Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzież

NIEGODZIWE MANIPULACJE W PIĘKNEJ, CZYSTEJ, SPRAWIE

Przełom w Bitwie Warszawskiej, powszechnie nazywanej Cudem nad Wisłą, i całej wojnie polsko – bolszewickiej 1919 – 1920, nastąpił w niedzielę 15 sierpnia 1920 roku. Poprzedziły go wielodniowe ciężkie zmagania na całym Froncie Północno – Wschodnim. Szczególne znaczenie miała całodzienna Bitwa pod Ossowem w sobotę 14 sierpnia, gdy w nocy z 13 na 14 sierpnia bolszewicy przerwali pod pobliską Leśniakowizną ostatnią polską linię obrony – bezpośrednio zagrażając Stolicy odległej od Ossowa około 15 km.
” Uświadamiając sobie tę bliskość, rozumiemy jak ważna była obronna faza walk Bitwy Warszawskiej, stoczonych głównie w rejonie Ossowa i Radzymina, pod ogólnym dowództwem gen. Józefa Hallera i przy znacznym udziale gen. Lucjana Żeligowskiego. Pod Ossowem zatrzymały atak wroga 221 i 236 Pułki Piechoty Wojska Polskiego, formacje ochotnicze, złożone z przedstawicieli wszystkich warstw społecznych i zawodowych. Szczególną chwałą okrył się w bojach pod Ossowem 236 P.P., zorganizowany w dzielnicy Praga z młodzieży warszawskiej przez por. Mieczysława Słowikowskiego. Kapelan pułku, ksiądz Ignacy Skorupka poległ w pierwszych minutach polskiego kontrataku, a Jego śmierć stała się ogólnopolskim symbolem obrony stolicy.” (podkr. CWU)napisał dr Jan Tarczyński, dyrektor Centralnej Biblioteki Wojskowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie, we wstępie do wznowionego opracowania mjr Bolesława Waligóry na temat Bitwy pod Ossowem ( B.Waligóra, „Bitwa Warszawska 1920 Bój pod Ossowem i Leśniakowizną w dniu 14 VIII 1920R.”, Warszawa 1932, reprint, bez numeracji stron)
waligora

mjr Bolesław Waligóra (1898 – 1940) uznawany w II Rzeczpospolitej, jak i obecnie, za wybitnego dokumentalistę i archiwistę wojskowego, był związany z obozem piłsudczykowskim. Wydał sporo opracowań kompilacyjnych, poświęconych wybranym fragmentom wielkiej Bitwy Warszawskiej. Sam też brał udział w walkach o Radzymin jako dowódca kompani. Przez swoich dowódców ceniony i nagradzany awansami i odznaczeniami za pracowitość, poświęcenie i skromność – tak na polu walki, jak i w pracy dokumentacyjnej, w której uznawany był jako wybitna osobowość polskiej archiwistyki wojskowej.

Toteż niemałe zdumienie budzą jego manipulacje dokonane wokół Osoby ks. Ignacego Skorupki – gorliwego kapłana i bohatera narodowego z pod Ossowa – postaci na miarę błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki – pomniejszanego i pomijanego przez sanacyjny establishment przez cały okres II Rzeczpospolitej. Gorzkie owoce tamtego czasu pojawiają się i dzisiaj, gdy pragniemy gloryfikować Osobę ks. Skorupki według jego zasług.

We wspomnianym wyżej opracowaniu Waligóry na temat Boju pod Ossowem znajdują się takie jego stwierdzenia, cyt.: „Przejdźmy teraz do udziału ks. Skorupki w walce. […] ks. Skorupka, który mógł odejść do tyłu, prosił, by mu pozwolono iść w tyralierze do natarcia. Szkoda jednak dla legendy, że natarcie, w którym poległ ks. Skorupka, załamało się i nie doprowadziło do odrzucenia wroga.” (Tamże, ostatnia strona tekstu)
Niby nic, niby pozytywnie, a jednak porcja jadu została przesączona. Bo pospieszając tokiem rozumowania i intencji autora, należałoby stwierdzić, że jeszcze większą szkodą dla legendy o bohaterskim kapłanie, było to, że to natarcie nie doprowadziło do, na przykład; całkowitego zakończenia bitwy na Przedmościu Warszawskim; albo i zakończenia całej wojny. Nieco dalej zajmiemy się przebiegiem tego pierwszego starcia, na razie warto zwrócić uwagę w tym akapicie, na rzekomą troskę i dbałość Waligóry o legendę bohaterskiego księdza.
Troska to tylko pozorna, bo nieco dalej czytamy: „Sadzę jednak, że nie należy wyolbrzymiać znaczenia boju pod Ossowem oraz czynu ks. Skorupki, gdyż tym uwłacza się pamięci tego bohaterskiego księdza.” (Tamże, ostatnie zdanie na ostatniej stronie).
Trzeba chyba tutaj się uszczypnąć, jak podczas złego snu. Na wszelki wypadek, aby dokładniej określić, gdzie jesteśmy, podaję synonimy do słowa „uwłaczać”, które oznacza: szarpać, szargać, przynosić ujmę, pogrążać, zniesławiać, oczerniać, szkalować.

Pisząc ten tekst, staram się poskramiać emocje. Ale w tym miejscu może należałoby zapytać, czy autor, pisząc takie zdanie, czuł się dobrze? Czy unoszony pochwałami i splendorem odznaczeń, nie przesadził i niechcący odsłonił tutaj swoje prawdziwe intencje i zamiary wobec prawdy, do zbadania której został powołany jako „wybitny” wojskowy dokumentalista?

Pytania te będą bardziej zasadne, gdy uważniej przyjrzymy się całości opracowania Bolesława Waligóry poświęconego Bitwie pod Ossowem i Leśniakowizną.
Okaże się bowiem, że autor w szczególny sposób, przez zastosowanie wielokrotnych manipulacji, będzie skwapliwie realizował swoje stwierdzenie, „że nie należy wyolbrzymiać znaczenia boju pod Ossowem oraz czynu ks. Skorupki, gdyż tym uwłacza się pamięci tego bohaterskiego księdza.” Cdn.
Czesław Wójcik – Uglis

Biografia ks. Ignacego Skorupki wg. Polskiego Słownika Biograficznego.

grafika ks. Skorupka, archiwum w Łodzi              Grafika ze strony http://uml.lodz.pl/images/baza1_1286132122.jpg

Biogram ze strony
http://www.ipsb.nina.gov.pl/index.php/a/ignacy-jan-skorupka
opublikowany w latach 1997-1998 w XXXVIII tomie Polskiego Słownika Biograficznego.

Skorupka Ignacy Jan (1893–1920), ksiądz, kapelan WP, prefekt szkolny. Ur. 31 VII w Warszawie. Dziadek S-i pochodził z rodziny szlachty zagrodowej z Podlasia; przeniósł się do Warszawy ok. 1877 r. S. był najstarszym synem Adama Jana, urzędnika tow. ubezpieczeniowego w Warszawie, a następnie kasjera warszawskiego magistratu, i Eleonory z Pomińskich (zm. 1916), córki powstańca z r. 1863, starszym bratem Kazimierza (zob.).

  1. uczył się od r. 1902 w gimnazjum Pawła Chrzanowskiego (późniejsze Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego), a następnie w Gimnazjum Rocha Kowalskiego w Warszawie. W r. 1909 wstąpił do warszawskiego seminarium duchownego. W czasie wakacji wyjeżdżał trzykrotnie na praktykę do parafii w Klembowie w pow. wołomińskim. W listopadzie 1912 otrzymał cztery niższe święcenia, a w r. 1914 święcenia subdiakonackie. Po ukończeniu seminarium został w jesieni 1914 skierowany do Akademii Duchownej w Piotrogrodzie. Rozmiłowany w literaturze polskiej, zaraz po przyjeździe do Akademii zainicjował powstanie kółka literackiego «Polonia» i wygłaszał w nim odczyty, m. in. o Warszawie w poezji Artura Oppmana (Or-Ota). Pisał wiersze o wydźwięku patriotyczno-religijnym. W lipcu 1915 do Piotrogrodu przyjechała ewakuowana z Warszawy matka S-i wraz z jego rodzeństwem. S. pomagał rodzinie, wyszukiwał pracę dla braci i opiekował się matką w czasie jej długiej choroby. W t. r. otrzymał święcenia diakonackie, a na kapłana został wyświęcony 26 I 1916. Wskutek kłopotów rodzinnych nie zaliczył jednego z egzaminów i stracił prawo do dalszej nauki w Akademii.

Przez kilka miesięcy w r. 1917 S. był proboszczem parafii w Bogorodsku koło Moskwy, a następnie od września t.r. do sierpnia 1918 proboszczem w Klińcach (obecnie Klincy) w gub. czernihowskiej; równocześnie wykładał religię, język polski, łaciński i grecki w miejscowym gimnazjum, był kierownikiem tajnej polskiej grupy harcerzy, zorganizował szkołę początkową dla dzieci polskich, a także teatr amatorski, w którym wyreżyserował „Betlejem polskie” Lucjana Rydla. Był organizatorem polskich towarzystw opiekuńczych i nieformalnym przywódcą dwutysięcznej grupy Polaków, wyrzuconych przez wojnę z Polski i osiadłych w Klińcach. Jeździł do Kijowa, czyniąc starania o przyspieszenie ewakuacji swych podopiecznych do Polski, a następnie tę ewakuację organizował. Wyjechał w końcu sierpnia 1918 z jedną z wracających do Polski grup.

Warszawskie władze kościelne skierowały S-ę do Łodzi, gdzie został wikariuszem parafii Przemienienia Pańskiego. Był założycielem i prezesem Tow. «Oświata», które przejęło szkołę przy ul. Placowej. S. był prefektem w tej szkole (później noszącej jego imię), a także w ośmioklasowym gimnazjum żeńskim Romany Konopczyńskiej-Sobolewskiej oraz na kursach wieczorowych Mieczysława Barczewskiego. W lipcu i sierpniu 1919 był S. zastępcą proboszcza parafii Ojrzanów-Żelechów koło Grodziska Maz. We wrześniu t.r. został przeniesiony do Warszawy na stanowisko notariusza i archiwisty warszawskiej Kurii Metropolitalnej; zajmował się administracją „Wiadomości Archidiecezjalnych Warszawskich”. Był również kapelanem Ogniska Rodziny Marii przy ul. Zamoyskiego 30, prowadzonym przez franciszkanki dla ok. 200 sierot, prefektem w szkole kolejowej przy ul. Chmielnej, w szkole i na wieczorowych kursach handlowych Tomasza Łebkowskiego. Wygłaszał kazania w kilku warszawskich kościołach, m. in. w okresie Wielkiego Postu 1920 r. – cykl kazań pasyjnych w Katedrze św. Jana.

W początku lipca 1920 S. wystąpił do władz kościelnych o zgodę na objęcie funkcji kapelana wojskowego. Otrzymawszy odmowę, zwrócił się do bpa polowego Stanisława Galla i dzięki niemu w końcu lipca został kapelanem garnizonu praskiego; spędzał całe dnie w koszarach i na dworcach, spowiadając żołnierzy wyruszających na front. Dn. 8 VIII (wg Enc. Wojsk.: 7 VIII) t.r. na własną prośbę został mianowany kapelanem lotnym formującego się w budynku szkoły im. Władysława IV na Pradze 1. batalionu 236. pp Armii Ochotniczej, złożonego głównie z młodzieży gimnazjalnej i akademickiej. W jednej z klas urządził kaplicę.

Dn. 13 VIII S. wymaszerował wraz z batalionem na front. W Rembertowie koło Warszawy, gdzie oddział odpoczywał, dowództwo WP przydzieliło batalion do 36. pp Legii Akademickiej. Wieczorem batalion dotarł do wsi Ossów (pow. wołomiński), leżącej na linii frontu. W dn. 14 VIII 1920 S. zginął w walkach z bolszewikami koło Ossowa. Komunikat Sztabu Generalnego WP z 16 VIII podkreśla «bohaterską śmierć ks. kapelana Ignacego Skorupki […], który w stule i z krzyżem w ręku przodował atakującym oddziałom». Dowódca batalionu ppor. Mieczysław Słowikowski w swych wspomnieniach pisał, że wyraził zgodę na wzięcie udziału S-i w ataku i że widział moment upadku księdza. Natomiast W. Pobóg-Malinowski – nie podając źródła – pisze, że S. «ugodzony został zabłąkaną kulą w chwili, gdy w jakichś opłotkach, pochylony nad ciężko rannym żołnierzem udzielał mu ostatnich pociech religijnych». (podkr. CWU – zobacz niżej komentarz). Ciało S-i przewieziono do Warszawy, gdzie 17 VIII odbyły się uroczystości pogrzebowe w kościele Garnizonowym przy ul. Długiej, a następnie na Powązkach z udziałem najwyższego duchowieństwa oraz przedstawicieli rządu i generalicji. Gen. Józef Haller udekorował trumnę S-i nadanym pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari V kl.

Śmierć ks. S-i stała się składnikiem legendy o «Cudzie nad Wisłą». Prawica jego śmierć uznała za przełomowy moment bitwy warszawskiej. W l. trzydziestych czynione były podobno starania o beatyfikację S-i. W rocznicę śmierci w r. 1921 w Ossowie, w miejscu, w którym miał zginąć, postawiono krzyż z tabliczką informacyjną. W t.r. Polonia Amerykańska odsłoniła tablicę pamiątkową ku czci S-i w Nowym Jorku. Również w końcu lipca t.r. poświęcono mu uroczyście nagrobek na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Na płaskorzeźbie pomnika bohaterów wojny polsko-sowieckiej na warszawskim wojskowym cmentarzu znajdowała się postać S-i (płaskorzeźba została zniszczona po 1945 r.). W r. 1930 został odsłonięty pierwszy w Polsce pomnik S-i w Łodzi (płaskorzeźby tego pomnika wykonał Franciszek Sługocki), zniszczony w czasie okupacji niemieckiej, ponownie wzniesiony w r. 1989. W czerwcu 1939 postawiono w Ossowie obelisk poświęcony S-ce i innym obrońcom Warszawy; zniszczony po r. 1945, pomnik ten został odbudowany po r. 1989. W końcu l. dwudziestych powstał komitet budowy pomnika S-i w Warszawie; wojna uniemożliwiła realizację tego zamierzenia. W r. 1992 odsłonięto na gmachu Gimnazjum im. Władysława IV na Pradze tablicę upamiętniającą pobyt żołnierzy 1. batalionu 236. pp Armii Ochotniczej i S-i. W Warszawie w r. 1921 ulicę Sadową, boczną od Marszałkowskiej, nazwano imieniem S-i; ulice im. S-i znajdowały się również w in. miastach Polski, m. in. w Łodzi, Poznaniu (od r. 1931). W obu tych miastach nazwę tę zlikwidowano po r. 1945. W kilku miasteczkach podwarszawskich, m. in. w Radzyminie i Legionowie, istnieją ulice im. S-i. W r. 1923 powstało w Warszawie stowarzyszenie «Czytelni Żołnierskich im. ks. Skorupki».

Postać S-i znalazła swe odbicie w malarstwie. Na życzenie papieża Piusa XI Jan Henryk Rosen wykonał w poł. l. trzydziestych w Castel Gandolfo wielkie malowidło ścienne, wyobrażające bitwę pod Ossowem, którego postacią centralną jest S. Tenże papież polecił namalować w kaplicy polskiej w Loreto wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, a obok niej postać S-i. Prawe skrzydło tryptyku w warszawskim kościele Matki Boskiej Zwycięskiej na Kamionku pędzla Bronisława (?) Wiśniewskiego przedstawiało fragment bitwy pod Ossowem i postać S-i. Najbardziej znanym w malarstwie stalugowym jest obraz Jerzego Kossaka, przedstawiający bitwę pod Ossowem z centralną postacią S-i (namalowany w r. 1934, olej, w posiadaniu prywatnym, reprod. w: Olszański K., Jerzy Kossak, W. 1992). Podobny temat mają obrazy Romana Bratkowskiego i Bolesława Nawrockiego. Wydawano także pocztówki z ks. S-ą (w górnym rogu z Matką Boską).

Postać S-i utrwalona została w wierszu Mieczysława Zielenkiewicza „Ksiądz–bohater” („Ilustr. Kur. Codz.” z 20 VIII 1920), w dramatach: Stefana Gozdawy Wiecheckiego „Bitwa pod Radzyminem czyli śmierć księdza Skorupki” i Tadeusza Konczyńskiego „Ksiądz Skorupka” (nie druk.), w powieści Józefa Relidzyńskiego „Bój pod Radzyminem” i jego noweli „Janek”, w tomie „Z dni krwi i chwały” (P. [1925]). Publicystyka dotycząca S-i jest niezwykle obfita. Co roku, aż do r. 1939, w rocznicę śmierci ukazywało się co najmniej kilka not, artykułów czy wspomnień. Adam Grzymała-Siedlecki w „Cudzie Wisły” (W. 1920) pisał o nim jako o «ucieleśnionym pomniku heroicznego obowiązku».

W Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie przechowywane są pamiątki po S-ce: krzyż, który miał trzymać w ręku w czasie ataku, stuła oraz krzyż Virtuti Militari.

KOMENTARZ CZESŁAW WÓJCIKA – UGLISA DO PODKREŚLENIA
Władysław Pobóg – Malinowski – historyk związany z obozem piłsudczykowskim, nazywany niekiedy w Internecie genialnym manipulatorem historii, dopuścił sie tutaj prymitywnego, bo wyssanego z palca kłamstwa, podając nieprawdziwe okoliczności śmierci ks. Skorupki. Wielu autorów zajmujących się wydarzeniami tamtego czasu, nie zadaje sobie trudu sprawdzenia tej informacji, która funkcjonuje  swoim „życiem” już ponad pół wieku jako zmyślenie publicystyczne, na podobieństwo dzisiejszych faktów prasowych.
Ta manipulacja, i motywy dla których została dokonana, będzie przedmiotem następnych wpisów na tej stronie.
O prawdziwych okolicznościach śmierci ks. Ignacego Skorupki w relacjach bezpośrednich świadków czytaj tutaj
:
http://cud1920.pl/1586/smierc-ks-ignacego-skorupki-na-polach-ossowa

Stacja Wołyńskiej Golgoty

Ludobójstwo Wołyńskie i Podolskie, którego apogeum przypadło na niedzielę 11 lipca 1943 roku przez lata przemilczane, ma nie w pełni poznany wymiar szowinistyczny, psychologiczny, polityczny, czy nawet (o, zgrozo!) kulturowy. Aby to lepiej poznać, trzeba przykładać do niego wiele różnych miar.  Najbardziej jednak chyba rozświetla je spojrzenie z perspektywy moralnej i religijnej – sięgającej aż do istoty zła.
Wnikając w te wydarzenia, trudno jest oprzeć się wrażeniu, że zaglądamy na samo dno piekła, gdzie ukrywają się najciemniejsze tajemnice zła, nienawiści i kłamstwa, zdolne do zawładnięcia sercem i umysłem człowieka – gdy ten, w swym odrzuceniu Boga, na to pozwoli. Jest to, więc również jedna z tajemnic wolności człowieka, i dokonywanych przez niego wyborów.
Trzeba również zauważyć, że diabeł wschodu lubi nie tylko zabijać, ale także napawać się zbrodnią – na co wskazuje orgiastyczny charakter Ludobójstwa Wołyńskiego. Zjawisko to pojawiało się już wcześniej na Kresach Wschodnich, choćby w latach 1918 – 1920, gdy zwyrodnienie sporej części ukraińskich chłopów w mordowaniu Polaków i polskich żołnierzy, nie ustępowało ówczesnym i późniejszym zbrodniom bolszewików (zobacz przykładowo: Z. Kossak, „Pożoga”, M. Dunin – Kozicka, „Burza od Wschodu”, E. Małaczewski, „Koń na wzgórzu”).

Wyjaśnienie i ostrzeżenie: Poniższy tekst zawiera opis drastycznych zbrodni.
Długo zastanawiałem się, czy należy tak pisać i publikować, mając na uwadze wrażliwość czytelników. Z tego powodu mogą nawet pojawić się ze strony „postępowych ośrodków myśli” (czytaj: wstecznych propagatorów starych kłamstw) zarzuty, że o tej sprawie należy pisać jak najmniej i jak najdelikatniej – podobnie jak atakuje się wystawy, czy filmy – przedstawiające prawdę o aborcji.
Niezależnie od tego, pozostaje jeszcze pewna różnica ról.
Dla nas – to Krwawe Misterium Wołyńskie jest kwestią większych, lub mniejszych wzruszeń, często bolesnego skurczu serca i niedających się osuszyć łez, ale również (jak słychać) niezadowolenia z powodu prawdy burzącej uperfumowane i starannie poukładane kłamstwa.
Dla Nich było to osobistym i realnym przejściem przez okrucieństwo wyjątkowej zbrodni ;zatopienie we krwi i orgii mordu . Oni nadal cierpliwie czekają na prawdę, na modlitwę, na zachowanie w pamięci, na Miłość, która wyzwala i przywraca  życie…

STACJA WOŁYŃSKIEJ GOLGOTY
Jeszcze słychać
Turkot furmanek
I gwar ludzi idących drogą
W niedzielny poranek na mszę do kościoła
I ich pozdrowienie „Niech będzie pochwalony
Pan Jezus Chrystus na wieki”
Wołane rzewnym kresowym zaśpiewem

Ale tamtego dnia

Nie było już odpowiedzi – „Sława Bohu” „Sława Christu”
Słowa uwięzły w gardłach
W oczach zapłonęła nienawiść
Kiedy zerwały się z więzi
Demony mordu i zbrodni

Szli na Wołyńską Golgotę
By umrzeć jak Ty Panie
W poniżającej pogardzie
I nienawiści oprawców

Rozstrzelani
Spaleni żywcem w kościołach
Ukrzyżowani na drzwiach stodoły
Pod ciosami siekiery
Zakłóci widłami
Przepiłowani jak drewno
Na dnie studni
Z pasami zdartej skóry
Porozrywani na części

Dzieci umierały jak rozdeptane kwiaty
Pod ciężkim butem oprawcy
Albo wrzucone przez okno
Do płonącego wnętrza budynków
Rodzicom z rozciętych brzuchów
Wywleczono przewody jelit
„Dzwońcie teraz do waszej Polski”

A Oni
Szli po moście z rozpiętego krzyża
Na spotkanie z ukrzyżowanym Bogiem
Który pokonał śmierć i nienawiść

Bramy piekieł rozwarte
W ogniu ołtarze pokoju
Kielich krwią napełniony
(2009)

Czesław Wójcik – Uglis

Ten tekst, napisany w 2009 roku, a pierwszy raz opublikowany na tej stronie w 2013, nie stracił nic na swojej aktualności – przeciwnie; w obliczu nowych głosów dochodzących dzisiaj (w 2016 roku) z Ukrainy, niechętnych do przyjęcia prawdy o tych wydarzeniach, został jeszcze wzmocniony.
Cóż czeka cię Ukraino, szukająca własnej drogi do wolności, gdy chcesz ją budować na krwi niewinnych ofiar, i odrzucasz wyzwolenie przez prawdę?
A i ty Polsko, nie jesteś pawiem narodów, i nie ulegnij pokusie upiększania swojej historii, bo i bez tego jest ona piękna, gdyż wzrasta na cierpieniu i krwi twoich dzieci. (10.07.2016)

Zobacz także na tej stronie http://cud1920.pl/987/rapsodia-wolynska-na-dwa-krzyze-i-las
oraz inne teksty z tej strony w kategorii „Wołyń i Wschodnie kresy”.

„Płonący obraz” – świadectwo z wojny polsko – bolszewickiej 1919 – 1920

W sierpniu 1920 roku Polska doznała szczególnej opieki Matki Bożej – Królowej Polski. W chwili największego zagrożenia uratowana została Armia, Naród, i dopiero co wskrzeszone Państwo Polskie. Ale Maryja ratowała także pojedynczych żołnierzy. Oto jedno z takich zdarzeń, przekazane nam przez naszego Ojca – Piotra Wójcika – uczestnika tej wojny.
Po ciężkich walkach, i długich, wyczerpujących marszach, umęczony żołnierz zapadł w głęboki sen. Położył się przy leśnej drodze, na której pojawili się Kozacy na koniach. Jechali w jego stronę. Byli jeszcze daleko i nie widzieli śpiącego polskiego żołnierza. Wtedy właśnie zobaczył we śnie płonący obraz Matki Najświętszej. Płonęła jego rama, a iskry i ogniste żagwie spadały z góry na jego mundur, ręce i twarz…

ZE WSI MAZOWIECKIEJ. Świadectwo to dotyczy naszego ojca Piotra Wójcika, chłopskiego syna Adama i Stanisławy z Trzcińskich, urodzonego 29 czerwca 1901 roku na Mazowszu, we wsi Skwary, Parafia Naruszewo, w Dekanacie Płońskim, w Diecezji Płockiej. Został on powołany do wojska z obowiązującego poboru na początku 1919 roku i wcielony do formującej się 1 Dywizji Piechoty Legionowej Wojska Polskiego. Dywizja ta była doborową formacją w Armii gen. Rydza- Śmigłego, i odegrała znaczącą rolę na Froncie Litewsko – Białoruskim, i w walkach na Ukrainie. A od połowy sierpnia 1920 roku w polskiej kontrofensywie znad Wieprza, i później znów na Froncie Północno – Wschodnim.
Piotr Wójcik - zdjęcie z dowodu osobistego do druku
Piotr Wójcik – zdjęcie z Dowodu Osobistego, wydanego w 1934 r. Wcześniejsze fotografie i dokumenty dotyczące Jego służby wojskowej zostały utracone w czasie ucieczki z Wołynia w 1940 r. 

 

BLIZNA NA GŁOWIE. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam bliznę. Była długą na kilka centymetrów, położoną symetrycznie na szczycie głowy, na środku okrągłej łysiny, otoczonej nad uszami wianuszkiem włosów. Blizna była dobrze widoczna, i może, dlatego nie wydawała się czymś szczególnym. Zdawało się, że jest tak naturalna, jak obecność nosa na środku twarzy, i przekonanie, że mają to wszyscy tatusiowie – myślałem wtedy. Dopiero później, przyszła świadomość, że jest to ślad „pocałunku” Ojczyzny, której wtedy wielu z jego pokolenia nie szczędziło ani krwi, ani życia.

ŻOŁNIERSKA CODZIENNOŚĆ. Ojciec często opowiadał o swoich wojennych przeżyciach. W jego wspomnieniach pojawiały się relacje o uciążliwych, długotrwałych marszach, o odparzonych i poranionych nogach, o soli wykrystalizowanej z potu na plecach mundurów, o śnie umęczonych żołnierzy, którzy czasami zasypiali na stojąco, albo w kolumnie marszowej. Wspominał, że żołnierz musiał zmagać się nie tylko z nieprzyjacielem, ale także z piekącym słońcem, deszczem i błotem, a zimą z trzaskającymi mrozami i śniegami po kolana. Dziurawe buty, bród, wszy, głód, pragnienie, oraz niepewność jutra, i częsta zmienność sytuacji frontowych – to był „chleb powszedni” żołnierzy tej wojny.

WIELKIE ZMĘCZENIE. Był rok 1919 lub 1920 (dokładna data i miejsce, uległy niepamięci piszącego te słowa). W czasie ciężkich, wielodniowych, walk młody polski żołnierz stracił kontakt ze swoim oddziałem. Ten osiemnasto – może dziewiętnastoletni – chłopaczyna w mundurze – Piotrek ze Skwar – podobny był chyba do tych młodzików na froncie, których wspominał ranny oficer, uczestnik tej wojny: Widzę dziecinne ręce poborowych osiemnastolatków, wysuwające się z przykrótkich rękawów mundurów, ręce naiwne, zdziwione, niezdarnie trzymające karabin – narzędzie obce.[…] Oto ku tym chłopczynom, zmęczonym i wynędzniałym, niemal bez oficerów, tkwiącym w indywidualnych okopkach, jak stadko kuropatw wkopanych w śniegu, rwie się ta zgraja, której oni nawet nie widzą, o której nie wiedzą zupełnie.” (Melchior Wańkowicz „Ogniem i Mieczem” , [w:] „Tygodnik Ilustrowany” nr 7 –13/1921, cyt. za „Wojna bolszewicka rok 1920”, Warszawa 1990r., s.44.).
O zmęczeniu żołnierzy, ten sam oficer, tak mówił: „Żołnierz wycieńczony ustaje zupełnie. Kładzie się przy drodze, przysiada na głazie polnym i już się nie rusza, głuchy na wszystko, obojętny nawet na czekającą niewolę.” (tamże, s.45).

NIEZWYKŁY SEN. Z wielu przeżyć naszego Ojca szczególnie zapamiętałem, wiele razy wspominane, wydarzenie o nadzwyczajnej pomocy Matki Najświętszej, która – jak był przekonany – uratowała mu życie w chwili śmiertelnego zagrożenia.
Wyczerpany do granic wytrzymałości Piotrek, gdy zorientował się, że jest sam, zapragnął, choćby na chwilę, położyć się i odpocząć… I tam, gdzie stał, legł na poboczu leśnej drogi i twardo usnął. Nie wiedział jak długo spał. Ale we śnie zobaczył nad sobą obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Nigdy nie był w Częstochowie, ale obraz ten znał ze swego kościoła parafialnego w Naruszenie, którego kopia i dzisiaj znajduje się tam w bocznym ołtarzu. A może ktoś dał mu taki obrazek, gdy opuszczał swój dom rodzinny idąc na wojnę? Nie mogła tego zrobić jego Matka – Stanisława – gdyż już od dziesięciu lat nie żyła. Ze wspomnień innych żołnierzy dowiadujemy się, że byli oni, przed wyjazdem na front, serdecznie żegnani przez nieznanych ludzi, i często obdarowani jedzeniem, albo jakąś skromną pamiątką… Często był to medalik, różaniec, albo poświęcony obrazek. Może był to dar któregoś z księży kapelanów, którzy szli z żołnierzami na front?

PŁONĄCY OBRAZ. Obraz Matki Bożej Częstochowskiej we śnie Piotrka był nad nim. On spał, a Maryja czuwała nad jego snem. Ale gdy Ją ujrzał, to był to widok przerażający. Płonęła drewniana rama obrazu, a w dół sypały się na niego iskry i ogniste żagwie. Bał się, że za chwilę zostanie poparzony. Gwałtownie obudził się, i wtedy, zobaczył przez zarośla czterech Kozaków na koniach, jadących w jego stronę. Szybko się zerwał, i na czworakach umknął w gęstwinę. Był uratowany! Nie ma wątpliwości, jaki byłby jego los, gdyby wpadłby w ich ręce. Jeśli Kozacy bardzo by się spieszyli, to zginąłby na miejscu; dla oszczędności naboi, i nie czynienia hałasu – zostałby zasieczony szablami. Gdyby potrzebowali języka, to musiałby biec na powrozie przy koniu, może przez wiele kilometrów. Później przesłuchanie, może bicie i tortury – na koniec śmierć, a w najlepszym razie głód, poniewierka i upodlenie w długotrwałej niewoli. Zawsze był przekonany, że uratowała go Najświętsza Panna, która obudziła go z głębokiego snu w chwili zagrożenia życia. Wspominał to wydarzenie ze szczególną wdzięcznością i nabożeństwem do Matki Najświętszej.

POD ARTYLERYJSKIM OSTRZAŁEM. Dalsze losy wojenne żołnierza Piotra Wójcika podobne były do losu całej Armii Polskiej w1920 roku. Brał udział w wielu ciężkich bojach prowadzonych przez jego Dywizję, do połowy sierpnia przeważnie w odwrocie. W jednej z potyczek, gdy powoził konnym zaprzęgiem, został ciężko ranny w głowę szrapnelem w czasie bolszewickiego ostrzału artyleryjskiego. Zabrano go nieprzytomnego z pola bitwy. Trafił do szpitala na Woli w Warszawie, gdzie przeszedł trepanację czaszki. Wyjęto mu z głowy odłamek, ale leczenie trwało długo, gdyż szpital opuścił dopiero po zakończeniu wojny. Był z tego pokolenia, które „życia swego los” złożyło na ołtarzu Ojczyzny. Bronił jej wolności. Bronił też Kościoła i wiary, gdyż o to toczyła się ta wojna.

Rodzice zmniejszony do drukuPiotr Wójcik z żoną Heleną z Uglisów. Zdjęcie wykonane w Maniewiczach (?), lub w Kowlu około 1935 roku.

 

JESZCZE JEDEN OŁTARZ OFIARNY. Jest jeszcze coś, co charakteryzuje jego postać. Jak wielu z jego pokolenia – całe życie ciężko pracował na utrzymanie rodziny i wychowanie ośmiorga dzieci. Ręce miał spracowane, pełne odcisków, i po skończonej pracy czasami prosił, aby wyjąć mu z dłoni drzazgę albo kolec ostu. Matkę mieliśmy taką, która uczyła nas, aby te ręce całować…
Miewał też niewielkie słabostki. Niekiedy prosił któreś z dzieci, najczęściej najmłodsze, aby w czasie drzemki podrapać mu stopy. Zapewne poprawiało to krążenie w jego umęczonych nogach. Ale, może także był to jakiś rodzaj terapii, jakiejś osobistej medytacji i zamyślenia nad swoimi przeżyciami. Mawiał wtedy;                    O, gdybyś wiedział gdzie te nogi chodziły i bywało to początkiem nowych wspomnień.
Nie dożył czasu, w którym mógłby głośno mówić o swoim udziale w tej wojnie.    Zmarł w lipcu 1969 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu w Dobrzyniu nad Drwęcą.
To świadectwo, które pochodzi od Niego, i dołączone o Nim wspomnienie, niech pozostanie w zgodzie z myślą katolickiego pisarza i filozofa Jeana Guittona, który napisał, że „każdy okruch [prawdy – CWU] wyrwany zapomnieniu staje się święty”.
Piotr 1968 do drukuOdpoczynek w czasie pracy. Jedno z ostatnich zdjęć Piotra Wójcika – Przemków, wrzesień 1968 r. Do końca poświęcający się rodzinie, i w młodości nie skąpiący swej krwi Ojczyźnie w potrzebie – jak wielu podobnych do Niego (foto
: Copyright © Czesław Wójcik – Uglis)

Czesław Wójcik – Uglis
Świadectwo to zostało przekazane do Archiwum Jasnogórskiego w Częstochowie.

Krótka wzmianka o zachowaniu Żydów w czasie bolszewickiej inwazji na Polskę latem 1920

Ten tekst pierwotnie był planowany jako przypis do wcześniejszego wpisu „Historia, jak fortuna kołem się toczy”, który jest tutaj http://cud1920.pl/1712/historia-jak-fortuna-kolem-sie-toczy
Wobec tego, jeszcze raz początek tego wpisu:

Warszawa, przełom maja i czerwca 1920 roku.
”Sala Teatru Ludowego w Warszawie przy ul. Freta wieczorem w Boże Ciało wypełniona była po brzegi. Wiec Ligi Antybolszewickiej zwołał jej założyciel ks. Antoni Około – Kułak, z powodu trwającego od czterech dni – od 31 maja – strajku warszawskich piekarzy i widma strajku pracowników użyteczności publicznej. Na sali pojawiły się również grupki socjalistów i komunistów próbujących zakłócać przemówienia. Gdy na zakończenie zebrani zaintonowali Boże coś Polskę, bolszewiccy agitatorzy podjęli śpiew Czerwonego sztandaru, ale ich słowa zostały zagłuszone. Przyjęto również rezolucję wzywającą do przeciwstawiania się strajkom wywołanym przez „zbrodniczą agitację mającą na celu zniszczenie polskich źródeł wytwórczości i podtrzymanie nastroju rewolucyjnego, burzącego jedność narodową i przygotowanie gruntu pod opanowanie kraju pod względem gospodarczym i politycznym przez bolszewizm i Żydów.” (J. Szarek, „1920 Prawdziwy Cud nad Wisłą”, Kraków 2015, s.171).

Zakończenie cytatu z książki Jarosława Szarka na socjalistach, internacjonałach i Żydach, bez komentarza i uzasadnienia, może budzić niesmak, a dla samych Żydów może być jak policzek zza węgła. Gospodarzowi strony – autorowi wpisu – obcy jest jakikolwiek szowinizm i nieposzanowanie innych nacji. Zwłaszcza, że w naszej rodzinie mamy dobre wzory tolerancji (tej, w najlepszym tego słowa znaczeniu) – chociażby troje kuzynów odznaczonych Dyplomem Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata Żydowskiego Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie za pomoc niesioną Żydom w czasie II wojny światowej, z których dwoje straciło za to życie z rąk niemieckiego okupanta.

Zachowanie Żydów w czasie wojny polsko – bolszewickiej 1918 – 1920 jest ciekawym i ważnym tematem dla pełniejszego poznania wydarzeń tamtego czasu, jak i bliższego poznania samych Żydów oraz różnych postaw i różnych etosów moralnych Polaków, Żydów i bolszewików. Z książki J. Szarka, jak i wielu innych publikacji dotyczących tej wojny, wynika, że później, a zwłaszcza w gorących dniach sierpnia, było jeszcze gorzej, łącznie z czynnym udziałem zbrojnym sporej części ludności żydowskiej po stronie Armii Czerwonej przeciw Polakom.
„Kurier Warszawski” z 1 września 1920r. pisał:„W całym szeregu miejscowości wystąpiły żydowskie oddziały wojskowe, udzielając swej pomocy hordzie bolszewickiej; w bardzo wielu miastach znalazła się zawsze pokaźna część ludności żydowskiej, witająca okrutnych najeźdźców życzliwie, a nawet z zapałem.”
Bywało jednak i gorzej: „Przypuszczamy, że żaden Żyd nie ośmieli się zaprzeczyć temu faktycznemu stanowi rzeczy. Przecież mamy świadectwo przede wszystkim wodza naczelnego, który w rozmowie z dziennikarzem stwierdził, iż w Łukowie, Siedlcach, Kałuszynie, Białymstoku, Włodawie miały miejsce liczne, czasem nawet masowe ze strony Żydów przypadki zdrady stanu” („Dziennik Poranny”, 13 lipca 1920).
Ta „zdrada stanu” polegała już nie tylko na uprawianiu propagandy probolszewickiej, ale na tworzeniu zbrojnych oddziałów żydowskich, które walczyły u boku Armii Czerwonej, i razem z nią parły na Warszawę oraz na tworzeniu administracji komunistycznej na zajętych obszarach, tak zwanych „Rewkomów” (Rewolucyjne Komitety), które ściśle współpracowały z osławioną czerezwyczajka (CZEKA), zajmującą się, miedzy innymi, wyłapywaniem i mordowaniem Polaków uznanych jako potencjalni wrogowie bolszewickiej władzy; księży, nauczycieli, ziemian itp.
Na początku sierpnia sprawa była na tyle poważna, że z rozkazu gen. Kazimierza Sosnkowskiego, ówczesnego Ministra spraw wojskowych, przed Bitwą Warszawska wycofano z frontu żołnierzy liniowych pochodzenia żydowskiego. Zostali oni użyci do prac na zapleczu frontu, część została internowana do września 1920 r. w obozie w Jabłonnej.
Rzadziej, ale zdarzały się również, bardzo chwalebne postawy Żydów walczących po polskiej stronie, i ginących w walce, lub mordowanych razem z Polakami przez bolszewików. Na przykład w Wysokim Mazowieckim, gdzie „Żydzi solidaryzowali się z ludnością Polską. Gdy bolszewicy zdobyli miasto, utworzyła się bojówka licząca 300 osób, która walczyła jako partyzantka przeciwbolszewicka. Do oddziału tego wstąpiło wielu Żydów. Bojówka zadała ciężkie straty bolszewikom. Partyzanci wypędzili bolszewików z miasta. Wkrótce potem bolszewicy wrócili w większej sile. Kozacy otoczyli miasto. W bitwie trwającej 6 godzin poległo 18 Żydów.” (Z. M. Musialik, „Wojna polsko – bolszewicka 1919 – 1920, a Żydzi”, Częstochowa, 1995roku s. 72).

185px-Bernard_MondJedną z piękniejszych postaci tej wojny jest major Bernard Mond – pochodzenia żydowskiego. Był synem Maurycego i Salomei Spanier.  W 1920 roku był dowódcą 6 Pułku Piechoty Legionowej, a po zaleczeniu ran odniesionych na początku czerwca pod Kijowem, dowódcą 205 Pułku Piechoty Ochotniczej. Wcześniej brał udział w obronie Lwowa w 1918 i 1919 roku. Był ulubieńcem młodych żołnierzy – ochotników. Miał niezwykły zwyczaj zdejmowania butów w czasie przeglądy pododdziałów i odbierania raportów, gdy widział przed sobą wyprężonych na baczność, lecz bosych żołnierzy. Jako jeden z nielicznych wyższych polskich oficerów II Rzeczpospolitej, nie stosował się do regulaminowych zasad i przyklękał w czasie podniesienia podczas mszy św.
Po kampanii wrześniowej 1939 roku, jako dowódca 6 Dywizji Piechoty w stopniu generała, przebywał w niemieckiej niewoli. Wrócił do Polski po wojnie, i przez jakiś czas był Dyrektorem „Orbisu”. Z tej funkcji został jednak szybko zdjęty, gdy odmówił jakiemuś czerwonemu kacykowi salonki, w jego planowanej podróży z Warszawy do Krakowa, czy Zakopanego. Do końca życia nieugięty, pracował później jako magazynier w jakimś niedużym składzie materiałów budowlanych. Pozostało po nim piękne wspomnienie i wzór dla Polaków i Żydów.

O zachowaniu Żydów w czasie wojny polsko – bolszewickiej 1919 – 1920 można wiele przeczytać w rożnych publikacjach dotyczących tego okresu. Oczywiście, punkt widzenia zależy tutaj wyraźnie od punktu siedzenia. Z opracowań monograficznych warta uwagi jest cytowana wyżej publikacja Zdzisława M. Musialika „Wojna polsko – bolszewicka 1919 – 1920, a Żydzi”, wydana w Częstochowie w 1995roku. Autor przedstawia faktografie tego problemu, powołując się na liczne dokumenty oraz prasę polską i zachodnia z tego okresu. Rozprawia się z wieloma mitami i nieprawdami na ten temat, umożliwiając przybliżenie się do prawdy o tych wydarzeniach.
Czesław Wójcik – Uglis

Beresteczko 1920 – Warszawa 2016

WIEŚ POLSKA ZAJĘTA PRZEZ BOLSZEWIKÓW dopasowany - 1920 dopasowany„Do broni! Tak wygląda wieś polska zajęta przez bolszewików” – polski plakat propagandowy z 1920r.

Wśród wielu teorii usiłujących wyjaśnić czym był komunizm, najbardziej jednoznacznym wydaje się przekonanie, że komunizm był (i jest) satanizmem w działaniu. Taki pogląd głosiło i nadal głosi wielu jego badaczy, także jego wcześniejsi entuzjaści. Niech w tym krótkim wprowadzeniu, wystarczy głos Aleksandra Wata – polskiego Żyda, pisarza i komunistycznego więźnia, „[…] który przyznaje się do namacalnego odczucia działania diabła, jakiego doznać miał w sowieckim więzieniu w Saratowie: „Wtedy rzeczywiście zrozumiałem diabła w historii. I właściwie komunizm mi się przedstawił w postaci diabelskiej.” (J. Bartyzel, hasło „Komunizm”, [w:] „Encyklopedia „Białych Plam””, T – IX, Radom 2002, s. 293).

Jak było w 1920 roku w Beresteczku na Wołyniu, krótko, ale wstrząsająco opisał Izaak Babel w swoim „Dzienniku”:

Beresteczko, 8 sierpnia 1920.

”Koszmarna historia – ograbienie kościoła, rwą ornaty, drogocenne, lśniące szaty potargane, na ziemi, siostra miłosierdzia wyniosła trzy tłumoki, wydzierają podszewki, gromnice pokradzione, szuflady powyrywane, bulle wyrzucone na ziemię, pieniądze zaharapczone. Wspaniała świątynia – 200 lat, ileż ona przez ten czas widziała (rękopisy Tuzinkiewicza), ilu hrabiów i chłopów, przepyszne włoskie malarstwo, różowi księża lulający dzieciątko Jezus, wspaniały ciemny Chrystus, Rembrandt, Madonna w stylu Murillo, a może samego Murillo, i przede wszystkim – ci święci, zażywni jezuici, za kurtynką okropna figurka chińska w malinowym kontuszu, brodaty Żydek, kramik. Rozbita chrzcielnica, figura świętego Walentego. Kościelny dygoczący jak ptak, skręca się cały, plącze rosyjskie słowa z polskimi, nie wolno mi tego dotykać, szlocha. Bestie, przyszli żeby nagrabić, to takie proste; idą w gruzy stare bóstwa.” (Izaak Babel, „Dziennik 1920”, Warszawa 1990, s. 100 – 103)

foto BabelIzaak Babel (1894 – 1940) rosyjski Żyd z Odessy, w 1920 roku ochotnik w szeregach 1 Armii Konnej Siemiona Budionnego. Był korespondentem wojenny frontowej gazety „Krasnyj Kawalerist”. Jako zwolennik komunistycznej rewolucji, szybko rozczarował się stosowanymi metodami jej przeprowadzania. Autor, miedzy innymi, słynnej „Armii Konnej”, w której przedstawił realistyczny obraz dzikości i okrucieństwa Konarmii Siemiona Budionnego, za co został uwięziony i rozstrzelany w późnej fazie stalinowskich czystek.
”Dziennik 1920” to notatki frontowe dokonywane na gorąco krótkimi, urywanymi, wpisami, co nadaje im szczególnej autentyczności i charakterystyczny rys literacki.
Były one zapewne czynione przez Babla z zamiarem późniejszego, bardziej szczegółowego opracowania. Mogły też stanowić rodzaj specjalnego glejtu dla Babla na wypadek trafienia do polskiej niewoli. Tego się nie doczekał. Zginął z rąk tych, którym służył, jak wielu podobnych do niego, gdyż jak wiadomo rewolucja (chyba każda rewolucja) pożera swoje dzieci.

Co łączy dzisiejszą Warszawę z tamtym Beresteczkiem, z tą przedwieczną nienawiścią do religii, której znak widział Babel w 1920roku? Chociaż upłynęło od tego czasu bez mała sto lat, to łączy je to samo: „Odradzanie się komunizmu pod różnymi nazwami i w różnych mutacjach dowodzi, że ideologia komunistyczna jest istotnie „nieśmiertelna” w tym sensie, że odwołuje się ona do najniższych i grzesznych skłonności człowieka…” (J. Bartyzel, op. cit., s. 294).
Często pojawia się interpretacja komunizmu jako fałszywej religii. Mikołaj Bierdiajew – jeden z największych rosyjskich myślicieli prawosławnych XX wieku – widział komunizm jako satanistyczne przedrzeźnianie prawdziwej religii, zgodnie ze znanym powiedzeniem, ze szatan jest małpa Boga (tamże, s. 290). Pasuje to bardzo do tego, co wszyscy mogli niedawno zobaczyć w Warszawie za pośrednictwem telewizyjnego przekazu.

Warszawa 2 kwietnia 2016 (wzorowane na Bablu).
Kiepska sprawa. Gdzieś na dolnych pokładach piekła wybiło szambo. Apokaliptyczne obrazy na ulicach Warszawy. Idą, krzyczą, wyśmiewają. Poprzebierani za księży, biskupów, i niby siostry zakonne. Święty krzyż na piersiach bluźnierców. Prześmiewcze chorągwie, niczym święte sztandary. Demokracja, a nawet demon – kreacja. Dwie lesbijki całują się w usta do kamery. Zblazowane twarze z wymalowaną przeszłością. Kim byli ich rodzice i dziadowie? Bóg zazdrosny „aż do trzeciego i czwartego pokolenia”. Napis na kawałku tektury „nie ma Boga”. Mówi głupi w sercu swoim: „Nie ma Boga”. Walczą z Tym, którego nie ma. „JA JESTEM” – Miłość wypełniona cierpliwośćią…, aż do czasu. Ulica, na której w 1920 roku przechodziły procesje z Najświętszym Sakramentem, i słyszany wtedy huk armat z pod Radzymina. Rozmodlony tłum leżący krzyżem twarzą do ziemi. Maxim Weigand nie widział takiej modlitwy.
Dzisiaj sobotnie południe, obojętność przechodniów i ich syte twarze. Moment w którym kamera pokazuje przypadkiem przemykającą prawdziwą siostrę zakonną i jej reakcję. Och, gdyby im tylko pozwolić…

Znów dokonał się jeszcze jeden skręt spirali historii.
CWU.

Nasze prywatne Emaus

Chrystus_w_Emaus Jacek Malczewski 90

Jacek Malczewski – „Chrystus w Emaus”, olej na płótnie, 95 × 76 cm, obecnie w Lwowskiej Galerii Sztuki

Każdy z nas ma jakieś swoje Emaus, i swoja Golgotę. Także i swoje gody w Kanie Galilejskiej, i własny Jordan, i osobistą pustynie samotności. A gdy dopisze trochę szczęście, to i obfity połów ryb, i uroczyste winobranie, i może nawet złudny błysk brudnego pieniądza na osobistym koncie, czy ułuda chwilowego powodzenia…

Lecz czym byłoby twoje osobiste  Emaus, i Golgota, i Kana, drogi Przyjacielu, gdybyś tam nie spotkał Chrystus?
W najlepszym razie byłoby to spotkanie z sobą samym. W najlepszym razie! Bo może to być również tylko spotkanie ze zniszczalną materią i przemijającym czasem.

Każdemu, kto zabłądził na tę stronę, życzę osobistego spotkania ze Zmartwychwstałym Jezusem Chrystusem.
Wielkanoc 2016. CWU – gospodarz strony.

Krótki list do Łukasza K.

Antoni Tański - POLONIA, cz. lewa ok. 60 przycięty                                       Antoni Tański – „Polonia” (fragment)

Na dole tej strony znajduje się adres mailowy, na który otrzymuję czasem jakieś wiadomości.
Jest to głównie spam; namolne oferty handlowe i propozycje skutecznego poprawienia wydajności strony, które rzekomo, a może i naprawdę „przyniosą lepsze notowania waszej firmy, sukces w waszej branży”, a nawet i możliwość pożyczki miliona złotych w 48 godzin, itp.
Ostatnio otrzymałem nieśmiałe zapytanie od Łukasza K. Pytał On czy może podesłać swoja ofertę? Było to, na tyle odmienne od innych naprzykrzających się propozycji, że wyjątkowo postanowiłem odpowiedzieć takim listem:

Bardzo Szanowny Łukaszu!! Odpowiadam Ci wyjątkowo z dwu powodów. Moja babcia, ze strony matki, była z domu Kruszyńska. Drugim powodem jest domniemanie o Twej szlachetności, a jeszcze pewniej o dobrym wychowaniu – inni bowiem przysyłają swoja ofertę bez pytania. W tym, drugim wypadku odpowiadam; – nie, dziękuję.
Skoro jednak została zauważona przez Ciebie ta strona, to zapraszam Cię do skorzystania z treści, myśli i uczuć zawartych na niej – a może w przyszłości – gdy zaowocują one w Tobie chęcią uczynienia czegoś więcej dla Boga i Polski, znów zatrzymasz się tutaj z gorącym pragnieniem odkrywania rzeczy i spraw nieodkrytych. Czesław Wójcik – Uglis. 

To zaproszenie, skierowane jest nie tylko do szacownego Łukasza. To jest zaproszenie dla wszystkich Czytelników tej strony.
Pozdrawiam i zapraszam do twórczego zamyślenia nad treścią tych tekstów, tak aby to zamyślenie spodobało się Bogu i było przydatne dla Ojczyzny. CWU.

Historia, jak fortuna, kołem się toczy

Może ściślej byłoby powiedzieć, że historia często lubi dokonywać skrętu na wzór zwojów spirali. Powrót do minionych wydarzeń, w ich historycznym czasie, nie jest możliwy. Ale podobieństwo wydarzeń historycznych, i ich skutków, często bywa bezsporne, i jest dowodem aktualizmu historycznego.
PLAKAT do druku - BROŃ PRZED WROGIEM TWĄ RODZINE              „Broń przed wrogiem twą rodzinę” – polski plakat propagandowy 1920 roku.

Warszawa, przełom maja i czerwca 1920 roku.
”Sala Teatru Ludowego w Warszawie przy ul. Freta wieczorem w Boże Ciało wypełniona była po brzegi. Wiec Ligi Antybolszewickiej zwołał jej założyciel ks. Antoni Około – Kułak, z powodu trwającego od czterech dni – od 31 maja – strajku warszawskich piekarzy i widma strajku pracowników użyteczności publicznej. Na sali pojawiły się również grupki socjalistów i komunistów próbujących zakłócać przemówienia. Gdy na zakończenie zebrani zaintonowali Boże coś Polskę, bolszewiccy agitatorzy podjęli śpiew Czerwonego sztandaru, ale ich słowa zostały zagłuszone. Przyjęto również rezolucję wzywającą do przeciwstawiania się strajkom wywołanym przez „zbrodniczą agitację mającą na celu zniszczenie polskich źródeł wytwórczości i podtrzymanie nastroju rewolucyjnego, burzącego jedność narodową i przygotowanie gruntu pod opanowanie kraju pod względem gospodarczym i politycznym przez bolszewizm i Żydów.” (J. Szarek, „1920 Prawdziwy Cud nad Wisłą”, Kraków 2015, s.171).

Wszelkie podobieństwo tego obrazu – do tego, co obecnie przeżywamy w Polsce – nie koniecznie jest przypadkowe. I jeśli historia znów zechce się powtórzyć, to można zaryzykować stwierdzenie, że czeka nas czas wymagający czynu i modlitwy, które doprowadzą Polskę i Polaków do zwycięstwa.
Czyn jednak musi być taki, jakby wszystko zależało od ludzi – a modlitwa tak gorąca i nieustanna, jakby wszystko zależało od Boga.
Tak właśnie było w pamiętnym 1920 roku; kto był zdolny do trzymania karabinu w rękach – szedł na front, kto nie był do tego zdolny – klękał do modlitwy ; zdrajców natomiast, których mało kiedy w Polsce brakowało, trzymano pod kluczem.

Zobacz poszerzony przypis do tego tekstu, tutaj
http://cud1920.pl/1759/uzupelnienie-po-czasie-na-szczescie-nieutraconym

Boże Miłosierdzie na polu walki

„Miłosierdzie to aktywna forma współczucia, wyrażająca się w konkretnym działaniu, polegającym na bezinteresownej pomocy. Samo współczucie nie przekładające się na działanie miłosierdziem jeszcze nie jest. Termin ten wywodzi się z Biblii.

Miłosierdzie jest jednym z najważniejszych przymiotów Boga, tak jak jest on opisywany w Biblii. Jego aktem jest już sama kreacja świata, opieka Boża nad ludem Izrael i co najważniejsze dla chrześcijan śmierć Jezusa. Krew i woda jakie miały wypłynąć wówczas z boku Chrystusowego uważa się w katolicyzmie za zdroje Bożego miłosierdzia, które zmazały ludzkie winy. Chrystus bardzo często mówi w Nowym Testamencie o miłosierdziu: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”. W opowieści o miłosiernym samarytaninie, dał przykład praktycznej realizacji miłosierdzia.” (Wikipedia)

MiłosierdzieBoże Miłosierdzie przybliżone zostało w naszych czasach za pośrednictwem św. Siostry Faustyny Kowalskiej:
”Napisz to: Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy , przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia.” („Dzienniczek” – 83).
”Wnikaj w tajemnice moje i poznasz przepaść miłosierdzia mojego ku stworzeniom i niezgłębioną dobroć moją […]” („Dzienniczek” – 438)

Czy na polu walki – pomiędzy wrotami piekła i bramą Nieba – może być miejsce dla Bożego Miłosierdzia?
Napisał o tym Stanisław Rembek w opublikowanej po wojnie polsko – bolszewickiej powieści „Nagan” (pierwsza publikacja 1927r.):
”Gdy myślimy, że jesteśmy zupełnie opuszczeni w życiu; gdy nie możemy znaleźć ani okruchu dobra i piękna w otaczającym nas świecie; gdy już nam się zdaje, że ambicje, namiętności i chłodny rozum, piszący krwią istot żywych teorie szczęścia urojonej ludzkości, zdają wytworzyć zupełne piekło na ziemi – zawsze wtedy zjawia się miłosierdzie boże pod postacią dobrego człowieka.” (S. Rembek, „Nagan”, Warszawa 1990, s. 99).
Jest to komentarz autora do niezwykłej sytuacji, opisanej w tej powieści, gdy ciężko ranną polską siostrę miłosierdzia, posługującą rannym żołnierzom na froncie, opatruje obrzydliwy z wyglądu bolszewicki sanitariusz, który zresztą wkrótce ginie od polskie kuli w przypadkowej strzelaninie.
Nie wiadomo do jakiego stopnia opisana sytuacja była znana autorowi z autopsji, żołnierzowi tej wojny, a ile w tym literackiej fikcji. Ale podobna sytuacja wydarzyła się na polu walki 18 sierpnia 1920 roku, na północ od Płocka, koło Trzepowa, kiedy to wracający z pod Włocławka, po nieudanych próbach zajęcia miasta, Korpus Konny Gaja – Chana Brzyskiana, w sile kilku tysięcy szabel i dywizji piechoty, postanowił popróbować lepszego szczęścia w Płocku. Pod Trzepowem bolszewicka kawaleria otoczyła i wycięła w pień polski batalion piechoty, w którym znajdował się 14 – to letni harcerz Józef Kaczmarski z Płocka. W batalionie pełnił rolę ochotnika łącznikowego i donosił amunicje na pozycję.
” W boju otrzymał jedna ranę postrzałową w twarz, drugą w pierś, trzecią ciętą w głowę, czwartą w usta. Gdy po rozbiciu naszej kompanji, nad leżącym we krwi, półprzytomnym chłopcem stanęli dwaj bolszewicy, jeden „spróbował nahajką”, czy ranny żyje; zauważywszy jego ruch pod wpływem bólu chciał go zabić, wołając, że to szkodliwy chłopak. Drugi – wzruszony w głębi uczciwszej widocznie duszy – obronił chłopca, czyniąc uwagę, że mimo szkodliwości jest to jednak dzielny chłopak (wrednyj, a wsio taki maładiec). Wywieziony przez bolszewików do Sierpca, został tam przez nich porzucony w szpitalu w chwili ucieczki […] („O uczniu żołnierzu”, Warszawa – Lwów, b.r.w., s.167).
Wydarzenie to podobnie opisuje korespondent wojenny Adam Grzymała – Siedlecki, na podstawie relacji jego rodziców:
”Gdy dziecko to leżało na polu bitwy, poranione od kul i szabel, podszedł doń sanitariusz bolszewicki i zaczął go starannie opatrywać. W czasie tych chirurgicznych zabiegów zbliżył sie doń jakiś żołdak i zauważył:
– Dobić go raczej malczyszkę, szkodnika („złowriednowo”) należało, nie zaś opatrywać.
Na to zaś ów sanitariusz, nie przerywając roboty, odpowiedział flegmatycznie cedząc słowa:
– Być może, że on i wrednyj, ale bądź co bądź gieroj (bohater).

Nigdy, oczywiście, i nijakim sposobem nie dowiemy się, kto był zacz ten sanitariusz, co go zapędziło do armii sowieckiej, jaki przymus, jaki dramat. Dość, że te przekazane nam słowa jego zalśniły mi jakimś promieniem beznadziejnie zanurzonym w krwawe błocko bolszewickiej psychiki. Więc jednak i tam można czasem, rzadko – o, jakże rzadko – odnaleźć jakąś mikroskopijna iskrę człowieczeństwa. Więc nawet tam, w tej otchłani zdziczenia, trafi się dusza, która czasem, w wyjątkowych okolicznościach coś doprowadzi do stanów, jakie powinny być regułą odczuwania ludzkiego.” (A. Grzymała – Siedlecki, „Cud Wisły”, Warszawa 1921, reprint Warszawa 1990, s. 161).

Warto może pomyśleć, czy po latach tamtych i późniejszych doświadczeń ludzie (ludzkość) zrobiła postęp i przybliżyła się do stanów „jakie powinny być regułą odczuwania ludzkiego”?
Co do ludzkiego postępu w tej sprawie można mieć nadal wątpliwości. Tylko Bóg od tamtego czasu starał się z jeszcze większą cierpliwością przybliżyć do nas wiedze o Jego niezgłębionym Miłosierdziu.

Prawidłowo przyciety

Kapelan udzielający ostatniej posługi rannemu żołnierzowi na polu walki w 1920 roku.

 

 

 

 

 

 
To zdjęcie zawiera pewną tajemnicę, i będzie przedmiotem osobnego wpisu na tej stronie