) wraz z obsługą, które z już posiadanymi lżejszymi działami, razem w liczbie około trzydziestu, stanowiły podstawę artyleryjskiej obrony klasztoru.
Zarządził również oczyszczenie podnóża klasztoru i najbliższej okolicy z luźnych zabudowań i przylegających do murów drewnianych kramów.
Cudowny Obraz Jasnogórskiej Dziewicy został wywieziony i ukryty na Śląsku.

Niedługo przyszło czekać obrońcom na bezpośrednie zagrożenie ze strony szwedzkiej. Wieczorem 8 listopada nastąpił niespodziewany atak około 300 rajtarów oddziału szwedzkiego gen. Jana Wejharda hr. Wrzesowicza. Postawiono ultimatum natychmiastowego poddania klasztoru. Nie uzyskawszy pozytywnej odpowiedzi gen. Wejhard następnego dnia opuścił Częstochowę.

Dziewięć dni później, pod jasnogórski szczyt dotarła diabelska „pielgrzymka” szwedzkiego generała Burcharda Müllera, którego korpus, uzupełniony w niedługim czasie, osiągnął liczbę około 3200 wojska, na które składała się piechota, jazda i mająca najważniejsze zadanie do spełnienia artyleria. Szwedzi, prócz dział lekkich i 12 – funtowych ćwierćkartaun, otrzymali w czasie ponadmiesięcznego oblężenia klasztoru wzmocnienie swej artylerii dwoma ciężkimi 24 – funtowymi półkartaunami, przeznaczonymi do burzenia murów.

ŹRÓDŁA HISTORYCZNE, A NIE SIENKIEWICZOWSKA BELETRYSTYKA

do-druku-kordecki-proj-okladki-witold-parzydloOkładka powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego – „Kordecki”. Warszawa, 1984.
Projekt graficzny Witold Parzydło

Obrona Jasnej Góry, o której pięknie napisał Józef Ignacy Kraszewski”: „W dziejach naszych jest to karta tak cudowna i pociągająca jak historia dziewicy Orleańskiej dla Francji: im bardziej się w nią wpatruje, tym więcej bije w oczy ogrom i piękność tego niepojętego faktu. ” – otoczona jest w naszej historii największą wdzięcznością dla Boga za to niezwykłe doświadczenie nieugiętej wiary obrońców Jasnej Góry, i za pomoc Opatrzności Bożej, która nie zawodzi, gdy niezłomnie trwamy w nadziei zwycięstwa.
To wielkie wydarzenie doczekało wielu różnorakich dzieł; pisanych; mówionych; wyśpiewywanych; malowanych; rytych w metalu i kamieniu; filmowanych; itp…

Na poziomie popularnego przekazu o chwalebnej obronie Jasnej Góry w 1655 roku, może największa rola przypada sienkiewiczowskiej „Trylogii”, z barwnym opisem przygód Kmicica.
I chociaż z wielkim szacunkiem dla Sienkiewicza, tu – w tym miejscu – jego beletrystykę pozostawmy na boku, także i piękną powieść Józefa Ignacego Kraszewskiego „Kordecki”, nieco bliższą historycznej prawdy niż sienkiewiczowski „Potop”.

Nas interesują źródła historyczne dotyczące obrony Jasnej Góry w czasie szwedzkiego potopu.

nova-gigantomachia-do-drukuOkładka pamiętnika Ojca Augustyna Kordeckiego, wydanego po łacinie: „Nova Gigantomachia”, w 1658 roku, w Krakowie.

Na szczęście mamy co najmniej dwa ważne i wiarygodne źródła historyczne dotyczące tej sprawy, pochodzące z czasu, gdy ziemia jeszcze nie pochłonęła całej przelanej w tej wojnie krwi, a wapienne wzgórza okolic Częstochowy nie wypoczęły jeszcze po stratowaniu ich końskimi kopytami i zbezczeszczeniu stopami zaciężnych ciurów szwedzkiego wojska.
Pierwszym najcenniejszym i wiarygodnym źródłem jest pamiętnik Ojca Kordeckiego, wydany po łacinie „Nova Gigantomachia” w 1658 roku w Krakowie – czyli w niespełna w trzy lata po chwalebnej obronie klasztoru.
Drugim jest dzieło Stanisława Kobierzyckiego „Obsidio Clari Montis Czestochoviensis…”, wydrukowanym w Gdańsku w 1659 roku.

To opracowanie, (planowanych jest kilka części), skupia się głównie na interpretacji jasnogórskich zmagań wojennych, jako walki zakorzeniającej się w pozaziemskiej walce duchów, a także na możliwości dokonania paraleli pomiędzy rokiem 1655 na Jasnej Górze, a 1920 pod Warszawą.
Doskonale nadaje się do tego wymienione wyżej, na pierwszym miejscu, dzieło o. Augustyna Kordeckiego, które w polskim tłumaczeniu doczekało się kilku wydań. Umieszczone w tym opracowaniu cytaty pochodzą z wydania: O. Augustyn Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982.
Czesław Wójcik – Uglis
Ciąg dalszy nastąpi

Boże Narodzenie 1655 roku na Jasnej Górze

january-suchodolski-obrona-jasnej-gory-do-druku                                         January Suchodolski – „Obrona Jasnej Góry

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

„W dziejach naszych jest to karta tak cudowna i pociągająca jak historia dziewicy Orleańskiej dla Francji: im bardziej się w nią wpatruje, tym więcej bije w oczy ogrom i piękność tego niepojętego faktu” – napisał o tym Józef Ignacy Kraszewski w powieści „Kordecki”.

Pierwszy dzień Bożego Narodzenie na Jasnej Górze 25 grudnia 1655 roku.
„O samym południu zagrzmiały działa od północy, a kule tak silnie uderzały o ściany klasztoru, iż je w wielu miejscach przedziurawiwszy wśród kurzawy i gruzu po korytarzach i zakrętach klasztoru, tu i ówdzie się odbijając, latały i taką trwogą mieszkających napełniły, że się nikt nawet wyjrzeć nie ośmielił. Rzucał teraz Szwed jak najwięcej pochodni z konopi ukręconych, smołą oblanych, a siarką i saletrą wypełnionych. Rozniecały one straszliwy płomień, szczególniej też te, które tak w żelazne rury były opatrzone, iż na wszystkie strony ogień i ołów miotały. Miały one kształt jabłka granatowego, lecz ponieważ więcej ich na zewnątrz klasztoru, a wiele także i wewnątrz niego na podwórze padało, nie zrządziły szkody uderzeniem lub płomieniem, lecz jedynie obmierzłym swędem cokolwiek oblężonych przestraszyły.
Najbardziej ze wszystkich przerażały kule żelazne wydrążone, które w różne strony klasztoru, gdzie się spodziewano najwięcej ludzi, z machin już tlejące się rzucane z gwałtownością i trzaskiem, po zapaleniu się nagle wewnątrz będącego prochu, pękały i rozpryśniętymi we wszelkim kierunku raniły. Jedną z takich kul znaleziono przed kuchnią, całą i zgasłą; druga pękając na podwórzu wybiła szesnaście szyb w przyległym oknie i tyluż uderzeniami zostawiła ślady na wewnętrznych ścianach apteczki.

Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.

To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982, s. 76 – 78).

Czytelnikom tej strony składam serdeczne życzenia przyjęcia nowo narodzonego Zbawiciela – skoro w gospodzie zabrakło miejsca dla Niego.
Niech pobłogosławi nas wszystkich, i naszą Ojczyznę Polskę… i zbliżający się do samozagłady, obolały grzechem i złem świat. CWU.

Wdowi grosz

Sanktuarium p. w. Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu (inż. architekt Andrzej Ryczek, Polska – Nowy Jork). Perła wśród kościołów w Polsce, konsekrowana 18 maja 2016 roku.
Jaki znak drogowy pomoże Ci znaleźć drogę do Boga?
Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

WDOWI GROSZ
motto:
Na spacerze spotkał świerszcz biedronkę.
– Wiesz – zagadnął – ostatnio muzykuję w kościele, ale to nie dla mnie:
Te ciągłe dzwonienia, grania, śpiewy solowe i chóralne. Muszę się stąd jak najszybciej wyprowadzić!
– Co ty powiesz – zdziwiła się biedronka. Ja mieszkam również w kościele, ale u mnie jest całkiem spokojnie. Nikt mi nie przeszkadza.
– Niemożliwe, gdzie znalazłaś taki kąt? – zaciekawił się świerszcz.
– W skarbonce!
(Kazimierz Wójtowicz – „Opowiastki”)

Taca
Taca
Krzyczą

Pełna kabza
Wołają

Rozpalają swój gniew
Z powodu trzydziestego pierwszego srebrnika

Wszak umawialiśmy się tylko na trzydzieści
Mówią

A przecież
Na środku czerwonego sukna
Leży tylko wdowi grosz

Czasem spadnie jakaś brudna moneta
I rozbłyśnie chwilowym odruchem serca

Proboszcz
Kupi za nią drogocenny olejek
Aby parafialna Magdalena
Miała czym nacierać nogi Zbawiciela
Czesław Wójcik – Uglis

Wnętrze świątyni – widok na nawę główną. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Wnętrze świątyni – wejście na górny poziom. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Cezary Sienkiel – fragment polichromii nad lewą stroną nawy głównej, od lewej: Kazimierz Pułaski, św. abp Zygmunt Szczęsny Feliński, Cyprian Kamil Norwid, Ignacy Paderewski, ks. Ignacy Skorupka, św. Maksymilian Maria Kolbe, Roman Dmowski, gen. Władysław Anders. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Stanisław Stopyra – Droga Krzyżowa: Stacja XIII – Śmierć Jezusa na Krzyżu, tombak. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Kaplica pamięci poświęcona Polakom pomordowanym przez Niemców za ratowanie Żydów podczas II Wojny Światowej. W centrum Niepokalana Dziewica ściera głowę węża – szatana. Głąbiej relikwiarze Męczenników, z napisem „Męczennicy Polscy módlcie się za nami”. Na ścianie tabliczki z imionami i nazwiskami Polaków pomordowanych przez Niemców za ratowanie Żydów. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Świątynia powstała z przysłowiowego wdowiego grosza, składanego jako ofiara serca na apel inicjatora i spiritus movens całego przedsięwzięcia, tego i wielu innych dzieł ojca. dr Tadeusza Rydzyka – Dyrektora radia Maryja.

Jeszcze kilka lat temu, a było to w tym czasie, gdy „…przeciw Radiu Maryja, w celu jego zniszczenia, zastosowano najbardziej wyrafinowany arsenał kłamstw, oszczerstw, pomówień, prowokacji. Opublikowano za judaszowe srebrniki dziesiątki tysięcy kłamliwych, nienawistnych, podżegających i judzących artykułów odwołujących się do najbardziej prymitywnych ludzkich instynktów, byle tylko zasiać ziarno zwątpienia i podejrzeń” – pisał łódzki ksiądz – intelektualista Waldemar Kulbat w „Naszym Dzienniku” z dn.31.12.2005r.

A „Wyborcza” z 09.09. 2002r. zachęcała do zmasowanego uderzenia w mur, jakim jest Radio stworzone przez o. Rydzyka; „każdy mur ma swoją wytrzymałość. Uderzajmy wspólnie , choćby delikatnie – a na pewno zacznie się kruszyć. I może w końcu doczekamy się Radia Maryja bez ojca Rydzyka”.

Dr Stanisław Krajski – znawca masonerii – zacytował w „Naszym Dzienniku” z dnia 30.03.2000r. list pewnego masona, podpisany jego imieniem i nazwiskiem, w którym napisał: „Straszycie ludzi masonami z powodu strachu, że ruch ten zabierze wam wpływy, a przez to i pieniądze, o które tylko i wyłącznie chodzi kościołowi. Wstyd! A gdzie wasze kruchtowe umiłowanie prawdy. A gdzie wasze przebaczenie, o którym tyle mówi ten debil Rydzyk, dla którego wszystkie przekręty są dobre i zgodne z tą waszą zapyziałą wiarą, byle tylko kasa się zgadzała. Pocieszam się, że już niedługo ten starzec z Watykanu przestanie męczyć ludzi swoją obecnością na tej ziemi, a wtedy zobaczymy jak będzie wyglądało to nieszczęście, jakim jest kościół dla Polski”. Dalej, autor tego listu wymienia dwie najgroźniejsze, jego zdaniem, osoby w Kościele; Papieża (JP II) i o. Rydzyka. W tym czasie, inny mason w masońskim piśmie „Wolnomularz Polski” napisał, że największą przeszkodą dla masonerii w Polsce jest Rydzyk.
W tym czasie słyszałem też o pewnym księdzu z Łodzi, który twierdził, że o. Rydzyk działa z inspiracji szatana.
Również znalazło się też wtedy ze czterech biskupów, którzy otwarcie występowali przeciw Radiu Maryja i jego założycielowi. Dwaj z nich już nie żyją, i zapewne tłumaczą się przed Bogiem ze swojej wrogości do tego Dzieła Bożego. Trzeci – ten, który mówił, że „trzeba zamknąć tą szczekaczkę”, bywa wytupywany i wybuczany w czasie swoich wystąpień, a czwarty – wygląda na to, że się nawrócił…

To co wyżej przedstawiłem, to zaledwie kilka przykładów walki i nienawiści do Kościoła i Radia Maryja, wyjęty z pękatej teczki takich dokumentów, które przez jakiś czas zbierałem dla zaprzyjaźnionego ze mną pewnego profesora – wychowanka dwóch zakonów – który choć jest już nad grobem, zachował nadal swoją wielka niechęć do o. Rydzyka, Jego Radia i ostatnich zmian politycznych w Polsce – a z drugiej strony modli się, praktykuje i chodzi do kościoła (!!).

Jakież to jeszcze sekrety kryją się w tajemniczej naturze człowieka, na przeciw której wychodzi niezgłębiona tajemnica Boskiej Miłości i Boskiej Niezwykłości? !!

 CAMERAWidok od strony świątyni na dawny port drzewny, w starorzeczu Wisły.  Na skarpie, niewidoczny na zdjęciu amfiteatr. Foto:Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Wszędzie tam gdzie są Polacy, od 25 lat dokonuje się nowy cud nad Wisłą. I nie jest to jakaś słowna megalomania. Trzeba tylko spojrzeć na to wydarzenie zapoczątkowane przed ćwierćwieczem w Toruniu z pokorą badacza pragnącego poznać tą rzeczywistość.

Ten nowy Cud nad Wisłą różni się od tamtego z 1920 roku innym czasem historycznym i inną dynamiką. Ale podobieństwa dotyczą – tak jak wtedy, tak i teraz – niebezpieczeństwa utraty życia narodowego i państwowego. Wtedy zagrożenie szło ze Wschodu, teraz ze Wschodu i Zachodu, zwłaszcza z Zachodu.
No i to wielkie podobieństwo ideologiczne; wtedy czerwony komunizm, obecnie przepoczwarzony komunizm zachodni w barwach niebieskich. I jeden i drugi ma znamiona satanizmu przeciwstawiającego się Bogu, Kościołowi i tradycyjnym wartościom  – łącznie z wolnością i zagrożeniem bytu narodowego i państwowego.
I jeszcze jedno podobieństwo obu tych czasów – modlitwa. Wtedy może nawet bardziej intensywna niż obecnie. Może dlatego tak bardzo efektowne było tamto zwycięstwo.
Z tego wynika prosty wniosek: Gdybyśmy modlili się teraz, jak wtedy, w roku 1920, to obecny czas zmagań mógłby być skrócony, gdyż i wtedy i teraz, te zmagania mają nie tylko wymiar ziemski, ale jest to także, albo może i przede wszystkim, potężna walka w świecie duchów.
Toteż potrzebna jest jeszcze bardziej intensywna modlitwa z wiarą i rozumem; ciągła, nieustępliwa, niezłomna, zawzięta, gorąca…, z niesłabnąca nadzieją.
Czesław Wójcik – Uglis

Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył zasługę i czyn ks. Skorupki i warszawskiej młodzieży – część VII: Wnioski

                  NIEGODZIWE MANIPULACJE W PIĘKNEJ, CZYSTEJ, SPRAWIE

Gdyby choć wąska smuga pobrzasku  na polu odwiecznego zmagania się prawdy i kłamstwa; pychy i pokory; władzy i służby; bohaterstwa i nikczemności; poświęcenia i egoizmu – po której można by przejść nieskażoną drogą do światła. Foto: „Między dwoma brzegami” Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

CZĘŚĆ VII: WNIOSKI

Przedstawione poniżej wnioski dotyczą sześciu wcześniejszych wpisów o manipulacjach wojskowego dokumentalisty Bolesława Waligóry w sprawie okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki i bohaterskiej obrony Ossowa, w dniu 14 sierpnia 1920 roku, przez I Batalion im. Weteranów 1863 roku, 236 Pułku Piechoty Armii Ochotniczej – złożony głównie z warszawskiej i mazowieckiej młodzieży.

Zapraszam do wcześniejszego przeczytania sześciu wcześniejszych tekstów tego opracowania, które znajdują się poniżej na stronie głównej, lub w zakładce „Manipulacje Waligóry i Poboga – Malinowskiego”. W polecanych tekstach są również pełne dane bibliograficzne, tutaj sygnalizowane tylko rokiem wydania publikacji.

1. Istnieje wiele publikacji na temat okoliczności śmierci ks. Skorupki i przebiegu Bitwy pod Ossowem, ale tylko prace dwu autorów: Mieczysława Słowikowskiego i Bolesława Waligóry są pracami najważniejszymi dla tej sprawy. Istnieje jednak ogromna różnica co do ich wartości.

2. Informacje pochodzące od Mieczysława Słowikowskiego mają wartość pierwszego i najważniejszego źródła w tej sprawie. Są to bowiem informacje bezpośredniego świadka i uczestnika opisywanych wydarzeń – dowódcy stoczonej bitwy.

3. Natomiast Bolesław Waligóra, wojskowy dokumentalista należący do będącego wtedy u władzy obozu piłsudczykowskiego, dokonał zza biurka kompilacji tych wydarzeń. Zrobił to wprawdzie na podstawie wielu różnych źródeł, i w szerszym ujęciu niż M. Słowikowski, ale wykonał to w sposób wybiórczy, nie stroniąc od niegodziwych manipulacji, zmierzających do pomniejszenia czynu i zasług ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży.

4. Motywy takiego postępowania B. Waligóra zawarł w swojej pracy z 1932 roku, twierdząc, że że nie należy wyolbrzymiać znaczenia boju pod Ossowem oraz czynu ks. Skorupki, gdyż tym uwłacza się pamięci tego bohaterskiego księdza.” (zob. na tej stronie „…część I: Fałszywa troska”).

5. W tej samej pracy Waligóra podważa datę 15 sierpnia 1920 roku, jako datę przełomu w całej Bitwie Warszawskiej, pomimo bardzo wielu poważnych stwierdzeń za tą datą, pochodzących od uczestników Bitwy Warszawskiej, zarówno szeregowców, jak i wysokich oficerów. Waligóra stara się w ten sposób pomniejszyć obronną i ofensywną fazę Bitwy Warszawskiej w dniach 13 -15 sierpnia, (a już szczególnie Bitwy pod Ossowem, w której najsłabsi powstrzymali najsilniejszych) na rzecz uderzenia znad Wieprza, rozpoczętego 16 sierpnia, i nad wyraz rozdętej glorii Józefa Piłsudskiego (zob. na tej stronie: „… Część VI: Krętactwa Waligóry wokół daty 15 sierpnia 1920, jako daty przełomu w Bitwie Warszawskiej).

6. Temu samemu celowi służyć miały (i rzeczywiście służyły) pomniejszenia, pominięcia i manipulacje w opisie Bitwy pod Ossowem, dokonanym przez Waligórę w jego opracowaniach.

7. Za szczególnie niegodziwe trzeba uznać manipulacje Waligóry dotyczące zasługi i okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki, którego postać, w tym czasie, gdy Waligóra przygotowywał swe publikacje, otoczona była już zasłużoną legendą bohaterskiego kapłana i obrońcy Warszawy (zob. na tej stronie „…część II: „Dziwne zabiegi wokół śmierci ks. Skorupki”).

8. Waligóra twierdzi, że nikt nie widział w ogniu walki momentu śmierci ks. Skorupki, chociaż znana była Waligórze informacja Słowikowskiego, że w czasie pierwszego ataku Słowikowski widział jego upadek na ziemię, a po bitwie znalazł w zapamiętanym miejscu ciało księdza – z czego jasno wynika, że ks. Skorupka zginął na początku bitwy, idąc w pierwszej linii atakujących ochotników. Tym samym Waligóra zaprzecza informacji wiarygodnego świadka, jakim jest dowódca bitwy ppor. Słowikowski, z powodów wymienionych we wniosku 4 i 5.

9. Waligóra pominął w swoich publikacjach ważną informację bezpośredniego świadka śmierci ks. Skorupki, ucznia – żołnierza J. Szmidke, opublikowaną w 1922roku (zob. na tej stronie „…część II: „Dziwne zabiegi wokół śmierci ks. Skorupki”).
A przecież nie mógł o niej nie słyszeć. Jeśli z powodu jakiegoś zaniedbania Waligóra nie znał tej informacji, to oznaczałoby to, że Waligóra nie jest dokumentalistą o „znakomitym warsztacie archiwisty”.
Jeśli jednak znał tą publikację, ale jej świadomie nie uwzględnił, to w takim razie jest manipulatorem, może zasługującym na pochwały tych, którym służył, ale wtedy kojarzenie jego dokonań z prawdą historyczna nie jest możliwe.

10. Wersja o heroicznej śmierci ks. Skorupki nie była możliwa do przyjęcia przez Naczelnego Wodza oraz ludzi z Jego otoczenia, gdyż nie byłaby wtedy możliwa kreacja Osoby Piłsudskiego na geniusza, któremu miał przypaść niemalże cały splendor zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej, jak i w całej wojnie oraz idąca za tym sukcesja władzy.
Bo jeśli ks. Skorupka zginął na pierwszej linii walki, z uniesionym krzyżem w ręce, jak przedstawia to jego legenda: zagrzewając żołnierzy do walki w obronie wiary i ojczyzny; prowadząc ich wspólnie z dowódcą batalionu, który również był człowiekiem wielkiej wiary, a pod mundurem miał na piersiach medalik z Matka Boską Częstochowską, to byłaby to heroiczna śmierć kapłana i przywódcy na miarę ks. Kordeckiego, czy św. Joanny D’arc. Taka śmierć kapłana – przywódcy byłaby odbierana (i była odbierana) jako dowód Bożej Opatrzności, i owoc złożonej ofiary życia tego młodziutkiego księdza – pozostające w dysharmonii z kreowanym obrazem genialnego wodza. (por. na tej stronie „…część II: „Dziwne zabiegi wokół śmierci ks. Skorupki”).

11. Z tego samego powodu Waligóra pomniejszył również bohaterską walkę młodocianych ochotników z pod Ossowa, którzy niewyszkoleni, słabo uzbrojeni, ale ze zdumiewającą wolą walki, nie przepuścili zaprawionych w bojach czerwonoarmistów z 79 Brygady Chachaniana, należącej do 27 Dywizji Putny – nazywanej „Żelazną Dywizją”.
Ten wysoki stan moralny ochotników dowódca bitwy ppor. Słowikowski uznawał za skutek pracy duchowej, i osobistych cech kapelana ks. Ignacego Skorupki.

12. W dokonanym przez Waligórę opisie walki obrońców Ossowa, zwracają uwagę następujące dezorientacje:
– manipulacje czasem przebiegu poszczególnych faz bitwy, i skrócenie na papierze czasu obrony Ossowa przez młodocianych ochotników,
– wyszukiwanie i cytowanie z dostępnych mu dokumentów negatywnych informacji o wyszkoleniu, uzbrojeniu i walce ochotników broniących Ossowa,
– pomijanie ich niezłomności w walce i skutecznego powstrzymywania wroga przez wiele godzin – aż do czasu przybycia odsieczy,
– przeciwstawianie niewyszkolonym i opadającym z sił ochotnikom, doświadczonego i wzorowo wprowadzonego do walki Batalionu III/13 P.P., który przybył z odsieczą obrońcom Ossowa,
wyśmiewanie sposobu walki ochotniczego batalionu, przez sprytne cytowanie złośliwych uwag niektórych informatorów (zob. więcej „… część III: Manipulacje czasem”, i „…cześć IV: Wyśmiewanie bohaterskich obrońców”).

13. Z Publikacji książkowej dowódcy Bitwy pod Ossowem ppor. Mieczysława Słowikowskiego, wydanej w Londynie w roku 1964, wynika, że nie znał on analizowanych tutaj publikacji mjr Bolesław Waligóry z roku 1932 i 1934. Znał natomiast jego wcześniejszą publikację dotyczącą Ossowa, o której napisał: „Mjr. B. Waligóra w swoim studium o „Boju pod Radzyminem” łączy z nim bój pod Ossowem. Opis boju, nie wiem na jakich źródłach oparty, według mego zdania uwłacza pamięci tych wszystkich ochotników, którzy złożyli młode życie na ołtarzu ojczyzny w obronie Warszawy.” (M. Słowikowski, „Bój w obronie Warszawy i śmierć I. Skorupki”, Londyn, 1964, s. 60 – 61).

14. Współczesny historyk dr Jan Tarczyński, we wstępie do wznowionej publikacji Waligóry z 1932 roku, poddanej krytycznej analizie w tym opracowaniu, napisał: „[…] rozumiemy jak ważna była obronna faza walk Bitwy Warszawskiej, stoczonych głównie w rejonie Ossowa i Radzymina […] Szczególną chwałą okrył się w bojach pod Ossowem 236 P.P., zorganizowany w dzielnicy Praga z młodzieży warszawskiej przez por. Mieczysława Słowikowskiego. Kapelan pułku, ksiądz Ignacy Skorupka poległ w pierwszych minutach polskiego kontrataku, a Jego śmierć stała się ogólnopolskim symbolem obrony stolicy.” (podkr. – CWU).
Ta zgodna z historyczną prawdą opinia dr Jana Tarczyńskiego pozostaje w jaskrawej sprzeczności z zawartą w tej publikacji opinią autora – wojskowego dokumentalisty mjr Bolesława Waligóry.
Te dwa, tak różne i sprzeczne ze sobą spojrzenia na tą samą sprawę, pozostają względem siebie jak dwa odmienne, i wzajemnie wykluczające się światy, gdyż autor wstępu nie ustosunkował się do manipulacji i pominięć B. Waligóry w publikacji, do której napisał ten wstęp.

15. Rozbieżność opisana w p. 14, jest tylko jednym z przykładów obrazujących stan niewiarygodności dotychczasowych badań i oficjalnych opinii dotyczących wojny polsko – bolszewickiej 1919 – 1920, a zwłaszcza Bitwy Warszawskiej z sierpnia 1920 roku, powszechnie nazywanej Cudem nad Wisłą.

16. Ciągle obowiązującą – „poprawną” politycznie i historycznie – wersją przebiegu Bitwy pod Ossowem, jest jej zafałszowany obraz, powstały na podstawie „faktów publicystycznych” dokonanych przez B. Waligórę przez pominięcia, pomniejszenia, przemilczenia i manipulacje. Żyją one swoim własnym życiem, i są ciągle powielane i pomnażane bezkrytycznie, bezmyślnie, lub świadomie, przez różnorakich publicystów.

17. Z tego wynika, że mjr Bolesław Waligóra był nie tylko wojskowym dokumentalistą. Wykorzystując swoją specjalizację, samoistnie wykonywał specjalne zadania na potrzeby władzy politycznej – kreując fikcyjną rzeczywistość historyczną. Nie gardził przy tym niegodziwymi manipulacjami.
Dlatego mówienie i pisanie o nim, jako o wybitnym i rzetelnym dokumentaliście, z doskonałym warsztatem badawczym, służy nadal fałszowaniu prawdy historycznej. Można to stwierdzić z całą pewnością, przynajmniej w odniesieniu do jego opisu Bitwy pod Ossowem, i okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki.

18. Przedstawione manipulacje Bolesława Waligóry wypada uznać może tylko za nieśmiałą próbą zafałszowania historii, wobec tego, co w sprawie okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki zrobił historyk, również związany z obozem piłsudczykowskim: Władysław Pobóg – Malinowski, który całkowicie wyeliminował obecność ks. Skorupki na pola walki. Według jego zmyślenia, ks. Skorupka miał zginąć od przypadkowej kuli, gdzieś w opłotkach Ossowa. (zob. jego „Najnowsza historia polityczna Polski”).

19. Te historyczne fałszerstwa mają bardzo znaczące i wielorakie skutki dla kształtowania się historycznej prawdy, prawidłowego kształtowania naszej świadomości historycznej i narodowej, pomniejszenia możliwości wychowawczych następujących po sobie pokoleń Polaków. Mogły być również przyczyną (lub jedną z przyczyn) zatrzymania procesu beatyfikacyjnego ks. Ignacego Skorupki.

20. Jest jeszcze jeden poważny skutek tych fałszerstw (opisany dalej, we wniosku 21), który zauważalny jest dopiero po wyzwoleniu się z ciasnego, i często ogłupiającego gorsetu myślenia akademickiego, usiłującego dopasować i tłumaczyć wszystkie wydarzenia historyczne i społeczne prawami przyrody, logiki i racjonalizmu. Wyzwolenia z tego kagańca obawiają się nadający sobie pozory naukowości także i utytułowani badacze historii. Dzieje się to najczęściej z powodu braku osobowości,(czytaj; osobistych walorów i wyrobienia charakteru) oraz lęku przed kompromitacją w swoim środowisku, gdzie często obowiązuje rodzaj poprawności kulturowej, politycznej i historycznej.

21. Sygnalizowany we wniosku 20 jeszcze jeden skutek tych historycznych fałszerstw, to kradzież świętości. Bo jeśli w tym wielkim wydarzeniu z połowy sierpnia 1920 roku, nazywanym Cudem nad Wisła, nastąpiło nad Polską wylanie nadzwyczajnych łask Bożej Opatrzności – a wiele na to wskazuje – to jakiekolwiek przywłaszczenie sobie, choćby tylko części tego blasku, jest świętokradztwem. Takie czyny przynoszą nieszczęścia tym, którzy się ich dopuścili, a w wypadku władcy – przynoszą także nieszczęścia dla jego narodu. Tak właśnie próbują interpretować nieszczęścia Polski po 1 września 1939 roku niektórzy badacze tej sprawy w odniesieniu do Józefa Piłsudskiego i jego kultu, rozdętego ponad miarę w II Rzeczpospolitej, a także i później – aż do dnia dzisiejszego.
Szerokim pojęcie świętokradztwa opiera się na zasadzie, że, jest nim każde świadome fałszerstwo prawdy, gdyż prawda jest jednym z atrybutów Boga: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” (J. 14,6). Jednak w tym wypadku mamy do czynienia ze świętokradztwem sensu stricto, gdyż Cud nad Wisłą był dziełem ludzko – boskim. Dokonał się wielkim zbiorowym wysiłkiem Polaków w walce i modlitwie, z udziałem Bożej Opatrzności, zapowiedzianym przez Matkę Bożą Słudze Bożej Wandzie Malczewskiej i przez ks. Ignacego Skorupkę.
Fałszowanie tej prawdy, i przyoblekanie się w niezasłużone laury i blaski, jest w tym wypadku świętokradztwem, przynoszącym osobiste nieszczęścia tym, którzy się tego dopuścili, a gdy dotyczy to przywódców narodu – może przynosić nieszczęścia dla całego narodu.

Czesław Wójcik – Uglis

PRZECZYTAJ TAKŻE NA TEJ STRONIE POZOSTAŁE TEKSTY O MANIPULACJACH mjr BOLESŁAWA WALIGÓRY W SPRAWIE ŚMIERCI ks. IGNACEGO SKORUPKI I BOHATERSKICH OCHOTNIKÓW SPOD OSSOWA

Te teksty będą jeszcze poprawiane i uzupełniane

Jeszcze jedna manipulacja majora Waligóry – Część VI: Krętactwa Waligóry wokół daty 15 sierpnia 1920, jako daty przełomu w Bitwie Warszawskiej

NIEGODZIWE MANIPULACJE W PIĘKNEJ, CZYSTEJ, SPRAWIE

CZĘŚĆ VI: KRĘTACTWA WALIGÓRY WOKÓŁ DATY15 SIERPNIA 1920 ROKU, JAKO DATY PRZEŁOMU W BITWIE WARSZAWSKIEJ

W. Konopka – płaskorzeźba w pstrym piaskowcu na grobie kpt. Benedykta Grzymały – Pęczkowskiego, który zginął w Bitwie pod Radzyminem 15 sierpnia 1920 roku. Cmentarz na Starym Srebrzysku w Łodzi. foto: Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

W analizowanej publikacji mjr Waligóry „Bitwa Warszawska 1920 Bój pod Ossowem i Leśniakowizną w dniu 14 VIII 1920”, wydanej w 1932 roku, oprócz przedstawionych wielu nieścisłości, pominięć i manipulacji w sprawie okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki i pomniejszenia zasług walecznych obrońców Ossowa, znajduje się też jego pokrętne stwierdzenie kwestionujące datę 15 sierpnia 1920 roku, jako datę przełomu w Bitwie Warszawskiej, powszechnie nazywanej Cudem nad Wisłą.

Zacytujmy więc z jego pracy odnośny fragment: „Czyta się często, że ks. Skorupka wierzył, iż dnia 15 VIII, w dniu Wniebowstąpienia, nastąpi przełom i zwycięstwo; w tym też duchu miał kazać do żołnierzy. Wprawdzie w dniu 15 VIII zwycięstwa jeszcze nie było, lecz w pewnych sferach społeczeństwa przekonanie to istnieje. (podkr. – CWU) […] Wojskowe Biuro Historyczne posiada pewne materiały, które oświetlają niektóre fakty. Tak np. kpt. rez. dr. Salak (lekarz I 236. p.p.) wspomina, że w Ząbkach podczas odpoczynku (w czasie marszu do Ossowa) w drewnianym kościółku „kapelan zabrał głos od ołtarza…” Z przemówienia utkwiło w pamięci tego oficera jedno zdanie: czekają nas jeszcze ciężkie ofiary, ale niezadługo – bo piętnastego, w dzień naszej Królowej, losy odwrócą się w naszą stronę. Podobną treść kazania ks. Skorupki przypomina ochotnik 1 kompanji 236. p.p. Kempiners, podając słowa kapłana „… dziś, gdy jesteśmy w wigilię dnia Imienia Najświętszej Panny Marji, módlmy się, a ona da, że choć ze zmiennym szczęściem walczyć będziemy do dnia 15 a od dnia 15 los się odmieni i już tylko zwycięstwo będzie naszym udziałem”.” (przedostatnia i ostatnia strona publikacji).

Dalej następują przeanalizowane już w I i II części tego opracowania („…część I: Fałszywa troska”, „…część II: „Dziwne zabiegi wokół śmierci ks. Skorupki” ), manipulacje Waligóry wokół udziału kapelana ochotniczego batalionu ks. Ignacego Skorupki w Bitwie pod Ossowem i okoliczności Jego śmierci, i owo zdumiewające zdanie końcowe, odsłaniające motywy manipulacji Waligóry popełnione w całej tej publikacji, jak i jego innych publikacjach na ten sam temat, cyt: „Sadzę jednak, że nie należy wyolbrzymiać znaczenia boju pod Ossowem oraz czynu ks. Skorupki, gdyż tym uwłacza się pamięci tego bohaterskiego księdza.” (zob. „…część I: Fałszywa troska”).  

W tym gąszczu krętactw i nieprawidłowości wypada chyba mieć wdzięczność dla mjr Waligóry za przytoczenie informacji pochodzących od dr Salaka i ochotnika Kempinersa, które wzbogacają noszą wiedzę o zapowiedziach ks. Skorupki bliskiego zwycięstwa, pochodzących także z innych źródeł – mimo, że z całego, przeanalizowanego już na tej stronie, kontekstu wynika, że Waligóra przytoczył te informacje w celu mało wzniosłym. Oto bowiem w tym miejscu przestaje być dokumentalistą, a wciela się w rolę politycznego publicysty, który stara się przysłużyć panującemu obozowi władzy.
Bo jak inaczej wyjaśnić jego stwierdzenie „Wprawdzie w dniu 15 VIII zwycięstwa jeszcze nie było, lecz w pewnych sferach społeczeństwa przekonanie to istnieje.”

Na początku lat trzydziestych, gdy mjr Bolesław Waligóra publikował krytycznie analizowane tutaj swoje prace o Bitwie pod Ossowem, był już bardzo ostry rozdźwięk polityczny pomiędzy piłsudczykowskim obozem władzy a opozycją.
W obozie władzy ujawnił się praktyczny stosunek do kościoła, religii, i wysokich wartości duchowych, jak do użytecznego narzędzia politycznych działań – co doskonale opanował od początku swej działalności Józef Piłsudski.
Natomiast opozycyjna endecja, chociaż nieprzebierająca w stosowanych środkach walki politycznej, pozostawała przy tradycyjnych wartościach, wśród których religia opierała się czasem pokusie podobnego potraktowania jak u Piłsudskiego i piłsudczyków. To są właśnie owe „pewne sfery społeczeństwa” – nie tylko opozycja stricte polityczna – lecz również Kościół i szerokie rzesze Polaków, które dzień 15 sierpnia widziały jako przełom w tej wielkiej bitwie. Jest o tym wiele relacji i przekonań uczestników tej wojny – zarówno zwykłych żołnierzy, jak i wielu wysokich oficerów, wysokich dowódców – prócz tego jednego; najwyższego…
Co to oznacza dla naszej krytycznej analizy dokonań majora Waligóry?

Na bitewny przełom w dniu 15 sierpnia wskazują kilkakrotne zapowiedzi ks. Skorupki, zobacz na tej stronie:
http://cud1920.pl/1592/ks-ignacy-skorupka-zapowiedzi-polskiego-zwyciestwa-w-dniu-swieta-matki-boskiej-zielnej    
Ale dużo wcześniej, bo w roku 1872 i 1873 zapowiadała je również Najświętsza Maryja Panna za pośrednictwem Sługi Bożej Wandy Malczewskiej:
http://cud1920.pl/1602/zapowiedzi-odzyskania-wolnosci-przez-polske-i-zwyciestwa-cudu-nad-wisla-przekazane-za-posrednictwem-sl-b-wandy-malczewskiej
W Wielki Piątek 1872r. Wanda usłyszała słowa wypowiedziane przez Matkę Bożą:
Skoro [Polska – CWU] otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciwko niej dawni gnębiciele, aby ją zdusić – ale moja młoda armia, w imię moje walcząca, pokona ich, odpędzi daleko i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę. (Ks. G. Augustynik, „Miłość Boga i Ojczyzny w życiu i czynach Sługi Bożej Wandy Malczewskiej”, Wrocław 2010, s. 112)
„W tym dniu odniesiecie świetne zwycięstwo nad wrogiem” – zapowiedź Najświętszej Maryi Panny  z 15 sierpnia 1873r., w Święto Wniebowzięcia.
Po nieszporach, w czasie medytacji przed obrazem NMP, Wanda usłyszała słowa Matki Najświętszej:
„Uroczystość dzisiejsza niezadługo stanie się świętem narodowym was Polaków, bo w tym dniu odniesiecie świetne zwycięstwo nad wrogiem, dążącym do zagłady waszej. To święto powinniście obchodzić ze szczególną okazałością. Moją stolicę na Jasnej Górze powinniście otaczać szczególniejszą opieką i przypominać sobie dobrodziejstwa, jakie od Boga za moją przyczyną tam odebraliście i jeszcze odbierać będziecie, jeżeli się świętej wierze katolickiej, cnotom chrześcijańskim i prawdziwej miłości Ojczyzny, opartej na jedności i braterstwie wszystkich klas narodu, nie sprzeniewierzycie.” (tamże, s. 144).
Pierwsze opublikowanie tego maryjnego przekazu nastąpiło w 1922r. Ks. Skorupka nie mógł ich znać. Ale już znała je Polska, i razem ze znanymi już zapowiedziami ks. Skorupki, przyczyniały się one do uświadomienia, co naprawdę wydarzyło się w połowie sierpnia 1920 roku.

Ale ta wersja wydarzeń nie była możliwa do przyjęcia przez Naczelnego Wodza oraz ludzi z Jego otoczenia, gdyż nie byłaby wtedy możliwa kreacja Jego Osoby na geniusza, któremu miał przypaść niemalże cały splendor zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej, jak i w całej wojnie (zob. „…część II: „Dziwne zabiegi wokół śmierci ks. Skorupki”).
Zarówno Józef Piłsudski, jak i znaczące osoby z jego otoczenia, ignorowali obchody tego zwycięstwa w dniu 15 sierpnia 1920 roku, nie biorąc udziału w corocznych uroczystościach odbywających się 15 sierpnia w Ossowie, jak i na Jasnej Górze. Święto Żołnierza Polskiego, przypadające w II Rzeczpospolitej na 15 sierpnia, nie ustanowił Józef Piłsudski, usankcjonował je rozkaz Ministra spraw Wojskowych gen. Stanisława Szeptyckiego nr 126, z dnia 4 sierpnia 1923 roku, w którym czytamy: W dniu tym wojsko i społeczeństwo czci chwałę oręża polskiego, której uosobieniem i wyrazem jest żołnierz. W rocznicę wiekopomnego rozgromienia nawały bolszewickiej pod Warszawą święci się pamięć poległych w walkach z wiekowym wrogiem o całość i niepodległość Polski” (za Wikipedią).
W tym czasie Piłsudski, aż do zamachu majowego, pozostawał na poboczu życia politycznego, przebywał w Sulejówku i pisał, dający najwięcej informacji o samym sobie, wielki esej „Rok 1920”.
Natomiast początek lat trzydziestych, kiedy to Waligóra publikował swoje prace o Bitwie pod Ossowem, usilnie tworzony mit genialnego wodza, posiłkował się i takimi metodami, jakimi posłużył się Bolesław Waligóra.

Wynika z tego, że mjr Bolesław Waligóra był nie tylko wojskowym dokumentalistą, ale także kreatorem fikcyjnej rzeczywistości historycznej, używającym swojej specjalizacji na potrzeby władzy politycznej. Dlatego mówienie i pisanie o nim, jako o wybitnym i rzetelnym dokumentaliście, z doskonałym warsztatem badawczym, służy nadal fałszowaniu prawdy historycznej. Z całą pewnością można to stwierdzić, przynajmniej w odniesieniu do jego opisu Bitwy pod Ossowem, i okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki.

Czesław Wójcik – Uglis

PRZECZYTAJ TAKŻE NA TEJ STRONIE POZOSTAŁE TEKSTY O MANIPULACJACH mjr BOLESŁAWA WALIGÓRY W SPRAWIE ŚMIERCI ks. IGNACEGO SKORUPKI I PRZEBIEGU BITWY POD OSSOWEM W DNIU 14 SIERPNIA 1920 ROKU.

Te wpisy będą jeszcze poprawiane i uzupełniane.

Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży – cześć IV: Wyśmiewanie bohaterskich obrońców

NIEGODZIWE MANIPULACJE W PIĘKNEJ, CZYSTEJ, SPRAWIE.

CZĘŚĆ IV – WYŚMIEWANIE BOHATERSKICH OBROŃCÓW.

Wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra na wiele różnych sposobów starał się realizować swoje, już cytowane, założenie, że „[…] nie należy wyolbrzymiać znaczenia boju pod Ossowem oraz czynu ks. Skorupki, gdyż tym uwłacza się pamięci tego bohaterskiego księdza.” (( B.Waligóra, „Bitwa Warszawska 1920 Bój pod Ossowem i Leśniakowizną w dniu 14 VIII 1920R.”, Warszawa 1932, reprint, bez numeracji stron, ostatnie zdanie na ostatniej stronie).
Była już o tym mowa w trzech wcześniejszych częściach tego opracowania poświęconego manipulacjom majora Waligóry.
W jego publikacjach widać niechęć do młodych żołnierzy z I Batalionu im. Weteranów 1863r., 236 Pułku Piechoty Armii Ochotniczej, i ich kapelana ks. Ignacego Skorupki. Oprócz już opisanych sposobów, w oczy rzucają się wyraźnie próby pomniejszenia ich zasług, przez pominięcia w opisie walki ich bohaterskiego oporu. Natomiast nieproporcjonalnie dużo miejsca poświęca Waligóra wychwalaniu walki innych oddziałów; na przykład stosunkowo niewielkiego udziału w bitwie kompani marszowych 221 P. P., czy odsieczy III Batalionu 13 P.P., której poświęcił najwięcej miejsca w opisie bitwy, i przypisuje III batalionowi największą role w stoczonej bitwie. W całym kontekście opisu bitwy nabiera to cech nieszczerej gloryfikacji.
Gdy pisze o I/236 P.P., to wymienia go na końcu oddziałów idących do szturmu, gdy cytuje relację dowódcy bitwy ppor. Słowikowskiego, to wybiera głównie fragmenty o ich trudnościach w walce, nie wyszkoleniu, zmęczeniu i niezdolności do walki.

Ale na miano wyjątkowej niegodziwości zasługują próby ośmieszenia młodych ochotników z I/236 P. P., którzy mimo pospiesznego i niewystarczającego przeszkolenia i braków w uzbrojeniu, pod Ossowem przechodzili swój chrzest bojowy, a wypadło im zmierzyć się z przeciwnikiem o wiele silniejszym i zaprawionym w bojach. I stawili mu czoła. Nie przepuścili wroga przez zaporę utworzona z własnych piersi – płacąc za to krwawą ofiarą.

I cóż byłoby po tym pięknym, wzorowo przeprowadzonym uderzeniu wspomagającym żołnierzy kpt. Szewczyka, gdyby ci młodzi obrońcy stolicy nie trwali przez wiele godzin na swoich miejscach? W takiej sytuacji ich kontrakcja nie byłaby już potrzebna, bo wrota prowadzące przez Ossów na Warszawę zostałyby otwarte.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAFranciszek Sługocki„Bitwa”, płaskorzeźba (odlew w metalu) na pomniku ks. Ignacego Skorupki, przy Archikatedrze Łódzkiej. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Jeszcze raz zacytujmy wojskowego dokumentalistę mjr Bolesława Waligórę: „Dla ścisłości musimy zaznaczyć, że kiedy działania III batalionu 13 Pułku były zorganizowane i prowadzone umiejętnie, to natarcie pozostałych przemieszanych pododdziałów wyglądało inaczej. Tu skorzystajmy z opisów i meldunków artylerzystów 11 Pułku Artylerii Polowej, którzy mogli dobrze obserwować przebieg akcji. Porucznik Kubecki, dowódca 2 baterii 11 Pułku Artylerii Polowej, pisze o jednym z momentów boju pod Ossowem w ten sposób: Oddziały po wyjściu z ogrodów na otwarty teren zbijały się w jedną masę i z krzykiem, przypominającym obrazy dawno minionej wojny, energicznie parły naprzód.
Podobne szczegóły można znaleźć w relacjach oficerów piechoty. Oddziały polskie, przeciwnacierające z Ossowa , rzeczywiście waliły jedną zwartą kupą.
(Waligóra nie podaje źródła tej informacji – CWU). (B. Waligóra, „Bój na Przedmościu Warszawy w sierpniu 1920 roku”, reedycja z 1934 r., Oświęcim 2015, s.381).

Mjr Waligóra posłużył się zręcznie złośliwością artylerzysty porucznika Kubeckiego, i jakiegoś oficera piechoty, którego nazwiska nie podaje. Co o tym sądzić?

Przede wszystkim trzeba wiedzieć o pewnych obyczajach i rywalizacji panującej wtedy w wojsku, które należały do subkultury życia wojskowego. I tak, gdy pojawiała się artyleria, to piechota mówiła – „jedzie artyleria, zaraz będą strzelać w swoich”.
Przykładów nie trzeba szukać daleko. Tego samego dnia; 14 sierpnia wieczorem, w walkach pod niedalekim Nieporętem ważną rolę odegrała artyleria: „Baterie odpowiedziały ogniem dział i karabinów maszynowych. Ogień ten zerwał się nagle i wyładowało się w nim napięcie nerwów dotychczasowego oczekiwania. Nie zauważono, że w ogniu własnym zabito żołnierza z placówki na szosie, a także, że jeden z kartaczy ugodził we własną linię i uszkodził karabin maszynowy i wreszcie, że garść oszołomionych hukiem piechurów poszła do tyłu.” (tamże, s. 361). Natomiast Stanisław Rembek – wybitny pisarz, który w czasie tej wojny służył w artylerii , pod datą 14 sierpnia 1920, napisał o podobnym przypadku ze wstrząsającą oszczędnością słów: „Zabiliśmy niechcący jakiegoś plutonowego, obserwatora z karabinów maszynowych, który wlazł na drzewo. Przyniesiono go nam na pozycję.” (S. Rembek, „Dzienniki rok 1920 i okolice”, Warszawa 1997, s. 121). Podobnych przykładów można by mnożyć wiele, i była to część dramatu toczącej się wojny.

Artylerzyści natomiast mieli często wobec piechoty poczucie wyższości. Przykłady tego można znaleźć chociażby znów u wspomnianego Rembeka. Nie brakowało przy tym docinków, pogwizdywania na siebie i rubasznych żartów. Podczas ciężkich walk w obronie Zamościa, w dniu 30 sierpnia, Stanisław Rembek zapisał: „Za fortem na prawo od nas szła ulicą kolumna piechoty. Szrapnel bolszewicki pękł tuż nad nią, a potem zaraz granat wyrznął pomiędzy dwie kompanie. Piechurzy błyskawicznie umknęli do fortu. Śmialiśmy się do nich, gwiżdżąc. Odpowiadali nam również śmiechem.” (tamże, s. 125).
Najwyżej nosiła się wtedy kawaleria, czego przykłady mamy u Józefa Mackiewicza w jego „Lewej wolnej”, z której nie wypada tutaj cytować, o czym na wojnie nieustannie myśli piechota i artyleria, a o czym kawalerzyści. Inne formacje, jak lotnictwo, saperzy i wojska łączności zastawmy w spokoju, gdyż nie odegrały w tej wojnie takiej roli, jak te trzy pierwsze.

Głośny krzyk „hurra”, podczas ataku piechoty na bagnety, był częścią stosowanej strategii. Pełnił on wieloraką rolę. Miał przerazić przeciwnika; atakującym dawał poczucie jedności i siły; był też sposobem na wyładowanie emocji pojedynczych żołnierzy. Piękne opisy ataków naszej piechoty, znajdują się właśnie u Stanisława Rembeka, i pisze on o tym bez cienia złośliwości.
Artylerzyści podczas swojego strzelania nie stosowali takiego zbiorowego wspomagania się, bo byłoby to pozbawione sensu w ich sytuacji. Myśleli o dobrym wykonaniu swojego zadania, a w razie bezpośredniego zagrożenia, o szybkiej ucieczce z pola walki. Toteż, może i czymś śmiesznym mogły wydawać się niektórym z nich, głośne zbiorowe krzyki idącej do ataku piechoty.

Ale dlaczego Bolesław Waligóra – oficer piechoty, który znał dobrze jej taktykę i obyczaje, skorzystał w swoim opisie Bitwy pod Ossowem z takiej głupawej złośliwości artylerzysty?
Wiele pytań w tej sprawie pozostaje bez odpowiedzi, ale tu odpowiedź jest raczej prosta: Waligóra starał się na wiele sposobów realizować swoje założenie, aby „nie wyolbrzymiać znaczenia boju pod Ossowem oraz czynu ks. Skorupki”. A ponieważ znaczenie czynu ks. Skorupki i młodych ochotników z Ossowa, już wtedy, po wojnie 1919 – 1920 roku, było dostrzegane w społeczeństwie, to starał się o jego pomniejszenie.

Słowa wyjaśnienia wymaga też wzmianka o „zbijaniu się żołnierzy piechoty w kupy”. Był to rzeczywiście problem nieprzeszkolonego batalionu, który nie zdążył przećwiczyć sprawnego rozwijania się pododdziałów w linie tyraliery. Toteż instynktownie żołnierze starali się być bliżej siebie – ze złudnym poczuciem, że razem i blisko siebie będzie bezpieczniej – nie uświadamiając sobie, że w takiej sytuacji będą łatwiejszym celem dla nieprzyjaciela, zwłaszcza jego karabinów maszynowych i artylerii.

Ale mimo tych braków, ochotnicy posiadali coś, czego często brakowało innym żołnierzom: ogromna wolę walki, i nieugięte trwanie przy swoim. Wymownie pisze o ich postawie i możliwościach Mieczysław Słowikowski:
”Dałem rozkaz kompanii rozwinięcia się w linie tyralierską. Nie poszło to dosyć łatwo. Dużą pomoc okazali starzy żołnierze, którzy połączyli się z ochotnikami.
[…] Zląkłem się aby ochotnicy pod wpływem świstających kul sami bez rozkazu nie padli na ziemię w miejscu skąd nie było dobrego obstrzału. Naturalnie trudno by było wtedy pchnąć ich naprzód.”
( M. Słowikowski, „Bój w obronie Warszawy i śmierć ks. I. Skorupki”, Londyn, 1964, s. 41).
”Nie sposób opisać, ile pracy kosztowało ułożenie ochotników w linii stosownie do terenu. Naturalnie musieliśmy pouczać, a nawet pokazywać im jak mają strzelać.” (tamże, s. 42).
„Na nieszczęście nie mieliśmy w batalionie kompani karabinów maszynowych. Batalion nie miał również przydzielonego lekarza i wobec tego nie można było zorganizować punktu opatrunkowego. Powiększało to naturalnie straty w ludziach w tym boju. (tamże, s. 43).

Wszystko to było skutkiem pośpiechu, z jakim były tworzone bataliony wspomagające pułki Armii Ochotniczej. Dla niektórych ochotników w batalionie ppor. Słowikowskiego szkolenie było krótsze niż dwa tygodnie, gdyż nowi ochotnicy cały czas dołączali do tworzonego naprędce batalionu.
Ppor. Słowikowski miał tego świadomość: „Zdawałem sobie dokładnie sprawę z braku bojowego wyszkolenia żołnierzy i słabego opanowania broni. Zaledwie raz odbyło się strzelanie ostre na strzelnicy. Żołnierz nie znał dostatecznie walki na bagnety, nie miał pojęcia co to jest granat. W dodatku słabo poruszał się w terenie, nie umiejąc go dobrze wykorzystać.
Wytrzymałość na trudy bojowe musiała być różna. Zależała od siły fizycznej i wyrobienia ochotnika.
Obawiałem się chrztu bojowego, pierwszej bitwy, wiedząc, iż jej wynik ma zawsze decydujące znaczenia dla żołnierza i jego morale. Dla jego wiary w siebie, w swój oddział i dowódców.”
(tamże, s. 23).
”Pokochałem tych żołnierzy – ochotników pełnych zapału i poświęcenia, rwących się do walki, a nie wiedzących co to jest codzienny trud i praca żołnierza.” (tamże, s. 21).

A jednak, mimo braków wyszkolenia i uzbrojenia, ci ochotnicy okazali się w walce niezłomni. „Kompanie nieraz musiały cofać się pod naciskiem bolszewickiego ataku. Zryw ponownego kontrataku wyrzucał znowu wroga ze wsi. Był to kontredans bitwy, który powtarzał się kilkakrotnie.
Widząc jak upadający ze zmęczenia, lub leżący na ziemi bez ruchu ochotnik, na sygnał naszego szturmu, rzucał się jak nieprzytomny na przód z bagnetem w ręku odzyskując siły po prostu cudem.” (tamże, s. 47).

”Po bitwie śmierć zebrała obfite żniwo” – zatytułował jeden z rozdziałów swojej, cytowanej tutaj książki, dowódca bitwy ppor. Mieczysław Słowikowski – już w stopniu generała na wychodźstwie, gdy spisał swoje wspomnienia.
”W Ossowie i na jego polach zobaczyłem widok żałosny i nie do opisania.
Ochotnicy pomagali rannym kolegom, zbierali się przy zabitych. Nastąpiło u nich pewnego rodzaju odprężenie nerwowe, które graniczyło z utratą dyscypliny wojskowej. Nic w tym dziwnego. Była to przecież pierwsza ich bitwa, a dla niejednego pierwszy widok rannych i zabitych. Byli to ich koledzy i przyjaciele.
Przyznaję, że i ja takiego pola bitwy nie oglądałem.”
(tamże, s. 49).
”Dopiero na odpoczynku w Rembertowie można było dokładniej policzyć straty poniesione w dniu 14 sierpnia. Dochodziły do 40% naszego stanu w rannych, zabitych i zaginionych.”
(tamże, s. 53). A ponieważ I Batalion im Weteranów 1863r., 236 Pułku Piechoty A.O. liczył przed bitwą około 800 żołnierzy, to jego straty trzeba szacować na około 300 ochotników i oficerów. W pierwszym ataku poległ także kapelan ks. Ignacy Skorupka.
Niektóre szacunki wszystkich naszych strat, poniesionych przez nasze oddziały biorące udział w Bitwie pod Ossowem, mówią o liczbie około 600 osób, a trochę większe straty mieli ponieść w tej bitwie bolszewicy.

Na cmentarzu w Ossowie, gdzie znajdują się groby poległych żołnierzy, na obelisku poświęconym ich pamięci znajduje się napis:
„14 SIERPNIA 1920R.
SIEDMIOKROĆ ODPIERALIŚMY
HORDY BOLSZEWICKIE
PADLIŚMY U WRÓT STOLICY
A WRÓG ODSTĄPIŁ…

Może na koniec trzeba jeszcze zapytać: Kto okrył się chwałą, a kto hańbą w odwiecznym zmaganiu prawdy i fałszu?
Jest to pytanie aktualne w każdym czasie – tak wtedy, jak i dzisiaj – bo jest jeszcze pewien rodzaj przyzwoitości, która nakazuje szukać odpowiedzi na takie pytania.

Czesław Wójcik – Uglis.

PRZECZYTAJ TAKŻE NA TEJ STRONIE POZOSTAŁE TEKSTY O MANIPULACJACH mjr BOLESŁAWA WALIGÓRY W SPRAWIE ŚMIERCI ks. IGNACEGO SKORUPKI I BOHATERSKICH OCHOTNIKÓW SPOD OSSOWA

Te teksty będą jeszcze poprawiane i uzupełniane

Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży – cześć III: Manipulacje czasem

NIEGODZIWE MANIPULACJE W PIĘKNEJ, CZYSTEJ, SPRAWIE.

CZĘŚĆ III: MANIPULACJE CZASEM

Bitwę pod Ossowem można podzielić na cztery następujące po sobie fazy:
1. Przełamanie frontu pod Leśniakowizną przez bolszewików przed świtem 14 sierpnia i bolszewicka próba opanowania Ossowa z marszu. Po polskiej stronie dezorganizacja i chaotyczne wycofywanie się rozbitych i przemieszanych oddziałów na Poligon Rembertowski. Gorączkowe, i nieudane, próby opanowania sytuacji przez oficerów cofających się oddziałów.
2. Wprowadzenie do akcji naszych odwodów; I Batalionu im. Weteranów 1963 roku, 236 Pułku Piechoty Armii Ochotniczej (dowódca por. Stanisław Matarewicz, zastąpiony na początku bitwy przez ppor. Mieczysława Słowikowskiego, kapelan ks. Ignacy Skorupka) oraz krótkotrwałe użycie kompani marszowych z 221 Pułku Piechoty, który był pułkiem uzupełniającym dla 21 Pułku Piechoty im. Dzieci Warszawy (dowódca użytych kompani mjr Dobrowolski)
Faza zaciekłej, wielogodzinnej, obrony Ossowa przez I/236 pp., złożony głownie z warszawskiej i mazowieckiej młodzieży oraz dołączających do nich pojedynczych żołnierzy i małych grupek z rozbitych oddziałów. Bohaterski opór obrońców Ossowa w walce z zaprawionymi w bojach strzelcami 79 Brygady Chachaniana, z 27 Dywizji Putny (nazywanej dywizją „żelazną”), 16 Armii Sołłohuba.
3. Odsiecz III Batalionu 13 Pułku Piechoty, pod dowództwem por. Jana Szewczyka. Przełamanie bolszewickich ataków pod Ossowem.
4. Polski kontratak, wyparcie bolszewików z rejonu Ossowa, i osiągnięcie linii frontu z przed bitwy pod Ossowem.

Wintorowski do druku                    Leonard Wintorowski – „Bohaterska śmierć ks. Ignacego Skorupki”

Każde wydarzenie wojenne, niezależnie od jego skali, aby mogło być dobrze udokumentowane, wymaga dokładnego określenia czasu dokumentowanych wydarzeń.

Popatrzmy na przedstawione wyżej cztery fazy Bitwy pod Ossowem. Gdyby, na przykład, druga faza bitwy, czyli opór stawiany przez niedoświadczonych i słabo uzbrojonych żołnierzy ppor. Słowikowskiego, trwał krótko; powiedzmy kwadrans, albo najwyżej pół godziny, to nie byłoby w tym czegoś nadzwyczajnego – po prostu słabsi ulegli silniejszym.
Gdyby trwał ze trzy godziny – to, to byłoby już dowodem waleczności obrońców. I nawet, gdyby ulegli przeciwnikowi po tym czasie, to nie stanowiłoby to dla nich ujmy.

Ale gdyby opór, tych niedoświadczonych młokosów, dla których bitwa pod Ossowem była ich pierwszą w życiu stoczoną bitwą i krwawym chrztem ogniowym, trwał nie trzy godziny, ale dziewięć – dziesięć godzin, a dużo silniejszy nieprzyjaciel nie zdołał ich pokonać – to, to już jest bohaterstwo, przed którym trzeba chylić czoła i przyklęknąć nad przelaną krwią obrońców.

Popatrzmy jakich niezwykłych operacji nad czasem stoczonej Bitwy pod Ossowem dokonał na papierze „wybitny dokumentalista” i „prekursor polskiej wojskowej archiwistyki” mjr Bolesław Waligóra, na przykładzie jego opisu odsieczy por. Szewczyka (faza III).
Wszystkie niżej zacytowane fragmenty opisu Waligóry o przebiegu rozwijającej się odsieczy dotyczą określenia czasu tych wydarzeń. Pochodzą one z jego pracy z 1932r., z rozdziału „Przeciwnatarcie III batalionu 13. p. p. Wyrzucenie nieprzyjaciela z Ossowa i Leśniakowizny.”, (bez numeracji stron). Zacytowano po kolei, od miejsca, gdy odsiecz wyruszyła do Ossowa:
– „III batalion 13. p. p. wyruszył rano dnia 14 VIII i pomaszerował przez poligon […]”.
– „Po zebraniu tych wiadomości por. Szewczyk pociągnął swój batalion w kierunku Ossowa […]”.
– „Przed rozpoczęciem dalszego marszu […]”.
– „[…]już z chwilą osiągnięcia stanowisk I/8. p. a. p. […]”.
– „Marsz w stronę Ossowa, gdzie toczył się bój, trwał jakiś czas.”
– „Po kilku minutach batalion we wzorowym porządku ruszył polną drogą […]”.
– „Od czasu do czasu zatrzymywano się po drodze […]”.
– „Niebawem kompanie podeszły nad rzeczkę […]”.
– „Wkrótce por. Szewczyk wydał krótki rozkaz […]”.
– „Gdy połączenie z baterią zostało nawiązane […]”.
– „[…] początkowo nieprzyjaciel otworzył silny ogień […]”.
– „Z chwilą, gdy rozwinęło się natarcie III/13. p. p. ruszyły również naprzód kompanie 221. p. p. oraz oddziały 36., 33. i II 236. p. p. skupione w okolicy Ossowa.”
– „Wkrótce ścigające oddziały osiągnęły pozycję przedmościa, na którym zatrzymały się.”.
I to wszystko. Nie ma już więcej informacji o przebiegu odsieczy batalionu por. Szewczyka w czasie. Nie ma informacji jak długo trwał marsz batalionu do Ossowa, jak długo trwał jego wspomagający atak w celu przełamania impasu w Ossowie, ani kiedy został on zakończony. Wobec tego nie mamy tu do czynienia z wojskowym dokumentem, ale z fabularną narracją majora Waligóry, która może i ma jakieś walory beletrystyczne, ale niewielką wartość dokumentacyjną.

waligora

mjr Bolesław Waligóra (1898 – 1940) uznawany w II Rzeczpospolitej, jak i obecnie, za wybitnego dokumentalistę i archiwistę wojskowego.

Jednak w jego publikacjach poświęconych Bitwie pod Ossowem i śmierci ks. Ignacego Skorupki jest bardzo wiele poważnych nieprawidłowości, zniekształcających całkowicie obraz tych wydarzeń.

A przecież mjr Bolesław Waligóra dysponował wieloma dokumentami na temat przebiegu Bitwy pod Ossowem, z których część cytuje w swojej pracy, wśród nich pisemną relację dowódcy bitwy ppor. Mieczysława Słowikowskiego. A gdyby były jakieś niejasności w tych dokumentach, to miał wtedy jeszcze łatwy dostęp do uczestników tych wydarzeń, od których mógł czerpać bezpośrednie informacje.
W całym rozdziale o odsieczy batalionu por. Jana Szewczyka, w publikacji Waligóry z 1932 r., są podane tylko dwie informacje godzinowe, które jednak nie wyjaśniają tej sprawy.
Pierwsza, że około godz. 5 rano III/13. p. p. por. Szewczyka otrzymał rozkaz dowódcy pułku przeciwuderzenia w rejonie Ossowa, gdzie doszło do przerwania frontu. Batalion w tym czasie był daleko od pola walki w Ossowie, bo w koszarach rembertowskich (początek omawianego rozdziału).
Druga informacja, cyt.: „Trudno ściśle określić, jakie zadanie otrzymał ten batalion, gdyż meldunek 8. d. p. z g. 12:15 podaje tylko, że III/13.p.p. został skierowany na linię niemieckich okopów na zachód od Ossowa. Z tego meldunku można wnioskować, że III/13. p. p. nie był przeznaczony do przeciwuderzenia na Ossów, lecz raczej do obsady II pozycji przedmościa” (tamże).

Obie te informacje nie udzielają odpowiedzi na pytania o czas akcji batalionu por. Szewczyka w Ossowie, i godziny jej zakończenia. A ta sprawa ma zasadnicze znaczenie dla określenia postawy i wielkości czynu młodocianych obrońców Ossowa, pod dowództwem ppor. Słowikowskiego.

W tej sytuacji należy postawić pytanie, czy taki opis akcji batalionu por. Szewczyka jest skutkiem niestaranności i zaniedbania dokumentalisty Waligóry, czy jego świadomego działania?
Sprawę tą wyjaśnia dalsza analiza tekstów mjr Waligóry, zwłaszcza porównanie opisu tej samej bitwy w jego pracy z 1934 roku.

W obu swych pracach, z 1932 i 1934 r., Waligóra cytuje fragment pisemnej relacji dowódcy bitwy ppor. Słowikowskiego, mówiący o wysiłku i zmęczeniu jego żołnierzy.
W pracy Waligóry z 1932 r. ten fragment brzmi: „Zmęczenie ich dochodzi do ostatecznych granic tak, że około godziny 12:00 nawet z rewolwerem w ręku nie mogę zmusić do poderwania się i ruszenia naprzód. Linia tyralierska leży prawie bez życia, z rzadka tylko strzelając” (Relacja pisemna kpt. dypl. M. Słowikowskiego, cyt. za B. Waligóra, tamże, rozdział „Walka w Ossowie”).
Natomiast w pracy Waligóry z 1934r. ten fragment został pocięty i wygląda tak (kursywą tekst M. Słowikowskiego): „[…] zmęczenie doszło do ostatecznych granic i w końcu podporucznik Słowikowski, jak podaje, Nawet z rewolwerem w ręku – nie mógł zmusić – do poderwania się i ruszenia naprzód. Linia tyralierska leży prawie bez życia, z rzadka tylko strzelając.”.(B. Waligóra, „Bój na Przedmościu Warszawy w sierpniu 1920 roku”, reedycja z 1934r, – Oświęcim 2015. s. 374).
W tym drugim zacytowaniu nie ma już informacji Słowikowskiego, że około godz., 12 jego wojsko, chociaż skrajnie umęczone, zalegało nadal na polu walki, nie przepuszczając również umęczonego jak oni nieprzyjaciela.
Dlaczego Waligóra dokonał tego pominięcia? – może chciał tylko skrócić ten cytat. Może. Ale wygląda na to, że bardzo starał się przyspieszyć atak batalionu III/13, aby w swoim opisie skrócić przez to czas bohaterskiego oporu żołnierzy ppor. Słowikowskiego, gdyż w tej pracy z 1934 r. podaje na str. 381: „Z chwilą rozwinięcia się natarcia porucznika Szewczyka ruszyły naprzód oddziały, znajdujące się na lewym skrzydle, poderwane na rozkaz dowódcy dywizji. Działo się to około godziny 11:00.”, przy czym nie podaje źródła tej informacji.
Widać jak Waligóra uwikłał się w swoich manipulacjach, gdyż jeśli w pracy z 1932 r. podał za Słowikowskim, że obrońcy Ossowa około godziny 12, chociaż skrajnie umęczeni, nadal byli na polu walki, nie przepuszczając również umęczonego jak oni nieprzyjaciela, to musiał pominąć tą informację w pracy z 1934 r., gdyż chciał przyspieszyć na papierze przybycie odsieczy do Ossowa na godz. 11.
Dla ścisłości, trzeba ten wywód uzupełnić jeszcze jedną informacją Waligóry. W pracy z 1934 roku (na tej samej stronie) pisze: „W tymże czasie kapitan Zaremba, dowódca II dywizjonu 11 Pułku Artylerii Polowej, meldował (o godzinie 11:45): Nasza piechota idzie do kontrataku wspierana własna artylerią. Dowództwo XVI Brygady już o godzinie 11:30 meldowało o powodzeniu.”.
Stopień wiarygodności tych dwu meldunków jest trudny do ustalenia, gdyż było kilka (około 6) ataków naszej piechoty podejmowanych z Ossowa. O którym to ataku meldował  kapitan Zaremba? – chyba nie o ostatnim zwycięskim, gdyż dowódca bitwy ppor. Słowikowski podaje zupełnie inny rozkład tych wydarzeń w czasie, co zobaczymy poniżej.
Trzeba też bardzo ostrożnie podchodzić do oceny własnej działalności naszej artylerii pod Ossowem, gdyż w sumie jej rola ograniczyła się głównie do ostrzału zaplecza atakujących bolszewików i blokowanie dróg prowadzących od wschodu do Ossowa.

Słowikowski 1896 - 1989

gen. Mieczysław Zygfryd Słowikowski (1896 – 1989). Znany przede wszystkim jako as wywiadu na Zachodzie podczas II Wojny Światowej. Mniej znana jest jego wielka zasługa w Bitwie pod Ossowem w dniu 14 sierpnia 1920 r., gdzie objął dowództwo nad I Batalionem im. Weteranów 1863r., 236 P.P. Armii Ochotniczej, i przez wiele godzin skutecznie dowodził całością bitwy, dysponując głównie niedoświadczonym i niewyszkolonym wojskiem, złożonym z warszawskiej młodzieży.
Pod Ossowem miał jeszcze niezaleczoną ranę odniesioną na Wschodzie, a pod mundurem medalik z Matką Boska Częstochowską, który zawiesiła mu na piersiach jego Matka, gdy wyruszał na wojnę.

Może ktoś powiedzieć: co to za spór o jedna godzinę z całodniowej bitwy, gdy czas podczas walki chwilami galopująco przyspiesza, to znów ciągnie się niemiłosiernie w oczekiwaniu pomocy.
Nie jest to jednak spór o jedna godzinę. Chodzi o coś więcej. Przeczytajmy teraz kilka cytatów dotyczących czasu tych wydarzeń z publikacji Mieczysława Słowikowskiego z 1964r. Jest w niej zupełnie inny obraz Bitwy pod Ossowem, niż to co podaje w swoich pracach Bolesław Waligóra. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że zasadnicza część informacji, zawarta w cytowanej przez Waligórę pisemnej relacji Słowikowskiego z 1932 roku, pokrywa się z tym, co jest w jego publikacji z 1964 r.
Zgodnie z otrzymanym rozkazem, ppor. Słowikowski poprowadził oddział, którym dowodził do pierwszego ataku. Napisał o tym tak; „Chcąc jak najszybciej przejść na lewą stronę wsi poleciłem wyłamać przydrożne opłotki. Spojrzałem na zegarek, była 5 godzina rano.” (M. Słowikowski, „Bój w obronie Warszawy i śmierć ks. I. Skorupki”, Londyn, 1964, s. 40).
Ten pierwszy atak, podobnie jak i kilka następnych, nie powiódł się. Ppor. Słowikowski zwołał pospieszna odprawę dowódców kompani, na której „Wszyscy zgodzili się, że należy bronić wsi do upadłego. Była prawie 6 – ta godzina rano.” (tamże, s. 44).
”Jak liczyłem, mniej więcej około godziny 6.30 rano piechota nieprzyjaciela wdarła się do wsi.”. (tamże, s 46).
”Nie było czasu na posiłek. Żołnierze nic nie mieli w ustach przez cały dzień. Walka we wsi trwała ze zmiennym szczęściem przez cały dzień.” (tamże, s. 47).
”Największe nasilenie boju trwało mniej więcej do godziny drugiej po południu 14 sierpnia. (podkr. – CWU) W późniejszych godzinach popołudniowych nacisk wroga zelżał, wyczuwałem osłabienie z jego strony, które przejawiało się nawet w nasileniu ognia karabinów maszynowych.
Należy jednak powiedzieć prawdę. Batalion miał duże straty, a żołnierz był bardzo zmęczony.
Od dowództwa nie przychodził żaden rozkaz, żadna pomoc. Nie wiedziałem co o tym sądzić. Nie miałem żadnej łączności. Nie miałem też po prostu możliwości ani czasu na posłanie łącznika nie znającego drogi.
Toteż gdy miedzy godziną 4 – tą a 5 – tą po południu przymaszerował do wsi batalion 13. p. p. pod dowództwem kpt. Szewczyka  
(podkr. – CWU) odetchnąłem z ulgą. Sądziłem, że ma wzmocnić naszą obronę i wykonać natarcie dla odrzucenia nieprzyjaciela.
Kpt. Szewczyk powiedział, iż otrzymał rozkaz udania się do wsi Ossów i pozostania tam jako odwód dywizji. Nie może więc wiązać się w żadną walkę.
Ze względu na stan i wyczerpanie ochotników, nie było to zbyt pocieszające. Przyjście jednak świeżego wojska pobudziło i dodało pewności ochotnikom.
Postanowiłem wykonać ostatni atak już całym baonem. Czułem, iż mogłem zdecydować się na ten zryw.
Około godziny 5 – tej po południu
(podkr. – CWU) batalion przeszedł do natarcia. Tym razem nasze „hurra” we wsi było potężniejsze od poprzednich. Opór wroga był bardzo słaby, umilkły jego karabiny maszynowe. Wyczułem, iż wycofują się teraz pośpiesznie. Nie zatrzymałem więc linii na lizjerze wsi, lecz parłem naprzód by zająć jak najprędzej z powrotem okopy pod Leśniakowizną. Wróg uchodził nie stawiając już żadnego oporu.
W tym parciu naprzód miałem koło siebie kaprala Michalaka z dawnej 8 – mej kompanii 36. p. p. Podniecony i chcąc jak najszybciej zająć starą linię obronną nie oglądałem się na nic. Był to prawie że bieg. Wróg musiał jednak uchodzić jeszcze szybciej bo nie napotkaliśmy go nigdzie.
Gdy dotarłem do linii okopów wtedy dopiero spostrzegłem, że mam koło siebie prócz kaprala tylko ośmiu żołnierzy. Za nami na drodze nie było nikogo.
Bój był skończony. Uwieńczyło go nasze zwycięstwo, a mnie dopiero teraz ogarnął strach.”
(tamże, s. 47 – 48).
„Dałem rozkaz kapralowi pozostania w okopach na drodze, a sam biegłem ile tchu w piersiach do Ossowa, by zebrać rozproszonych ochotników dla obsadzenia pozycji pod Leśniakowizną. Napotykanym, a odpoczywającym po drodze, polecałem natychmiast iść dalej aż do spotkania żołnierzy w okopach.”. (tamże, s. 49).

Tak wyglądało to zwycięstwo w relacji wiarygodnego świadka dowódcy stoczonej bitwy ppor. Mieczysława Słowikowskiego.

ksiażkaA tak ocenił je wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra: „Należy nadmienić, że przełamanie kryzysu i powodzenie pod Ossowem należy przede wszystkim przypisać uderzeniu III batalionu. Dowódca dywizji wspomina, że natarcie III batalionu 13 Pułku, to jedno z najlepiej prowadzonych, jakie widziałem na wojnie (zasługa mjr. Szewczyka i por. Marchewy)”.(B. Waligóra, „Bój na Przedmościu Warszawy…, s. 381).

Chwała walecznym żołnierzom mjr Szewczyka i por. Marchewy. Dowódca bitwy ppor. Słowikowski nie uczynił ujmy, i nie pomniejszył zasług tych dowódców i ich żołnierzy w swoich, cytowanych tutaj wspomnieniach. Ale też pokazał jaki naprawdę był udział III batalionu w całości bitwy, to jest; skuteczne i zbawienne dla obrońców Ossowa przełamanie impasu bitwy – ale nic więcej – bo później batalion por. Szewczyka przeszedł do swoich wyznaczonych zadań, i pozostawił obrońców Ossowa swojemu losowi. Na szczęście ten los okazał się dla nich, dla Warszawy i całej Polski łaskawy.

Szanowny Czytelniku. Zatrzymaj się jeszcze przez chwile nad tą ważna dla naszej historii sprawą, i spróbuj odpowiedzieć, który z obu tych cytowanych autorów jest bardziej wiarygodny? Któremu należy się imię prawdomównego, a kto jest krętaczem i manipulantem na usługach racji mniejszych niż prawda i honor?

W odpowiedzi na te pytania może jeszcze pomoże przygotowywana następna cześć poświęcona manipulacjom mjr Bolesława Waligóry, pt. „Wyśmiewanie bohaterskich obrońców”.

Czesław Wójcik – Uglis

PRZECZYTAJ TAKŻE NA TEJ STRONIE POZOSTAŁE TEKSTY O MANIPULACJACH mjr BOLESŁAWA WALIGÓRY W SPRAWIE ŚMIERCI ks. IGNACEGO SKORUPKI I PRZEBIEGU BITWY POD OSSOWEM W DNIU 14 SIERPNIA 1920 ROKU.

Te wpisy będą jeszcze poprawiane i uzupełniane.