Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata – Stanisława, Stefan i Jan Trzcińscy ze wsi Skwary, na Środkowym Mazowszu

Uglis – to nazwisko rodowe mojej Matki, kresowego pochodzenia. Natomiast mój Ojciec – Piotr Wójcik – urodził się we wsi Skwary, w Parafii Naruszewo, w Dekanacie Płońskim – obecnie Diecezja Płocka.
W 1940 roku udało się naszej rodzinie wydostać z pod okupacji sowieckiej na Wołyniu, i trudny czas II Wojny Światowej przeżyć w rodzinnej wsi ojca – w Skwarach.

W roku 1943 byli blisko dramatycznych wydarzeń w rodzinie matki mego ojca, czyli mojej babci – Stanisławy, z domu Trzcińska.
Bratem babci Stanisławy był Franciszek Trzciński, który ożenił się ze Stanisławą Kołodziejską. W dalszej części tej relacji będzie ona występować jako Stanisława Trzcińska.
Franciszek Trzciński zmarł w 1941 roku, pozostawiając wdowę Stanisławę z dwoma synami: Stefanem – urodzonym w 1921 roku i młodszym Janem – urodzonym w 1924 roku. Utrzymywali się z pracy na swojego niedużego gospodarstwa. Nasza rodzina dobrze ich znała, utrzymywane były wzajemne serdeczne kontakty. W rodzinnym przekazie została zapamiętana dobra opinia o Stanisławie Trzcińskiej, jako o osobie bardzo serdecznej i gościnnej, nieodmawiającej pomocy i wsparci nikomu, kto o to poprosił.

50% Dyplom - Yad Vashem - SCALONY - wyostrzony 50%Dyplom Żydowskiego Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie dla Stanisławy, Stefana i Jana Trzcińskich ze Skwar na Mazowszu

Wiosną 1943 roku uciekło z żydowskiego getta w Płońsku, odległego od Skwar o około 10 km., dwóch młodych Żydów nazwiskiem Kleinbaum. Rodzina Kleinbaumów była znana Trzcińskim jeszcze sprzed wojny, kiedy to stary Kleinbaum zajeżdżał do nich ze swoimi synami, zajmując się obwoźnym handlem.
Młodzi uciekinierzy z getta, przedostali się na znane sobie okolice Płońska, i zaczęli, zajmować się ponownie handlem. Poprosili Trzcińskich o przechowanie swoich rzeczy. „Nie nocowali u nas – mówił o tym później Jan Trzciński – tylko przychodzili i odchodzili. Mama szykowała im jedzenie i dawała. Zostawili u nas swoje rzeczy, bo wiedzieli, że im nic nie zginie. […] To trwało od wiosny aż do dnia, kiedy ich złapali”.

15% Jan Trzciński SEPIAJan Trzciński (1924 – 2003) przeżył rodzinną tragedię z roku 1943 dzięki temu, że do końca wojny ukrywał się przed Niemcami, którzy zorientowali się, że popełnili błąd, wypuszczając go po pierwszym przesłuchaniu, połączonym z bestialskim biciem.

15% Stanisława Trzcińska SEPIAStanisława Trzcińska (ur. około 1900 r. – zginęła w 1943) z domu Kołodziejska – matka Stefana i Jana. Była przetrzymywana w obozie przejściowym w Pomiechówku – Fort III, dawnej twierdzy Modlin. Fort III w czasie niemieckiej okupacji był katownią tysięcy Polaków i Żydów z rejony Mazowsza.
Na początku grudnia 1943 roku została odłączona od transportu do obozu w Mauthausen i ślad po niej zaginął. W pamięci tych, którzy ją znali, pozostała jej niezwykła serdeczność, gościnność i dobroć – tak często spotykana, w pokoleniach tamtego czasu.

15% Stefan Trzciński SEPIAStefan Trzciński ( 1921 – 1943) syn Stanisławy i brat Jana. Bohaterski Stefan próbował osłaniać matkę i brata – wziął na siebie cała „winę” zeznając, że to on sam udzielał pomocy Żydom, bez wiedzy matki i brata.
Przetrzymywany był również w obozie przejściowym w Pomiechówku – Fort III. W listopadzie 1943 roku został powieszony w pokazowej egzekucji z sześcioma innymi skazanymi za pomoc udzielaną Żydom. Ekshumowany po wojnie przez brata, pochowany na cmentarzu parafialnym w Naruszewie.

W roku 1997 w Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta Płońska została zapisała relacje Jana Trzcińskiego z tych dramatycznych wydarzeń, i opublikowana w serii: Wywiady Pracowni, Zeszyt VII, Płońsk, styczeń 2001, red. Mirosława Krysiak.

Zapraszam do tej niezwykłej i wstrząsającej lektury, w której został zachowany żywy, prosty i dynamiczny język Jana Trzcińskiego. Słyszałem tą relacje z ust Jana dwukrotnie.
W tym miejscu należą się wielkie podziękowania Pani Mirosławie Krysiak i współpracownikom, za włożony trud i dopilnowanie, aby ten, i inne podobne zapisy z dziejów Ziemi Płońskiej, zostały uratowane przed zapomnieniem.
Osobne słowa wdzięczności i dobrej pamięci, należą się nieżyjącemu już prokuratorowi Bielawskiemu z Warszawy, który z własnej inicjatywy podjął się zgłoszenia rodziny Trzcińskich do odznaczenia w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie. Jan Trzciński wspominał go z wielkim szacunkiem i wdzięcznością, podkreślając jego niezłomność w przeprowadzeniu tej sprawy. 

okładka str 1przycieta, wyostrzonaPrawa zastrzeżone - rozszerzone, do drukuZgoda na publikację do drukustr 1 do drukustr 2 gotowastr 3str 4str 5str 6str 7str 8str 9str 10str 11
SYMBOLICZNE SPOTKANIE TRZECH NARODÓW
Tyle Jan Trzciński. Odsuwając na bok emocje, i patrząc na to wydarzenie z perspektywy minionego czasu, trudno nie zauważyć, obok wielu aspektów tej sprawy, także i jej symbolicznej wymowy.
Oto, na tle wielkich dramatów Europy i Świata tamtego czasu, pojawia się z pozoru mały, ale wymowny epizod ze Skwar w 1943 roku. Niby w mikroskopijnym pomniejszeniu widać spotkanie trzech narodów, i każdy z nich uzewnętrznia jakąś swoją charakterystyczna cechę, zapisaną w tym wydarzeniu.
Najpierw polska gościnność i gotowość pomagania wszystkim potrzebującym. Patrząc z poziomu ludzkiej egzystencji, zdawałoby się, że posunięta aż do granic rozbrajającej naiwności, i nie zważania na swoje bezpieczeństwo.
Oto również żydowska skłonność do handlu, za każdą cenę i w

 

 

 

 

każdych okolicznościach – aż poza granice utraty własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa swoich bliskich, którzy im zaufali.
Wreszcie, ponad tym wszystkim; niemiecka buta i pycha w działaniu; realizowana jako przynależna im racja nadludzi (Ubermenschen) – panów i władców ludów, narodów i państw – przekraczającą granicę zbrodni na skalę dotąd niespotykaną w ludzkiej historii.
I wszyscy byli młodzi – jak mówił o tym po latach Jan Trzciński; młodzi byli Żydzi, młodzi Niemcy w mundurach gestapowców, i młodzi bracia Trzcińscy – Stefan miał 22, a Jan 19 lat. I tylko starsza – nieco ponad 40 lat – ich szlachetna, i pełna miłości do ludzi matka – Stanisława Trzcińska – brutalnie obita po twarzy przez zwyrodniałego młodego Niemca.
Oto, jeszcze jeden, symboliczny obraz ziemskiej konfrontacji dobra i zła; dobroci i miłości zakorzenionej w Bogu, i szatańskiej złości i nienawiści do człowieka.

CO DALEJ Z TYM CIĘŻAREM, I Z TĄ OFIARĄ?
Gdybyśmy zatrzymali się tylko na ludzkich ocenach tego wydarzenia, to otrzymalibyśmy obraz taki, jaki jest przedstawiony wyżej, we fragmencie „SYMBOLICZNE SPOTKANIE TRZECH NARODÓW”.
Na szczęście; żaden człowiek i żaden naród, nie musi być
zdeterminowany swoimi słabościami i złem, na które jest skazany w samotnym zapatrzeniu na siebie.
Wyjaśnienie tej wielkiej tajemnicy ludzkiej egzystencji i wychodzącej naprzeciw niej Bożej Łaski, pozostawiam czystym w myślach i intencjach teologom oraz prawdziwym nauczycielom narodów i Kościołowi.

PAMIĘTAĆ, ALE WYBACZYĆ I OFIAROWAĆ BOGU
W tym miejscu właściwym będzie zacytowanie fragmentu z deklaracji  Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, złożonego uroczyście w Krakowskich Łagiewnikach 19 listopada 2016 roku, cyt.:
W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie [Jezu Chryste Królu – CWU]  wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.”

MODLITWA ZA RODZINĘ ULMÓW I WSZYSTKICH, KTÓRZY ODDALI ŻYCIE ZA POMOC NIESIONĄ ŻYDOM W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ

Boże Wszechmocny! Przyjmij i uświęć ofiarę krwi Rodziny Ulmów, którzy oddali swe życie za ratowanie Żydów podczas II Wojny Światowej. Przyjmij i uświęć także ofiarę kilkunastu tysięcy Polaków, którzy zginęli podobnie jak Rodzina Ulmów, niosąc Żydom braterską pomoc w trudnym czasie wojny. Zważ również na  szlachetną, pełną miłości postawę kilkuset tysięcy Polaków, którzy nie zważając na zakazy niemieckiego okupanta, z narażeniem własnego życia i swych rodzin, ratowali Żydów przed zagładą.
Przez wzgląd na niewinną krew obu Narodów, wzbudź Sprawiedliwych wśród Żydów, którzy w prawdzie i miłości będą budować braterskie relacji z Polakami, i innymi Narodami Świata. Amen.

Czesław Wójcik – Uglis, z Rodziny Stanisławy i Stefana Trzcińskich – poległych za pomoc Żydom, i Jana Trzcińskiego – odznaczonych medalem” Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie)

KRÓTKI POEMAT – „ŻYCIE ZA ŻYCIE”
Prolog
Europo !
Pisze do Ciebie list
Z nad wiślanego brzegu Mazowsza
Gdzie historia opatruje swe rany
Wpatrzona w nurt mijającego czasu

Czy pamiętasz jeszcze ten język
Co nie splamił się kłamstwem
Czy potrafisz odczytać
Testamenty krwią zapisane

Życie za życie
Trzeba wspomnieć rodzinę Ulmów
Zginęli wszyscy za ratowanie Żydów
Tak jak na moim Mazowszu
Rodzina Janka Trzcińskiego

W rękach młodych esesmanów                                                                                       Połamały się na ich plecach
Drewniane trzonki łopat
(w zaniku pamięci i w postępie integracji,
nie pomyl niemieckich oprawców z polskimi chłopami)

Stefanowi
I innym włościanom z Mazowsza
Urządzono uroczyste wieszanie nad Wisłą
Za staropolska gościnność i dobroć
Za pomoc niesioną Żydom

Bóg zachował przy życiu Janka
Aby był świadkiem tamtych wydarzeń
Otrzymał za to medal
A że był sprawiedliwy
Wszyscy we wsi wiedzieli
Więc na pociechę mu dołożono
Trzydzieści dolarów na miesiąc
I milionowe nakłady książek
Z paszkwilami Jana Tomasza Grossa

Stanisława
Ich Matka
(najlepsza chłopka na Środkowym Mazowszu
która nigdy nikomu nie odmówiła gościny)
Przysłała ostatnią wiadomość z drogi do Obozu w Mauthausen
Później w nieznanych okolicznościach
Dołączyła do milionowych ofiar Nieznanego Imienia

Zamiast epilogu
Jeśli przypadkiem
poczujesz wilgoć
ściśniętej garści tej ziemi
to wiedz
że dotykasz świętości
bo może są to łzy
lub krew
co nie wysycha przez wieki

Stanisława, Stefan i Jan Trzcińscy – matka i dwaj synowie ze wsi Skwary, Parafia Naruszewo, Dekanat Płoński w Diecezji Płockiej – odznaczeni medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata Żydowskiego Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie. Kuzyni autora tekstu, ze strony matki jego ojca.
Czesław Wójcik – Uglis

Paralele: Jasna Góra 1655 – Warszawa 1920.

TO JEST WAŻNY WPIS, KTÓRY RZUCA ŚWIATŁO NA SPRAWĘ CUDU NAD WISŁA W 1920 ROKU, PRZEZ ANALOGIĘ DO CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W 1655 ROKU.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części opracowania „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku”; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Szukanie podobieństw w historii może okazać się zajęciem ryzykownym, jeśli uznamy, że historia jest tylko grą ludzkich namiętności, czynników zewnętrznych i tak zwanych przypadków.

Jeśli jednak doznaliśmy łaski wiary w Boga, to i wierzymy w Jego Opatrzność nad człowiekiem i jego dramatyczną historią.
Nie oznacza to bynajmniej, że Bóg jest wyłącznym sprawcą ludzkiej historii. Z tego, co wiemy, (chociaż nie wiemy wszystkiego), człowiek został obdarzony przez Boga wolną wolą – czyli możliwością działań z własnego wyboru – przynajmniej w zakresie własnych, ludzkich możliwości. Może więc, być sprawcą (lub współsprawcą), wydarzeń przez działanie samodzielnie, albo we współpracy z Bogiem, lub z szatanem.
Samodzielne działanie człowieka zdarza się rzadko. Jeśli więc człowiek odmawia współpracy z Bogiem – to puste miejsce po Bogu, szybko zajmuje szatan.
Ostatecznie można dokonać skrótu; że sprawcą działań w historii jest człowiek we współpracy z Bogiem, a gdy Boga odrzuca, to we współpracy z szatanem.

To krótkie wprowadzenie powinno dopomóc nam do zauważenia zdumiewających podobieństw pomiędzy tym, co wydarzyło się w grudniu 1655 roku pod Jasną Górą, i tym, co działo się pod Warszawą w sierpniu 1920 roku.

Franciszek Kondratowicz - obleżenie Jasnej Góry 1655 - przyciety

                                                        Jasna Góra 1655

1. Mimo prawie trzechsetletniego odstępu czasu, podobieństwo sytuacji militarnej, i zagrożenia bytu państwowego i narodowego w roku 1655 i 1920 było podobne; szybkie postępy wojsk nieprzyjacielskich; brak widocznych sukcesów wojsk polskich; zajmowanie ogromnych obszarów Państwa Polskiego przez nieprzyjaciela; brak widoków na zmianę sytuacji, postępujący marazm i upadek ducha walki po polskiej stronie.

2. Podobieństwo proporcji sił: Pod Jasną Górą załoga szwedzka, w grudniu 1955 roku, ponad dziesięciokrotnie przeważała liczebnością jasnogórskich obrońców; ponad trzy tysiące wojsk szwedzkich i niecałe trzystu obrońców Jasnej Góry. Siła ognia artyleryjskiego była podobna po obu stronach.
Pod Warszawą (ściślej na obszarze Przedmościa Warszawskiego), w połowie sierpnia 1920, liczebność wojsk obu stron była podobna, mniej więcej w stosunku liczbowym 1do 1.
Ale na początku bitwy istniała ogromna różnica taktyczna na korzyść bolszewików – chodzi o „bitewne rozgrzanie”, o duchu walki i bojowe doświadczenie – co dobrze widać na przykładzie Bitwy pod Ossowem w dniu 14 sierpnia, gdzie źle uzbrojeni i niewyszkoleni młodociani ochotnicy stanęli naprzeciw, doświadczonych i rozjuszonych wizją bliskiego zdobycia Warszawy czerwonoarmistów.
Zupełnie źle wyglądał w tym czasie stosunek sił na północny – zachód od Warszawy, gdzie w kilkudniowej Bitwie nad Wkrą jedna armia Polska powstrzymała skutecznie atak trzech armii bolszewickich, z proporcja sił 1 do 3 na korzyść bolszewików.
Dla ścisłości trzeba dodać, że dużo lepiej ułożyła się proporcja sił w polskiej kontrofensywie znad Dolnego Wieprza, a sukcesy tego polskiego kontruderzenia są ponad miarę przypisywane Józefowi Piłsudskiemu, który w tym czasie de facto nie był ani Naczelnym Wodzem Wojska Polskiego, ani Naczelnikiem Państwa. 

3. Wrogi stosunek nieprzyjaciela do Kościoła i religii, szczególnie do religii katolickiej. Niewiele jest różnic w zachowaniu Szwedów i bolszewików w czasie swoich ekspansji na Polskę. Jeśli nawet czasami Szwedzi nie dorównywali ilością bluźnierstw i zniszczeń późniejszym atakom bolszewików na religię, kościoły, kapłanów i zakonnice, to powstrzymywali się przed tym ze względów praktycznych. Król Gustaw zalecał pewną powściągliwość w tej sprawie, aby nie pobudzić do wrogości całego narodu polskiego przeciw Szwedom.

4. Gorąca modlitwa była obecna w czasie obrony Jasnej Góry w 1655 roku, jak i w roku 1920 pod Warszawą.
Modlitwie obrońców Jasnej Góry jest poświęcony osobny wpis, będący częścią tego opracowania (zob. „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – cześć III: Modlitwa”, niżej na stronie głównej, lub w zakładce „Jasna Góra”).
Natomiast żarliwa modlitwa Polski w sierpniu 1920 roku była już wspominana na tej stronie. Szczegółowe opracowanie na ten temat jest w przygotowaniu.

Jerzy Kossak - Cud nad Wisłą                                                 Warszawa 1920

5. Uderzająca niezłomność obrońców Jasnej Góry 1655 i Warszawy 1920.
Opis waleczności jasnogórskiej załogi pojawia się w całym niniejszym opracowaniu (szczególniej polecam „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – cześć II: Walka” niżej na stronie głównej, lub w zakładce „Jasna Góra”).
Niezłomna postawa obrońców Przedmościa Warszawy w 1920 roku, została przedstawiona na przykładzie waleczności młodocianych ochotników z pod Ossowa (zob. na tej stronie: „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży – cześć IV: Wyśmiewanie bohaterskich obrońców”, w zakładce „Ossów”). Ale Ossów i jego obrona to tylko jeden z bardzo wielu przykładów bohaterstwa polskich żołnierzy w tej wojnie.

6.Religijna pieśń i słowa Pisma Świętego nad polem bitwy. W czasie oblężenia Jasnej Góry, z wieży kościoła rozlegała się muzyka i pieśń religijna, która unosiła się daleko ponad polem bitwy. Podnosiła ona na duchu obrońców i bardzo frustrowała atakujących Szwedów (zob. „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część III: Modlitwa”, poniżej na tej stronie, lub w zakładce „Jasna Góra”). Natomiast w roku 1920, w najbardziej krytycznym czasie bitwy, polskie radiostacje pozostające na podsłuchu radiowych rozmów i nadawanych wojennych komunikatów Armii Czerwonej, stosowały zagłuszanie tych rozmów przez głośne odczytywanie fragmentów Pisma Świętego, nakładanych na rozmowy rosyjskie, w celu ich zagłuszenia.

7. „Dziwne przypadki” 1655 i 1920. Sprawie niezwykłych zdarzeń, układających się w serie pomyślnych okoliczności dla obrońców Jasnej Góry w 1655 roku, poświęcony został w tym opracowaniu osobny wpis. (Zob. „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Dziwne „przypadki””, niżej na tej stronie, lub w zakładce „Jasna Góra”).
W nie mniejsze zdumienie wprawia badacza Cudu nad Wisłą ciąg niezwykłych, niby to przypadkowych, wydarzeń w czasie Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Zauważyło to wielu autorów zajmujących się tą sprawa w sposób bezstronny.

Sprawa ta wymyka się z możliwości oceny, a nawet zdolności zapisu faktograficznego tych wydarzeń, tym badaczom, którzy posługują się tzw. myśleniem racjonalnym, wolnym (jak sami mówią) od wszelkiej mistyki i nieracjonalności, bo w ich mniemaniu racjonalność przysługuje tylko tym, którzy mają w tej sprawie rację; przez przyjęcie tezy o takiej racji.
A jeśli nie zgadza się to z faktami, to tym gorzej dla faktów, które po prostu są pomijane (oto i cała prawda o racjonalizmie i racjonalistach).

A fakty są w tej sprawie nie do podważenia. Chyba najbardziej znaczącego ich zestawienia dokonał kapitan Franciszek Adam Arciszewski – późniejszy generał – który latem 1920 roku był szefem sztabu 18 Dywizji Piechoty. Dywizja ta odegrała znaczącą rolę w Bitwie nad Wkrą, a tym samym w całej Bitwie Warszawskiej.
F. A. Arciszewski jest autorem książki „Cud nad Wisłą – rozważania żołnierza”, wydanej w Londynie w 1957 roku, i jak dotąd niewydanej w Polsce, i tak samo trudno osiągalnej jak chociażby analizowana na tej stronie publikacja Mieczysław Słowikowskiego o okolicznościach śmierci ks. Ignacego Skorupki i Bitwie pod Ossowem, czy niezwykle rzadko osiągalne opracowanie Kazimierza Konarskiego „O uczniu – żołnierzu”, wydane w 1922 roku i niewznowione od tego czasu.

Sprawa „dziwnych przypadków” w czasie Bitwy Warszawskiej 1920, nie była jeszcze szczegółowo analizowana na tej stronie. Zainteresowanych czytelników odsyłam do wspomnianej wyżej książki F.A. Arciszewskiego, w której autor zadaje pytanie: „Ile było w bitwie pod Warszawą 1920 r. „przypadków”, którymi „los” nas obdarzył? i wymienia siedem takich niezwykłych, a pomyślnych dla strony polskiej, zdarzeń.
Dzisiaj, gdy od czasu opublikowania przez Arciszewskiego tej cennej pozycji, więcej wiemy o roku 1920, trzeba doliczyć jeszcze kilka takich zdumiewających zdarzeń, które według racjonalnego myślenia nie powinny były się wydarzyć. A należy do nich, między innymi, niezłomny opór młodocianych ochotników z pod Ossowa – gdzie najsłabsi w Armii Polskiej – pokonali najsilniejszych w Armii Czerwonej (zob. na tej stronie zakładka „Ossów”).

8. Ukazywanie się Najświętszej Maryi Panny. Zarówno w czasie oblężenia Jasnej góry w 1655r., jak i pod Warszawą w 1920 roku, miały miejsce niezwykłe fenomeny związane z ukazywaniem się NMP. Charakterystyczną cechą w obu przypadkach był fakt, że Matka Boża ukazywała się tylko żołnierzom wroga. Polacy tych pojawień nie widzieli, i dowiadywali się o nich później od tych, z którymi walczyli.

Ukazywanie się NMP na Jasnej Górze w czasie szwedzkiego oblężenia zostało przedstawione w tym opracowaniu, we wpisie: „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Ukazywanie się NMP – świadectwa szwedzkie i polskie”, poniżej na stronie głównej, lub w zakładce „Jasna Góra”.
Zostały one dobrze udokumentowane w pamiętniku Ojca Augustyna Kordeckiego oraz przez Stanisława Kobierzyckiego w jego „Obsidio clari montis”.
Obydwa te dwa cenna źródła z tamtego czasu, w wiarygodny i szczegółowy sposób przekazały prawdę o niezwykłym wsparciu Nieba dla obrońców Jasnej Góry w 1655 roku.
Niestety, gorzej przedstawia się sprawa udokumentowania pojawień się Matki Bożej nad polem bitewnym pod Warszawą w 1920 roku. Pomimo wielu informacji pochodzących od jeńców rosyjskich wziętych do niewoli, którzy twierdzili, że widzieli jak Matier Bożja (Matka Boża) osłaniała polskie szańce i widoczną na horyzoncie Warszawę, to jednak nie nastąpiło wiarygodne udokumentowanie tych informacji, mimo, że w tym czasie w polskiej niewoli przebywało wielu rosyjskich świadków tych pojawień.

Także i metropolita warszawski kardynał Aleksander Kakowski wspominał, że słyszał z ust bolszewickich jeńców, których spotkał w czasie odwiedzin w szpitalu, że bali się oni Matki Bożej (Matier Bożja), pojawiającej się nad linią walk.
Jednak po zakończeniu wojny Kuria Metropolitalna Warszawska nie podjęła kanonicznych badań, nad tymi publicznymi pojawieniami się Najświętszej Maryi Panny.
To zaniedbanie przyniosło wielkie straty dla Kościoła i Kultu Bożego już w II Rzeczpospolitej, umożliwiając Józefowi Piłsudskiemu i Jego obozowi przypisywanie sobie niemalże całej chwały wynikającej z zwycięstwa w sierpniu 1920 roku.

To właśnie z tego powodu nie pozostawiono także miejsca dla świętej i chwalebnej ofiary ks. Ignacego Skorupki, a czyn warszawskiej młodzieży w Bitwie pod Ossowem został świadomie i niegodziwie pomniejszony, bo mogłoby to oznaczać, że to nie geniusz Wodza, ale sam Bóg był współautorem tego sukcesu. (zob. na tej stronie opracowanie „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył zasługi ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży”, zakładka „Ossów” oraz „Ignacy Skorupka”).

9. Przełom w wojnie 1655 i 1920 roku. Obydwa porównywane wielkie historyczne wydarzenia posiadają także i takie podobieństwo, że za ich przyczyną nastąpił przełom w toczących się wojnach.
Obrona Jasnej Góry w czasie potopu szwedzkiego przyczyniła się do pobudzenia nadziei w możliwość obronienia się Polski własnymi siłami.
Bitwa Warszawska, a szczególnie pierwsze polskie zwycięstwo, po sześciu tygodniach polskich niepowodzeń na Froncie Północno – Wschodnim i dziesięciu tygodniach na Froncie Południowo – Wschodnim, w całodziennej Bitwie pod Ossowem, w wigilię Wniebowzięcia NMP w sobotę 14 sierpnia 1920 roku oraz zwycięstwa z dnia następnego, przyczyniły się do całkowitego przełomu w całej wojnie polsko – bolszewickiej 1919 – 1920. 

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA opinia, wspomnianego wyżej, gen. Franciszka Adama Arciszewskiego o Cudzie nad Wisłą, która doskonale korespondują z cytowanymi w tym opracowaniu słowami Przeora Klasztoru Jasnogórskiego – Ojca Augustyna Kordeckiego o cudownej pomocy Matki Najświętszej w obronieniu klasztoru przed Szwedami:
„Przy całym szacunku i wdzięczności, jakie winniśmy naszym przywódcom wojskowym i cywilnym i poszczególnym żołnierzom za ich wielką pracę fachową, za ich trud i nieszczędzenie swego życia dla Ojczyzny, musimy uznać, że bez natchnienia Bożego w chwilach pobierania ważnych decyzji i bez pomocy Bożej na polu bitwy nie byliby w stanie wygrać bitwy pod Warszawą 1920 r. w tak szybki i tak decydujący sposób. Wydaje się więc, że popularne w Polsce nazwanie zwycięstwa tego CUDEM NAD WISŁĄ ma swoje uzasadnienie. A słowa modlitwy naszej, wyrażające wiarę w to, że Bóg przez tak liczne wieki osłaniał Polskę „ tarczą Swej opieki od nieszczęść, które przygnębić ja miały”, mają – w odniesieniu do omawianej bitwy pod Warszawą 1920 roku – poważne oparcie o fakty historyczne”.
(F. A.  Arciszewski, „Cud nad Wisłą”, Londyn 1957, s. 189)
.
Ten tekst będzie jeszcze poprawiany i uzupełniany.
Czesław Wójcik – Uglis

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część V: Ukazywanie się NMP – świadectwa szwedzkie i polskie.

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Ten wpis odsłania tajemnicę cudownej obrony Jasnej Góry.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części tego opracowania; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

ŚWIADECTWA POLSKIE I SZWEDZKIE O CUDOWNEJ OBRONIE JASNEJ GÓRY
Ojciec Augustyn Kordecki, który z jasnogórską załogą, obronił klasztor przed Szwedami, dokonał jeszcze dwu bardzo ważnych rzeczy: opisał dokładnie przebieg walk o Jasną Górę i spisał świadectwa wskazujące na cudowną pomoc Nieba w czasie oblężenia.

Określenie „cudowna pomoc nieba” może wydać się dla niektórych umysłów zaprawionych racjonalizmem i tak zwana „nowoczesnością” – zwłaszcza dla „autorytetów” otaczających się aurą omnipotencji, za którą kryje się najczęściej próżność i pycha – stwierdzeniem godnym kpiny.
W gronie tym spotykamy, jakże często, również przedstawicieli nauki (tzw. naukawców), wśród których trafiają się także i historycy.
Toteż wiele naukawych poglądów
[ tak, naukawych – nie poprawiać] można znaleźć, zdawałoby się, w poważnych wydawnictwach sygnowanych przez Uniwersytety, czy Instytuty naukowe, gdzie owi naukawcy mają nieskrępowaną możliwość głoszenia swego umysłowego zadufania, często otrzymując za to afirmację i poklask.
Wielu z nich działa świadomie, nie krępując się stosowanym nachalnym kłamstwem i manipulacjami.

Lista przyczyn tego zjawiska jest długa; naukowa pustka, próżność i pycha dopiero ją otwierają…  warto by kiedyś zająć się osobno tymi tumorami, żerującymi na żywym ciele prawdy.

Przykładem tego może być, opisane na tej stronie, pomniejszenie zasług ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży w Bitwie pod Ossowem 14 sierpnia 1920 roku, dokonane przez piłsudczykowskiego dokumentalistę mjr B. Waligórę (zob. na tej stronie zakładka „Ignacy Skorupka” oraz „Negacja CnW”), a w tym opracowaniu przykładem o mniejszym ciężarze gatunkowym jest zacytowany bezimienny tekst ze strony Biblioteki Narodowej, odnoszący się do miedziorytu Jana Bensheimera (zob. część I tego opracowania – „Bibliografia”; niebieski tekst pod miedziorytem).
W sprawie obrony Jasnej Góry 1655, aż roi się od kłamstw i wymysłów owych naukawych „autorytetów” w publikacjach roszczących sobie prawo do naukowej powagi.

Wobec spisanych przez o. Kordeckiego świadectw, o nadzwyczajnej Boskiej pomocy okazanej obrońcom Jasnej Góry, możliwe są tylko dwa stanowiska:
– Stanowisko pierwsze: przyjąć je, i rozważyć rozumem i wiarą na czym polegała ich istota.
Dlaczego rozumem i wiarą? Dlatego, ze rozum może badać tylko udział czynnika ludzkiego w tym wydarzeniu, a wiara może rozpoznawać rolę Czynnika Boskiego, (owa słynna współpraca wiary i rozumu).
-Stanowisko drugie: odrzucić te informacje i ich nie przyjmować. Ale w takiej sytuacji trzeba by udowodnić, że Ojciec Kordecki nie napisał w swym pamiętniku prawdy, lecz wymyślił podane fakty; nazwiska świadków oraz ich świadectwa.
Jak dotąd nikt nie udowodnił, że opisane przez o. Kordeckiego fakty są jego wymysłem. Jest natomiast w tej sprawie dużo kłamstwa, złośliwej kpiny, arogancji i odpornej na fakty naukawości.

Spisane przez Ojca Kordeckiego świadectwa, które pochodzą od Szwedów , jak i od Polaków, mają dzisiaj dla nas pierwszorzędne znaczenie, i na zawsze pozostaną ważnym dowodem stwierdzającym obecność Bożej Ręki w tym niezwykłym wydarzeniu.

Tej sprawie poświęcamy tutaj więcej uwagi, gdyż podobnie wygląda problem negacji Cudu nad Wisłą w sierpniu 1920 roku. A ta niechęć, lekceważenie i manipulacje, będą nasilać się w miarę przybliżania się setnej rocznicy Cudu nad Wisłą – bo tam, gdzie pojawia się Palec Boży, pojawia się też merdający ogon szatana.

Obleżenie Jasnej Góry, ze zbiorów jasnogórskich                        „Oblężenie Jasnej Góry” – obraz z sali rycerskiej na Jasnej Górze

MATKA NAJŚWIĘTSZA UKAZYWAŁA SIĘ GEN. MILLEROWI I SZWEDZKIM ŻOŁNIERZOM.
”Wedle świadectwa samych nieprzyjaciół widoczną jest rzeczą, że Jasna Góra cudownie obroniona została, albowiem pan Grodzicki przywódca artylerii Jego Król. Mości i inny świadczyli, że Miller to jedynie za przyczynę do odstąpienia Jasnej Góry w obozie podawał, że słowy i groźbą twarzą poważnej kobiety, która przed nim stanęła, przerażonym został. Stąd rozeszła się wieść między Szwedami, że Miller przez niewiastę przez mnichów przekupioną oszukany, oblężenia zaniechał.
Powszechna zaś wieść krążyła miedzy ludem, że Jenerał przez kobietę, która mu się ukazała, surowo upomnianym został, ażeby od oblężenia odstąpił, bo inaczej całe jego wojsko ze szczętem zginie.
[Wydaje się, że to zdanie ma cechy wieści ludowej, z ubarwieniami dodawanymi podczas przekazywaniu takiej wiadomości z ust – do ust. Toteż ma ono mniejszą wartość, niż inne świadectwa, opisane w pamiętniku o. Kordeckiego – CWU].

Z tym opowiadaniem zgadzają się listy Dominikanek z Piotrkowa na Jasną Górę do sióstr tamże bawiących pisane, które między innymi i to w sobie zawierały: „Miller z wielką uwagą przypatrywał się tu w naszym kościele Obrazowi Najświętszej Panny Częstochowskiej, a ponieważ tłumacz prosił o podarowanie sobie jakiego małego wizerunku tegoż obrazu, darowano mu takowy, a sam Miller wziął go z ręki tłumacza. Stąd łatwo było wnosić, że Jenerał chciał dostrzec, czy postać którą widział w nocy podobna była do obrazu.”
Toteż same zakonnice
w Piotrkowie opowiadały potem Wielebnemu Ojcu Prowincjałowi, (do którego i Częstochowski Konwent należy), iż Miller odebrawszy z rąk tłumacza wizerunek w te słowa się odezwał: „Wcale nie jest podobny do owej dziewicy, która mi się ukazała; bo niepodobną jest rzeczą widzieć równą na ziemi. Coś niebieskiego i boskiego, czymem się nadzwyczaj przestraszył, jaśniało na jej wspaniałym obliczu.
Wracam znowu do listu w którym dalej stało: „Twierdzili i to Szwedzi: że niektórzy z nich widzieli kobietę na murach działa celującą i obrońcom na wałach stojącym potrzebnego oręża własną ręką dostarczającą; a kamieniarzom robiącym podkopy i łamiącym skałę ukazał się sędziwy starzec, który ich napominał, aby próżną porzucili pracę, której nawet w siedmiu latach nie dokonają. Tymi więc widzeniami przestraszeni, od dalszego oblężenia odstąpili.” To słyszał także od Szwedów Pan Aleksy Strzałkowski i pod sumieniem przed Ojcami zeznał. (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982, s. 86 – 87).
Jak okaże się w następnym fragmencie pamiętnika o. Kordeckiego, wspomniany „Sędziwy Starzec” to nikt inny, jak św. Paweł Pustelnik, założyciel Zakonu Paulinów i patron Jasnej Góry.

DALSZE ŚWIADECTWA O UKAZYWANIU SIĘ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I ŚW. PAWŁA PUSTELNIKA SZWEDZKIM ŻOŁNIERZOM.
”Pani Jadwiga Jaroszewska opowiadała podobnież, że widziała postać sędziwego starca, który ją pocieszał nadzieją, że Bóg wkrótce swoje zmiłowanie okaże, a nieprzyjaciel odstąpi od oblężenia Jasnej Góry. Wśród tego widzenia Ojciec, (którego nazwała po imieniu), sprawował Świętą ofiarę w białym ubraniu przy ołtarzu w kącie stojącym, po prawej ręce od wschodu do kościoła. Starca nie mogliśmy brać za kogo innego, tylko za Świętego Pawła, (pierwszego pustelnika i naszego patriarchę), ku czci którego ołtarz ten jest poświęcony.
Jan Więckowski i Maciej Węgierski Szlachta Polska, poświadczyli, że słyszeli opowiadających Szwedów, jako ci widzieli tegoż starca u boku kobiety na murach się pokazującej i pociski szwedzkie odtrącającej.

Zeznał także pod przysięgą Ojciec Błażej Wadowski  Przeor Wieruszowski naszej reguły, iż w domu pewnego mieszczanina Wieruszowskiego przez Szwedzkich Komendantów Jerzego Eichnera i Arensa Lukmana do stołu zaproszony, takie bluźnierstwa z ich ust świętokradzkich słyszał: „Cóż to za czarownica znajduje się w waszym Częstochowskim klasztorze, która niebieską zasłoną odziana z klasztoru wychodziła i po murach się przechadzała niekiedy na ich szczytach spoczywając – na Jej widok nasi z przestrachu padali, tak iż kiedy wychodziła, musieliśmy twarze spuszczać i oczy zasłaniać.”

Toż samo potwierdzali i inni ze starszyzny wojskowej przy stole wówczas siedzący. Z tych dołączali jeszcze niektórzy jak gdyby z wyrzutem: „Wasze mnichy są doskonałymi czarownikami. Otóż naszego towarzysza tak oczarowali, iż od tej chwili w której na kościół wystrzelił, rękę wyciągniętą trzyma i ani mu jej złożyć ani zgiąć na żadną stronę niepodobna; co więcej, cały jakby skostniały ani wsiąść ani zsiąść z konia nie może, podniesioną ręką, jak był z rusznicy mierzył, [postanowiono – CWU] do Leszna odesłać.”

Dodał nadto wspomniany Przeor, że jak przedtem Szwedzi wszetecznymi usty rzucali bluźnierstwa na Najświętszą Pannę, tak po ustąpieniu z pod Częstochowy łagodniejszymi się stali i nic już podobnego od nich nie słyszano.

Pan Mikołaj Bielawski z Ruska opowiadanie Szwedów własnoręcznie ku wiecznej pamięci w następujący sposób opisał: „Żołnierze z oddziału Sadowskiego, który w wojsku Szwedzkim był pułkownikiem, wracając z pod Jasnej Góry, przybyli do mojej wsi, zwanej Golina. Gdym się ich raz u mnie goszczących pytał: co się działo w Częstochowie i jak się im powodziło pod Górą tak licznym wojskiem otoczoną? odpowiadali: że często im się ukazywała jakaś osoba w białej szacie z klasztoru wychodząca i dobytym mieczem obozowi Szwedzkiemu grożąc, natychmiast deszcz padał. Dowiedziano się od straży samych, że czterdziestu żołnierzy tym okropnym widzeniem przestraszonych życie straciło.”

Kiedy tegoż szlachcica wspomniani żołnierze z obowiązku i grzeczności powtórnie odwiedzili, opowiadali: „Że sami widzieli kobietę w niebieską szatę odzianą, przeciw której, gdy dwóch braci Ślązaków, rodem z Gerlachowej, nazwiskiem Dudziczowie strzelby swe celowali, jednemu z nich tak do twarzy kolba przylgnęła, iż jej żadną miarą oderwać nie było można i chirurg ją wyrznąć musiał, drugi zaś stwardniał na ciele jak kamień; wojsko Szwedzkie zabrało ich z sobą.” Zeznanie to stwierdził z przysięgą, a rzeczony szlachcic skreślił je i przesłał Jasnogórskim.

Pan Strzałkowski, o którym już wyżej mówiono, maż uczony i poważny, mieszkaniec Wielkopolski, świadczył, iż słyszał także od wielu Szwedów, że spostrzegana na murach klasztornych kobieta albo postacią swą ich przestraszała albo też gęstą mgłą otaczała, wtenczas kiedy najbardziej wytężali siły klasztor zdobyć usiłując. O tym samym donosili poważni mężowie i wiarygodni mieszczanie Częstochowy, którzy to Polscy żołnierze z Wolfem przez Szwedów zabrani opowiadali.

Wielu wiary godnych mężów ze Szlachty zeznało: jako miedzy opowiadaniami Szwedów oblężonych to szczególniej uwagi godnego z ich ust usłyszeli: „Często (mówili Szwedzi), gdyśmy się zabierali szturmowania klasztoru burzącymi działami, pokazywała się mgła, którą otoczona góra zwodniczym cieniem wzrok patrzącym łudziła – zdawało się, że góra z klasztorem wysoko w powietrze poszła, dokąd gdy strzały z dział kierowano, pociski do obranego w powietrzu celu zrzucone przenosiły klasztor nie szkodząc mu bynajmniej.
Niekiedy zaś, wśród tej ciemnej i podobnież łudzącej wzrok mgły, widzieliśmy klasztor na niskim pagórku stojący; gdy tedy nasi puszkarze ciemnością złudzeni tak przedstawiający się klasztor na cel brali, kule przed murami twierdzy padały a odbijając się od zmarzłej wtenczas ziemi z wielkim zapędem na powrót leciały”.
(s. 87 – 90).

Na koniec spisywania tych świadectw Ojciec Augustyn Kordecki dodaje:
”Kilka tych cudownych przykładów postanowiłem do oblężenia Jasnogórskiego dołączyć, aby widocznie okazać, że Góra Najświętszej Panny ręką samego Boga obronioną i ocaloną została. Chociażby tedy więcej cudownych wypadków mową lub pismem przez ludzi o tymże oblężeniu głoszonych dochodziło, zechciej wierzyć roztropny czytelniku, że tu nic dla podniesienia sławy Świętego Miejsca sztucznie wyszukanym nie zostało.
Sądziliśmy bowiem, że dosyć jest dla osiągnięcia naszego zamiaru, a co więcej dla zjednania sławy temu Miejscu, jeżeli wiadomym będzie, że Jasna Góra wspierając
się na pomocy Królowej Niebios zwycięsko wszystkie niebezpieczeństwa przebyła.” (s. 90).

Potrzebni są tylko roztropni czytelnicy…

KPINY KRÓLA GUSTAWA Z GEN. MILLERA.
”Miller trapił się niepomału wyrzutami towarzyszy, a szczególniej starszyzny wojskowej, że się dał oszukać kuglarstwom mnichowskim i odstąpił od zdobycia klasztoru; a nawet mówiono, że sam Król Szwedzki przykre mu często czynił wymówki, że jednej klatki, czyli (jak się z szyderstwem wyrażał) kurnika tak sławny wódz, w tak długim czasie, z tak licznym wojskiem zdobyć nie zdołał! Gdy przeciwnie Król, Kraków stolicę Polski w krótszym przeciągu czasu do poddania się zmusił i całe prawie Królestwo pod swoje berło zagarnął.” (s. 96 – 97).

SAMI SZWEDZI O SWOJEJ KLĘSCE W PRZYSŁOWIACH I POWIEDZENIACH.
”Sami już pokonani nieprzyjaciele wystawili dla triumfującej a strasznej dla nich Jasnogórskiej Dziewicy wieczny pomnik zwycięstwa. Gdy bowiem wracali od oblężenia Częstochowskiego klasztoru, ułożyli sobie niektóre uszczypliwe przysłowia, którymi próżność drugich wyśmiewali lub też przechwalających się swoim męstwem trefnisiów karcili: Kiedyś taki wielki rycerz, idź – że zdobyć Częstochowę; a inne znowu przysłowie, którego złorzecząc nienawistnym osobom używali, było: Precz stąd pod Częstochowę!
A nawet poważni mężowie poświadczali, że gdy się pytali Szwedów, co by też myśleli o Częstochowskim klasztorze i jego zdobywaniu, słyszeli często odpowiedź: Częstochowa to grób najdzielniejszych rycerzy! A rzeczywiście nazwać ją mogli skałą, o którą się potęga Króla Szwedzkiego rozbiła i więcej nie powstała.”
(s. 127 – 128).

W podsumowaniu warto zauważyć krótką opinię Józefa Ignacego Kraszewskiego, wyrażoną w powieści historycznej „Kordecki”, że „Wiek XVII był jeszcze zaprawdę u nas wiekiem szczerej i głębokiej wiary.”
Natomiast o Szwedach powiedział, że wiary w Boga już nie mieli. Wierzyli natomiast w czary, których bardziej się bali, niż Boga.
I to nas wprowadza w czasy dzisiejsze; gdy znów wiele narodów Zachodu i Wschodu, zagubiwszy Boga, zatrzymało się przy współczesnej formie czarów; magii, okultyzmie i rożnych odmianach ezoteryzmu, które należą do opanowującej świat cywilizacji śmierci.

Tylko czy dzisiaj wystarczy nam wiary w Boga i Jego Moc, aby przeciwstawić się współczesnemu pogaństwu, i nie dać się zatopić w nadciągającej zagładzie państw, ludów i narodów?

Czesław Wójcik – Uglis
Ciąg dalszy nastąpi

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Dziwne „przypadki”

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części tego opracowania; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Słownik Języka Polskiego określa przypadek jako „zdarzenie, lub zjawisko, których nie da się przewidzieć”. Nie czas i miejsce, aby tutaj roztrząsać nieprecyzyjność tego określenia.

Od strony naukowej zajmuje się tym teoria prawdopodobieństwa, będąca działem matematyki, badającym zdarzenia losowe. I chociaż jej rozwój przyniósł nauce dużo korzyści, na przykład otworzył drogę do rozwoju fizyki kwantowej, to jednak ze względu na pojawianie się licznych paradoksów, teoria ta nie stwarza możliwości wyjaśniania wszystkiego, co dotyczy człowieka na poziomie egzystencji materialnej, a tym bardziej na poziomie jego życia duchowego.

W sferze paranaukowej przeważa pogląd, że coś takiego jak przypadek nie istnieje. Może najdobitniej wyraził to już w starożytności Demokryt: „Ludzie z przypadku uczynili mamidło, którym usprawiedliwiają swą własną głupotę”.
Z trafną intuicją potraktował przypadek Friedrich Schiller: „Przypadków nie ma; to, co jawi się nam jako ślepy traf, pochodzi właśnie z najgłębszych źródeł.” – chociaż mogą pojawić się trudności w ustaleniu, co dla Schillera oznaczają „najgłębsze źródła”?

Trzeba więc, stwierdzić: Nie ma przypadków dziwnych, ani szczególnych, ani przypadków zwykłych, ani niezwykłych – bo nie ma żadnych przypadków. Gdyby były, to byłyby zaprzeczeniem mocy Boga, który jest także Panem przypadków.
Są tylko zdarzenia, których natury nie rozumiejąc, nazywamy przypadkami. Wiele takich zdarzeń znajdujemy w opisie walk, w pamiętniku o. Augustyna Kordeckiego – Przeora Jasnej Góry.

Oblężenie klasztoru jasnogórskiego - obraz ze zbiorów jasnogórskich              „Oblężenie Klasztoru Jasnogórskiego” – obraz ze zbiorów jasnogórskich.

ZNISZCZENIE SZWEDZKIEJ PÓŁKARTAUNY.
Jednym z takich wypadków, które skłaniają do refleksji nad ich naturą i przyczyną, jest cytowany już we wcześniejszych wpisach zniszczenie drugiego działa burzącego; 24 – funtowej półkartauny, która rozpękła się w czasie intensywnej nawały artyleryjskiej na Jasną Górę, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Jeszcze raz odnośny fragment z pamiętnika o. Kordeckiego:

Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.

To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa 1982, s. 77 – 78)
Szwedzi posiadali dwie takie półkartauny. Pierwsza została zniszczona celnym strzałem armatnim z Jasnej Góry 14 grudnia. Tak więc, obydwa, tak niebezpieczne dla jasnogórskiej fortecy ciężki działa przeznaczone do burzenia murów, zostały wyeliminowane z walki. Wyżej opisane zniszczenie drugiej półkartauny może budzić w umysłach mniej wyrobionych zdumienie – a dla dociekliwych i krytycznych – wzmożoną chęć poznania prawdy, o ile będzie ona w całej pełni udostępniona umysłowi ludzkiemu. Bo tam, gdzie „Boży Palec dotyka Ziemi”, nie wszystko jest poznawalne ludzkim rozumem.

UKARANIE BLUŹNIERSTWA I ŚWIĘTOKRADZTWA.
”W […] samą uroczystość Niepokalanego poczęcia N. Panny Maryi żołnierz Szwedzki, zacięty nieprzyjaciel Bogarodzicy, wracając do obozu z Rędzin, wioski Pana Tomasza Przerombskiego, w którego domu bluźnił był bezecnymi usty przeciw czci Najświętszej Panny, poległ przed kościołem Św. Barbary od kuli działowej, innym kierunkiem niż sobie puszkarz [artylerzysta – CWU] zamierzał lecącej i od śniegu odskakującej. Tak tedy poniósł słuszną karę z ręki Boga, jako niegodny oglądać słońca, który Najświętszej Rodzicielce wiekuistej jasności i chwały uwłaczał.” (Tamże, s. 51).

Podobnie zdarzyło się polskiemu żołnierzowi – zdrajcy. W pierwszym okresie szwedzkiego potopu, część Wojska Polskiego przeszła na służbę króla szwedzkiego. Wojska takie wchodziły także w skład korpusu Millera, pełniąc w czasie oblężenia Jasnej Góry na ogół rolę pasywną.
„W tym czasie żołnierz z oddziału wojska Polskiego ugodzony kulą z rusznicy, poniósł karę za to: że przemyśliwał o dopuszczeniu się gwałtu na Miejscu Świętym i zostawił tym samym przykład dla późnej potomności. Ten bowiem ohydną żądzą zysku zapalony, obiecywał sobie i swym współtowarzyszom obfity łup z rozlicznych bogactw Jasnej Góry.
Właśnie w tej chwili, kiedy odwodzącym go od świętokradzkich zamiarów rzekł: Godzić się nam, to którzy po stronie Szweda walczymy, w tej właśnie chwili kula z murów puszczona uderza go w głowę, mówiącego strąca z konia na ziemię i razem z życiem gasi świętokradzką żądzę łupu.”
(s.24).

ZDUMIEWAJĄCA NIESKUTECZNOŚĆ SZWEDZKICH ATAKÓW.
Dziwili się sami Szwedzi, że ich ataki są tak mało skuteczne, chociaż bardzo starali się podpalić klasztor. Za przykład niech posłuży fragment z cytowanego już wcześniej opis artyleryjskiego ataku na klasztor, w niedzielę 24 listopada:
Stali na murach nieustraszeni obrońcy z równą gotowością do wytrzymania niebezpieczeństwa ze strony nieprzyjaciela, jak do niesienia takowego; stali z tym większą odwagą, skoro spostrzegli, że wiele pocisków pada bezskutecznie chybiając celu – niektóre lekko tylko dotykają się murów – inne blisko nich upadają – inne (o cudzie!) od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakują, inne z nich wreszcie, nic nie zrobiwszy przenosiły i więcej szkody swoim z przeciwnej strony szturm przypuszczającym sprawiły niż oblężonym.” (tamże, s. 29 – 30).

Podobnie było nazajutrz i w dni następne: ”Niekiedy przecież kule wpadłszy między belki dachów groziły istotnym niebezpieczeństwem pożaru, lecz czuwająca bezustannie straż porywała je zaraz i zrzucała, postrzegłszy dym lub płomień. I zaiste, tylko Opatrzności Boskiej przypisać należy, że dachy drewniane (przy całym swym obszernym rozgałęzieniu i rozłożeniu) dostarczając dla ognia suchego żywiołu, nie stał się pastwą płomieni. Również i to było następnej nocy cudownym zjawiskiem; że kula rozpalona wpadłszy pod dach, odbiła się od komina i padła obok kolebki dziecięcia, lecz ani samego niemowlęcia nie uszkodziła, ani kolebki jego nie zapaliła.” (s.30 – 31).

SZWEDZKIE KULE WRACAJĄ DO ICH OBOZU.
Niezwykłe są też zapiski Ojca Kordeckiego o szwedzkich kulach godzących w ich własny obóz. Działo się to w dwojaki sposób; albo na skutek przestrzelenia – gdy pociski przelatywały ponad klasztorem, czyniąc szkodę własnym wojskom po drugiej stronie twierdzy, albo – co bardziej zdumiewające – odbijały się od murów i wracały do Szwedów, niejednokrotnie czyniąc im spustoszenie. Tutaj znów warto ponownie zatrzymać się, przy opisie zniszczenia drugiej szwedzkiej półkartauny w pierwszy dzień Świat Bożego Narodzenia, w którym czytamy: „Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały” – czytaj więcej wyżej – w tym wpisie pierwszy cytat z pamiętnika o. Kordeckiego.

Musiały takie zdarzenia powtarzać się często, gdyż mówili o tym sami Szwedzi: „Wielu wiary godnych mężów ze Szlachty zeznało: jako miedzy opowiadaniami Szwedów oblężonych to szczególniej uwagi godnego z ich ust usłyszeli: „Często (mówili Szwedzi), gdyśmy się zabierali szturmowania klasztoru burzącymi działami, pokazywała się mgła, którą otoczona góra zwodniczym cieniem wzrok patrzącym łudziła – zdawało się, że góra z klasztorem wysoko w powietrze poszła, dokąd gdy strzały z dział kierowano, pociski do obranego w powietrzu celu zrzucone przenosiły klasztor nie szkodząc mu bynajmniej.
Niekiedy zaś, wśród tej ciemnej i podobnież łudzącej wzrok mgły, widzieliśmy klasztor na niskim pagórku stojący; gdy tedy nasi puszkarze ciemnością złudzeni tak przedstawiający się klasztor na cel brali, kule przed murami twierdzy padały a odbijając się od zmarzłej wtenczas ziemi z wielkim zapędem na powrót leciały”.
(s. 89 – 90).

W innym miejscu czytamy: „Tu zdarzyło się także to pamięci godne: że gdy z nieprzyjacielskiego obozu kilka kul ognistych rzucono na klasztor, jedna z nich utkwiła wprawdzie w dachu kaplicy Matki Boskiej, lecz nagle odszkoczyła; druga z boku do uświęconego Miejsca zmierzając, jak gdyby siłą ukrytą odtrącona zwróciła się ku obozowi, po powietrzu straszliwy ogień rozrzucając.” (s.32).

NIEJASNE OKOLICZNOŚCI ŚMIERCI SIOSTRZEŃCA GEN. MILLERA.
”Zdarzyło się tego dnia, o zmierzchu [12 grudnia – CWU], iż przywódca dział Szwedzkich wystrzelił że śmigownicy we dnie ustawionej i nabitej ku stanowisku Millera, tak iż kładącego się spać siostrzeńca jego w brzuch kulą ugodził i na łożu wuja trupem położył. Przypadek ten byłby samego Millera spotkał, gdyby nie był ustąpił owego nieszczęsnego łoża siostrzeńcowi, którego ten zaszczyt drogo kosztował, bo go życiem przepłacił. Ciało z wydartymi wnętrznościami smutny przedstawiało widok, nie potrafiło jednak wstrzymać Millera w przedsięwziętym zuchwalstwie i dzikości. Nie zastanawiał się nad tym, że tylko przypadkiem uniknął wielkiego niebezpieczeństwa i nie lękał się, aby go podobna dosięgła kara. Owszem ciężka boleść serca podniecała go do próbowania wszelkich środków, jakie tylko mściwy umysł mógł wynaleźć, do zniszczenia i zrównania z ziemia klasztoru.” (s. 55).

Powyższa informacja Ojca Kordeckiego o okolicznościach śmierci siostrzeńca gen. Millera jest nie całkiem jasna. Wątpliwości nie ulega, że zginął on od kuli armatniej. Ale czyja to była kula? Jeśli było tak, jak czytamy w polskim wydaniu pamiętnika, to oznaczałoby to zamach ze strony własnego wojska Millera. Ale gen. Miller nie podjął żadnych działań przeciwko swoim.
Prawdopodobnie zacytowany tekst z pamiętnika o. Kordeckiego został nieprawidłowo przetłumaczony z łaciny, i jest chyba błędem edytorskim wydania, które posłużyło nam do sporządzenia tego wpisu.
Tak, czy inaczej – śmierć siostrzeńca Millera, w łóżku swojego wuja, trzeba uznać za zdarzenie bardzo niezwykłe. Miller i jego obsługa mieli wystarczające doświadczenie wojenne, aby wiedzieć gdzie i w jakiej odległości, należy rozbić namiot naczelnego dowódcy, aby zagwarantować mu bezpieczeństwo w czasie zmagań artyleryjskich. A jednak…

RÓWNIEŻ INNE SZWEDZKIE PRÓBY OPANOWANIA JASNEJ GÓRY SPEŁZŁY NA NICZYM.
Nieskuteczne okazały się prowadzone bez powodzenia podkopy w celu wysadzenia klasztoru w powietrze, z powodu dużej twardości skał wapiennych (tzw. jurajskie wapienie skaliste) oraz wycięcie podziemnej brygady górników w czasie jednego z wypadów obrońców klasztoru.

Podobnie nieskuteczne okazały się próby bezpośredniego ataku na mury, dzięki skutecznemu ostrzałowi artyleryjskiemu z Jasnej Góry – likwidującemu podciągane machiny oblężnicze.

W końcu, do zdarzeń niezwykłych, trzeba też zaliczyć rzadko spotykaną niezłomność, cierpliwość, wyjątkowy hart ducha i niezwykłe zdolności dyplomatyczne dowódcy obrony jasnogórskiej – Ojca Augustyna Kordeckiego.
Jego przedłużanie pertraktacji w sprawie poddania klasztoru, a w końcowym okresie obrony odrzucenia żądania zapłacenia okupu za odstąpienie Szwedów od Jasnej Góry – były działaniem o nie mniejszym znaczeniu niż wysiłek zbrojny.
Czesław Wójcik – Uglis

                                                   Ciąg dalszy nastąpi

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część III: Modlitwa

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Ten wpis warto przeczytać dokładnie, gdyż zawiera klucz do zrozumienia fenomenu cudownej obrony Jasnej Góry 1655 i Cudu nad Wisłą 1920.

Zapraszamy również do przeczytania wcześniejszych wpisów na temat cudownej obrony Jasnej Góry; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Ora et labora – módl się i pracuj. Ta prosta benedyktyńska reguła życia zakonnego, sprawdziła się w czasie pokoju.
Ale w czasie wojny, gdy zagrożone jest życie, wolność i świętość miejsc wybranych przez Boga, przekształca się ona w Oratio et pugna – modlitwa i walka.

Człowiek walczy, Bóg daje zwycięstwo – czytamy w Słowniku Teologicznym. Tak właśnie było na Jasnej Górze, w dniach szwedzkiego oblężenia w 1655 roku, gdy modlitwa i walka przenikały się nawzajem w tajemniczej współpracy.
Modlitwa zdawała się wyprzedzać walkę, i rzeczywiście ją wyprzedzała. Pomagała odnosić zwycięstwa tam, gdzie wydawało się to niemożliwe.
Walka natomiast była częścią modlitwy. Stawała się modlitwą wyrażoną orężem, zbrojnym wysiłkiem i ofiara krwi, która nie ominęła obrońców Jasnej Góry. Mówi o tym pamiętnik Ojca Kordeckiego.
o. Augustyn Kordecki do drukuOjciec Augustyn Kordecki (1603 – 1673) – Przeor Klasztoru Paulinów na Jasnej Górze. Jego niezłomna wiara, modlitwa i wielkie zaufanie pokładane w Bożej Opatrzności, doprowadziły do przezwyciężenia  szwedzkich usiłowań opanowania jasnogórskiego Klasztoru.
To Jego wspominał i przepowiadał pojawienie się takiego przywódcy ks. Ignacy Skorupka, na dwa tygodnie przed swą śmiercią 14 sierpnia 1920 roku, w czasie największego zagrożenia dla Polski ze strony bolszewików, czym nieświadomie zapowiedział swą chwalebną śmierć i rolę potężnego rozbłysku duchowego, elektryzującego cofający się od 6 tygodni polski front. (Obraz ze zbiorów Jasnogórskich)

MODLITWA PRZED WALKĄ
Jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia, Przełożony Jasnej Góry o. Augustyn Kordecki „[…] dnia 18 listopada zwołuje wszystkich Ojców Zgromadzenia zakonnego oraz tych, którzykolwiek ze świeckich osób schronili się do Częstochowy, zachęca ich pobożnie, ażeby byli uczestnikami Mszy Świętej przed ołtarzem N. M. Panny – rozkazuje obnosić Najświętszy Sakrament około murów i warowni wśród publicznych modłów – błogosławi działa większe i mniejsze, kule ołowiane, żelazne i naczynia z prochem.” (A. Kordecki, Pamiętnik oblężenia Częstochowy, Częstochowa, 1982, s. 21 – 22).

W niedzielę 24 listopada, w święto ofiarowania Najświętszej Marii Panny „Chcąc Zakonnicy uroczyściej obchodzić dzień poświęcony swej Opiekunce, do zwykłych ceremonii dodali jeszcze tę uroczystość, iż wewnątrz murów obnoszono naokoło wśród publicznych modłów Najświętszy Sakrament. Pomni na opowieść Pisma, jako dla przestraszenia Filistynów Izrael obnosił arkę Bożą około obozu, zaufali silniej potężnej obronie Boga w swej istocie, niż owi w symbol i figurę Wszechmocnego.” (tamże, s. 28).

PIEŚŃ RELIGIJNA NAD POLEM BITWY.
W tą samą niedzielę, podczas szwedzkiego ataku artyleryjskiego, rozległa się z klasztornej wieży muzyka i pieśń religijna. Niosła się ona nad Jasną Górą i docierała do obozu szwedzkiego: „[…] gdy każdy z największą usilnością i zajęciem wypełnia swoje obowiązki, pokrzepia oblężonych pobożny głos pieśni na szczycie śpiewanej i wygrywanej. Nieprzyjaciele zaś przeciwnie mniemając, że muzyka ta jest na wyszydzenie ich usiłowań i że ich gwałtowne napady są lekceważone, zżymają się z wściekłości i oburzenia. Śpiew ten pobożny tak wielce podniósł ufność i odwagę w mieszkańcach Jasnej Góry, że odtąd weszło w zwyczaj podobną harmonią osładzać sobie niedolę oblężenia i straszliwy krzyk srożącego się wojska […]” (s. 30).

SZWEDZKI DIABOLIZM I WIARA OBROŃCÓW.
Dziwna to była walka i niezwykła obrona, jakich chyba niewiele zapisanych jest w historiach wojen. Szwed bowiem, zdaniem Ojca Kordeckiego, specjalnie wybierał dni świąteczne dla szczególnie uciążliwych ataków na klasztor. Obrońcy natomiast, w te dni świąteczne, nie chwytali za broń, nim nie ukończyli modlitwy i liturgicznych obrządków przewidzianych na taki dzień.
W dniu 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia NMP „Zdawało się, że piekło samo paszczę otwarło przeciw obrazowi świętemu, gdyż, jak tylko dzień zajaśniał, miotały działa burzące tak gęsty i straszliwy ogień od strony północnej i południowej, iż przez ten dzień trzysta czterdzieści kul padło, jak to świeccy zliczyli. Ojcowie bowiem Jasnogórscy zajmowali się przez ten czas nabożeństwem według swego zwyczaju, postanowiono odśpiewać suplikacje przed Najświętszym Sakramentem, z którym gdy po Mszy Świętej procesja wyszła pomiędzy przedmurza, sypały się ogromne złomy murów a świszczące kule (ważące po 26 funtów) przelatywały, nie bez wielkiego przestrachu, ponad głowami modlących się. Nikt przecież w tak okropnym niebezpieczeństwie nie udał się na mury, przed ukończeniem nabożeństwa. Po odbytych dopiero modlitwach, ufni w pomoc Bożą, (co było tylko ludzi płci obojej w klasztorze [ do klasztoru schroniły się także rodziny części świeckich obrońców – CWU], podzielili między siebie obowiązki i każdy podług swoich sił przykładał się jak najdzielniej do obrony.” (s. 52).

EGZORCYZMY PRZECIW CZAROM.
Niekiedy modlitwy przybierały formę egzorcyzmów. W Biblii znajdujemy wyjaśnienie walk i wojen toczonych na Ziemi jako zewnętrznego przejawu walk prowadzonych w świecie duchów. (Zob. Księga Daniela, rozdz.10, J. Bajda, „Objawione słowo… wielka wojna”, Nasz Dziennik, 26-27 sierpnia 2006).
Gdy pod Jasną Górą przez kilka dni i nocy utrzymywały się gęste mgły, ułatwiające Szwedom podprowadzanie pod mury klasztoru potężne machiny oblężnicze, a obrońcy nie mogli użyć artylerii do ich niszczenia z powodu złej widoczności – to dopiero te mgły „[…] stosownymi modlitwami i zażegnaniami rozproszono. Dlatego polecono jednemu z Ojców, ażeby przeciw gusłom nieprzyjacielskim wzywał potęgi Boskiej, powietrze zaciemnione egzorcyzmami oczyszczał i broni oblężonych błogosławił, co tak dalece było skutecznym, iż usunąwszy zabiegi czarodziejskie i wszelkie gusła, ciemności z powietrza ustąpiły, strzały padały znowu skutecznie, a nieprzyjaciel ginął, chociaż niegodziwą pomocą szatana uzbrojony. Z tego powodu mówiono w obozie nieprzyjacielskim: „Częstochowskie mnichy są wielkimi czarownikami, zabijają bowiem naszych najdzielniejszych mężów, którym nic nie pomogły ugody z czartami; otóż sławnego naszego towarzysza (zabito go w pierwszej wycieczce Jasnogórców), mającego siedmiu szatanów przy sobie, który z trzydziestu potyczek wyszedł zwycięsko, włosa nie straciwszy, zabili z wielkim dla nas wszystkich zdumieniem, i nic mu nie pomogły jego czartowskie sztuki, które go kiedy indziej ocalały.”” (s.56 – 57).

WIARA CZYNI CUDA, I NIE CZŁOWIEK ALE SAM BÓG DAJE ZWYCIĘSTWO.
W innym miejscu o. Kordecki zapisał w swoim pamiętniku na dowód ufności w opiekę Boskiej Mocy: „Nazajutrz od śmigownic [śmigownica, to spolszczona nazwa małego działka o długiej lufie – CWU] Jasnogórskich poległo kilku Szwedzkich żołnierzy, nieprzyjaciel cokolwiek zwolnił i żadnej szkody nie przyniósł oblężonym, gdyż Bóg na prośbę Najświętszej Maryi Panny osłaniał swoich wielbicieli cudowną potęgą.” (s.62).

I jeszcze zdanie Ojca Przeora Kordeckiego, nie pozostawiające wątpliwości, kto dokonał tego dzieła: ”Bóg to sam tak rozrządził, ażeby pomiędzy góry niegdyś cudami słynące, w Polsce także i ta Jasna policzoną została, szczególniejszą opieką Boga na prośby Najświętszej Panny obroniona; ażeby nikt z ludzi nie mógł się chlubić jej ocaleniem lub przynajmniej pysznych i chełpliwych powtarzać zwrotów: Ręka nasza to wszystko zrobiła.” (s. 86).

Widać tu wielką pokorę i skromność dowódcy jasnogórskiej obrony, jakiej niestety zabrakło Józefowi Piłsudskiemu w roku 1920 i później, gdy On i jego obóz, konsumowali dla korzyści politycznych niezwykłe zwycięstwo Cudu nad Wisłą 1920.

Wrócimy jeszcze do tego w tym opracowaniu części VI –  „Paralele: Jasna Góra 1655 – Warszawa 1920”.
Ta sprawa już była podjęta na tej stronie w opracowaniu „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży” (zakładka ”Ignacy Skorupka”)
Czesław Wójcik – Uglis.
Ciąg dalszy nastąpi

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część II : Walka

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Gdy w 1655 roku Szwedzi stanęli pod Jasną Góra, ta była już twierdzą warowną, wyniesioną na wapiennym wzgórzu, z bastionami, murami i fosą. Zdobycie takiej warowni wymagało użycia artylerii. Toteż artyleria odegrała najważniejszą rolę podczas próby zdobycia Jasnej Góry.

przyc-edward-mesjasz-oblezenie-jasnej-gory-olej-plotno-87x128cm                   Edward Mesjasz – „Oblężenie Jasnej Góry”, olej na płótnie, 87 x 128 cm

TAKTYKA SZWEDZKA polegała na przypuszczeniu zmasowanego ataku artyleryjskiego na klasztor, z użyciem pocisków zapalających i granatów rozpryskowych, skierowanych na obrońców murów i mieszkańców klasztoru – na przemian z atakiem ciężkich dział burzących, skierowanym na mury.
Po pewnym czasie ogień przerywano i wysyłano posłańca z listem, zawsze ozdobionym wyszukanymi zwrotami grzecznościowymi i licznymi barokowymi przystawkami – którego skrócona treść, dałaby się zamknąć w kilku słowach: „Czcigodni Ojcowie, czy już się poddajecie?”.

Oprócz ataków artyleryjskich, próbowano podczas nocy, lub w czasie mgły, przytoczyć pod mury machiny oblężnicze, umożliwiające bezpośredni atak na mury klasztoru, ale z zadziwiającą skutecznością obrońcy radzili sobie w takich sytuacjach: „Gdy się dzień zrobił, spostrzeżono naprzeciw baszty machinę oblężniczą, którą Szwedzi w nocy na kołach przytoczyli. Lecz załoga klasztoru rozproszyła strzałami z rusznic jej sprawców, machinę zaś działem strzaskano i rozbito.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982, s.56).

Próbowano także wysadzić w powietrze obronne bastiony klasztoru prochowymi ładunkami założonymi w podkopach. W tym celu Szwedzi sprowadzili z Olkusza górników, których zmuszali do wykopania odpowiednich tuneli. Podziemne roboty postępowały jednak bardzo opornie, ze względu na twarde wapienie jurajskie, na których osadzony jest klasztor.

przyciety-a-setkowicz-obrona-czestochowy-z-prywatnej-kolekcji-michala-sitka                  A. Setkowicz – „Obrona Jasnej Góry”, z prywatnej kolekcji Michała Sitka

OBRONA JASNEJ GÓRY opierała się również głównie na artylerii. Można mówić o porównywalnej sile artyleryjskiego ognia po obu stronach. Załoga klasztoru posiadała wprawdzie kilka dział więcej niż Szwedzi, ale tą przewagę równoważyły po stronie szwedzkiej dwie ciężkie 24 – funtowe półkartauny.
W obronie była również przydatna lżejsza broń palna; muszkiety, rusznice i lekkie działka z długą lufą, nazywane po polsku śmigownicami (lub sokolikami) – skuteczne do zwalczania mniejszych celów na dużą odległość.
Przy zwarciu, na wałach przydatna była broń biała, z użyciem nawet pradawnych maczug.
Wielkimi sukcesami kończyły się polskie wypady (tak zwane wycieczki) do szwedzkiego obozu. Dwa takie niespodziewane ataki: nocny z 24 na 25 listopada, i dzienny 20 grudnia, były bardzo skuteczne. W ataku nocnym, w którym brało udział około 40 ochotników, zagwożdżono dwa szwedzkie działa i wycięto w pień załogę szwedzkiej reduty. W drugim wypadzie wzięło udział około 30 ochotników. Pozabijano kamieniarzy drążących tunel pod klasztorem. Prawdopodobnie zginął też szwedzki inżynier dozorującego roboty górnicze. I znów zagwożdżono dwa szwedzkie działa.
W obu przypadkach wypady te odbyły się przy niewielkich stratach własnych.

Bardzo przydatne okazało się również w obronie Jasnej Góry przedłużanie pertraktacji w sprawie poddania klasztoru, czy zapłacenia kontrybucji, na które nalegali Szwedzi. Wymagało to, jak i cała obrona Świętego Miejsca, wyjątkowej roztropności, cierpliwości i przebiegłości – czemu sprostał wielki mąż naszej historii i Kościoła o. Augustyn Kordecki, pomimo przeżywanego przez załogę okresowego zwątpienia i gotowości części obrońców do poddania klasztoru.

STAN LICZEBNY OBU WOJSK przedstawiał się jako druzgocząca przewaga szwedzkiego agresora nad jasnogórską obroną. Korpus gen. Millera liczył około 3200 wojska, na które składała się piechota, jazda i mająca najważniejsze zadanie do spełnienia artyleria.

Załogę jasnogórską stanowiło „[…] ledwo siedemdziesięciu zakonników (wcale nie żołnierzy) taką siłę w sobie uczuli, iżby z pięciu Szlachty Polskiej i ich nieliczną służbą oraz 160 załogi pieszej, po większej części z wieśniaków złożonej, ośmielili się stawić opór tak licznemu wojsku […].” (tamże, s. 84).
Z tego zapisu Ojca Kordeckiego, wynika, że Jasnej Góry broniło 250 – 300 osób, gdyż do obrony włączały się także kobiety z rodzin świeckich obrońców, chroniące się w klasztorze przed Szwedami.  Ojciec Kordecki pisze o tym tak: „Po odbytych dopiero modlitwach, ufni w pomoc Bożą, (co było tylko ludzi płci obojej w klasztorze), podzielili między siebie obowiązki i każdy podług swoich sił przykładał się jak najdzielniej do obrony.” (s. 52).

85-franciszek-kondratowicz-oblezenie-jasnej-gory-1655                     Franciszek Kondratowicz (?) – „Oblężenie Jasnej Góry 1655 roku”

SZWEDZKI ATAK ARTYLERYJSKI NA KLASZTOR W NIEDZIELĘ, 24 LISTOPADA.
„Miller rozstawił tymczasem na trzech miejscach działa. Po przeczytaniu listu [był to list Ojca Przeora do gen Millera, w którym była odmowa poddania klasztoru – CWU] tylko krzyknął nagle, wołając: aby dawano ognia i brano się do oręża na niszczenie klasztoru. Wnet też od strony południowej i północnej lecą pociski i kule ogniste.

Padające kule łupią belki i wiązania dachów, latają ogniste pochodnie a prochem ładowane bomby padają na dachówki kościoła: pozwijane kłęby konopi, oblane smołą i żywicą, rozniecają płomień. Na próżno przecież jęczą mury, gwałtownie tłuczone: jeszcze okropniejszym ciosom postawią one czoło. Wszelkich środków chwyta się nieprzyjaciel, aby srogością wojny i postrachem przerazić serca oblężonych; atoli ani gęsto miotane ognie, ani częsty grzmot dział nie odjęły odwagi obrońcom klasztoru i nie ogarnęła ich bojaźń. Po dachach była rozstawiona straż, aby ugaszać ogień bombami wzniecony; rzucano więc na nie mokre szmaty albo spychano je żerdziami. Stali na murach nieustraszeni obrońcy z równą gotowością do wytrzymania niebezpieczeństwa ze strony nieprzyjaciela, jak do niesienia takowego; stali z tym większą odwagą, skoro spostrzegli, że wiele pocisków pada bezskutecznie chybiając celu – niektóre lekko tylko dotykają się murów – inne blisko nich upadają – inne (o cudzie!) od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakują, inne z nich wreszcie, nic nie zrobiwszy przenosiły i więcej szkody swoim z przeciwnej strony szturm przypuszczającym sprawiły niż oblężonym.” (tamże, s. 29 – 30).

ZACIĘTE ZMAGANIA ARTYLERYJSKIE 11 – 14 GRUDNIA.
Gen. Miller otrzymał 10 grudnia wzmocnienie artyleryjskie; kule; proch i nowe działa z obsługą: w tym dwie ciężkie 24 – funtowe półkartauny, które w nocy 10/11 grudnia zostały wytoczone na stanowiska ogniowe, usadowione w bliskiej odległości od klasztoru; 180 – 350m.
O świcie 11 grudnia nastąpił zintensyfikowany atak szwedzkiej artylerii. Obrońcy byli oszołomieni tak silną nawałą ogniową, jakiej dotąd nie było.

Zmagania z dni 11 – 14 grudnia zwięźle przedstawia Kronika Oblężenia Jasnej Góry, znajdująca się na stronie Biura prasowego Jasnej Góry
Kolor czerwony – ataki szwedzkie i ich sukcesy.
Kolor ciemnozielony – polska obrona

11 grudnia 1655
Szwedzki atak artyleryjski na bastion BIV św. Trójcy i przylegający do niego fragment kurtyny północnej. Z reduty R1bis artyleria szwedzka prowadzi całodzienny, intensywny ogień wyłomowy do bastionu BIV św. Trójcy, oddalonego od niej nie więcej niż 180 m […]. Ogień jest skuteczny, w lewym czole bastionu wybity zostaje dość duży wyłom. Ponadto na bastionie uszkodzone zostają dwa działa forteczne i zabitych kilku puszkarzy. Skuteczny jest również ogień wyłomowy, prowadzony z artyleryjskiej reduty oblężniczej R3 do znajdującej się w odległości około 240 m […] od kurtyny północnej. W pobliżu bastionu BIV św. Trójcy w kurtynie tej wybity zostaje wyłom o znacznych rozmiarach (wyłamane zostały parapety, jak zapisał w swym dzienniku o. A. Kordecki). Ponadto naruszona zostaje konstrukcja murów północnej ściany, znajdujących się tuż za kurtyną, zabudowań klasztornych. Rezultat artyleryjskiego ognia odwetowego obrońców, zaskoczonych znaczną różnicą działania destrukcyjnego, dotychczas strzelających szwedzkich dział 4-6 funtowych a wprowadzonych do akcji dział 12-24 funtowych, był stosunkowo mierny. Szwedzi stracili tylko 1 działo i 6 puszkarzy.

12 grudnia 1655
Szwedzki atak artyleryjski na bastion BIII św. Rocha. Od świtu cały ogień artylerii szwedzkiej na północnym froncie ataku skierowany zostaje na bastion św. Rocha, oddalony od artyleryjskich redut oblężniczych R1bis i R3 około 240 m […] oraz reduty R1 około 300 m […]. Całodzienne ostrzeliwanie bastionu nie daje spodziewanych wyników.
Ogień odwetowy artylerii fortecznej skutecznie obniża sprawność szwedzkich puszkarzy, a nieznaczne uszkodzenia bastionu są natychmiast naprawiane. Szok obrońców, spowodowany skutecznością i efektywnością ognia szwedzkiej artylerii oblężniczej w dniu 11 grudnia, minął. Artyleria forteczna przechodzi do kontrakcji. W późnych godzinach popołudniowych działa bastionu św. Rocha skutecznie ostrzelały kwaterę gen. B. Müllera w Częstochówce. Ginie oficer szwedzki, prawdopodobnie siostrzeniec dowodzącego korpusem oblężniczym. Ostrzałem kieruje puszkarz Prosper Kapusta, przyszły zakonnik zgromadzenia Ojców Paulinów na Jasnej Górze, brat Marcin. [Ojciec Kordecki podaje inną wersje okoliczności śmierci siostrzeńca gen. Millera – wrócimy do tej sprawy w IV części: „Dziwne „przypadki”].

13 grudnia 1655
Fiasko ataku artyleryjskiego na 12 grudnia bastion BIII św. Rocha zmusza Szwedów do wprowadzenia na jego kierunku nowego przykopu P3 i wstawienia przylegających do niego artyleryjskich redut oblężniczych R4 i R4bis, zlokalizowanych w odległości około 240 m […] i 180 m […]. Nowe budowle oblężnicze wykonują pod kierownictwem szwedzkich oficerów chłopi spędzeni z okolicznych wsi klasztornych. Roboty te rozpoczęto w nocy z 12 na 13 grudnia, a zakończono w nocy z 13 na 14 grudnia, zataczając do redut R4 i R4bis działa przesunięte z południowego kierunku ataku inżynieryjno-artyleryjskiego twierdzy.

14 grudnia 1655
Działa rozmieszczone w nowo zbudowanych redutach, w tym półkartauna 24-funtowa (1A24f) w reducie R4bis, otwierają o świcie 14 grudnia ogień wyłomowy do bastionu BIII św. Rocha.
Reakcja artylerii fortecznej bastionu jest natychmiastowa.
Jej ogień odwetowy niszczy częściowo redutę R4bis, druzgocze półkartaunę, obezwładnia załogę reduty oraz zmusza Szwedów do jej opuszczenia i wycofania się do reduty R4. Lufa półkartauny, częściowo zniszczona, zostaje zrzucona z łoża („lawety”), a samo łoże strzaskane. (powyższe cytaty 11 – 14 grudnia 1655r. [z:] R. H. Bochenek, „Twierdza Jasna Góra”, Warszawa 1997, s.76-92, cyt. za: Biuro Prasowe Jasnej Góry
20Gigantomachia%20%20kronika%20obl%C4%99%C5%BCenia%20Jasnej%20G%C3%B3ry.htm ).

20 GRUDNIA – DZIENNY WYPAD OD OBOZU SZWEDZKIEGO – z pamiętnika Ojca Kordeckiego:
„Ponieważ zaś dobrze wiedziano, że nieprzyjaciel wskutek ostatniej wycieczki po nocach prawie nie sypia, mając się na baczności, postanowiono więc jednozgodnie na dzień na niego uderzyć i wyznaczono na to dzień, 20 grudnia.
Wyszli więc pod wodzą Pana Stefana Zamojskiego Miecznika Sieradzkiego, o godzinie pierwszej z południa skrytymi drzwiami do głębokiej obok murów fossy, nią się ku obozowi nieprzyjacielskiemu udając. Najprzód tedy pozabijali napotkanych przy fossie kamieniarzy, dwóch tylko przy życiu zostawiwszy; stąd wpadli na najbliżej stojące działa i dwa zagwoździli. Potem z krzykiem ścigali odważnie rozproszone oddziały nieprzyjaciół aż ku drodze od miasteczka do wsi wiodącej: a uniesieni wojennym zapałem, bynajmniej nie oszczędzali w rozsypce uciekających Szwedów. Około stu jazdy ruszyło przeciwko naszej wycieczce, lecz ci strzałami z dział odparci, musieli się szybko od murów oddalić. Nie przestano do nich strzelać dopóty, aż uszli na pole pod miasteczko, a nasi z łupem wrócili do klasztoru, jednego tylko straciwszy.
( A. Kordecki, op. cit.,s.67).

ZAGWOŻDŻENIE DZIAŁA POLEGAŁO na mocnym wbiciu ciasnego gwoździa, najlepiej o kwadratowym przekroju (a przeważnie takie były wtedy w użyciu) w otwór w tylnej cześć lufy, w który podsypywano proch i podpalano przez niego właściwy ładunek prochowy, znajdujący się w lufie pod tym otworem.
Gwoźdź należało tak wbić, aby nie wystawał ponad lufę. Jeszcze trzeba było go zagiąć wewnątrz lufy pobijakiem do ładowania działa, skutkiem czego nie można było go wyjąć w żadną stronę. Działo tak zagwożdżone można było załadować, ale nie można było odpalić. Jedynym sposobem przywrócenia sprawności zagwożdżonego działa było przewiercenie zaczopowanego otworu prochowego, co nie było zadaniem łatwym, ani szybkim.

25 GRUDNIA – PIERWSZY DZIEŃ ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA
„O samym południu zagrzmiały działa od północy, a kule tak silnie uderzały o ściany klasztoru, iż je w wielu miejscach przedziurawiwszy wśród kurzawy i gruzu po korytarzach i zakrętach klasztoru, tu i ówdzie się odbijając, latały i taką trwogą mieszkających napełniły, że się nikt nawet wyjrzeć nie ośmielił. Rzucał teraz Szwed jak najwięcej pochodni z konopi ukręconych, smołą oblanych, a siarką i saletrą wypełnionych. Rozniecały one straszliwy płomień, szczególniej też te, które tak w żelazne rury były opatrzone, iż na wszystkie strony ogień i ołów miotały. Miały one kształt jabłka granatowego, lecz ponieważ więcej ich na zewnątrz klasztoru, a wiele także i wewnątrz niego na podwórze padało, nie zrządziły szkody uderzeniem lub płomieniem, lecz jedynie obmierzłym swędem cokolwiek oblężonych przestraszyły.

Najbardziej ze wszystkich przerażały kule żelazne wydrążone, które w różne strony klasztoru, gdzie się spodziewano najwięcej ludzi, z machin już tlejące się rzucane z gwałtownością i trzaskiem, po zapaleniu się nagle wewnątrz będącego prochu, pękały i rozpryśniętymi we wszelkim kierunku raniły. Jedną z takich kul znaleziono przed kuchnią, całą i zgasłą; druga pękając na podwórzu wybiła szesnaście szyb w przyległym oknie i tyluż uderzeniami zostawiła ślady na wewnętrznych ścianach apteczki.

Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.

To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” ( tamże, s. 76 – 78).

Jeszcze tego samego dnia wieczorem, wysłał Miller do klasztoru list z żądaniem wypłacenia okupu w wysokości 60 tysięcy talarów za odstąpienie od dalszego oblężenia. Ojciec Kordecki stanowczo odmówił. A to żądanie było już tylko ostatnią, żenującą próbą ratowania osobistej reputacji Millera i jego korpusu.

W nocy 26/27 grudnia gen. Miller zwinął swój obóz i opuścił Częstochowę. Ale nie był to koniec szwedzkich zakusów na opanowanie klasztoru jasnogórskiego. Potyczki ze Szwedami trwały jeszcze sporadycznie pod Jasną Górą do kwietnia 1656 roku. Z pomocą przyszły oddziały polskiej partyzantki, którzy rozbili swój obóz u stóp Jasnej Góry, i w dobrej współpracy z jasnogórska załogą, z jej artylerią, bronili tego Święte Miejsce, aż do nastania spokojniejszego czasu.
Czesław Wójcik – Uglis
Ciąg dalszy nastąpi                   

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część I: Bibliografia

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Latem 1655 roku wojska szwedzkie bez większego oporu zajmowały ziemie Królestwa Polskiego. W sierpniu, przezorny i przewidujący przyszłe wypadki, Przeor Klasztoru Jasnogórskiego o. Augustyn Kordecki postanowił wzmocnić obronność Jasnej Góry.
Poczynił zapasy prochu, kupił muszkiety i sprowadził do jasnogórskiej fortecy 12 – funtowe działa (ćwierćkartauny) wraz z obsługą, które z już posiadanymi lżejszymi działami, razem w liczbie około trzydziestu, stanowiły podstawę artyleryjskiej obrony klasztoru.
Zarządził również oczyszczenie podnóża klasztoru i najbliższej okolicy z luźnych zabudowań i przylegających do murów drewnianych kramów.
Cudowny Obraz Jasnogórskiej Dziewicy został wywieziony i ukryty na Śląsku.

Niedługo przyszło czekać obrońcom na bezpośrednie zagrożenie ze strony szwedzkiej. Wieczorem 8 listopada nastąpił niespodziewany atak około 300 rajtarów oddziału szwedzkiego gen. Jana Wejharda hr. Wrzesowicza. Postawiono ultimatum natychmiastowego poddania klasztoru. Nie uzyskawszy pozytywnej odpowiedzi gen. Wejhard następnego dnia opuścił Częstochowę.

Dziewięć dni później, pod jasnogórski szczyt dotarła diabelska „pielgrzymka” szwedzkiego generała Burcharda Müllera, którego korpus, uzupełniony w niedługim czasie, osiągnął liczbę około 3200 wojska, na które składała się piechota, jazda i mająca najważniejsze zadanie do spełnienia artyleria. Szwedzi, prócz dział lekkich i 12 – funtowych ćwierćkartaun, otrzymali w czasie ponadmiesięcznego oblężenia klasztoru wzmocnienie swej artylerii dwoma ciężkimi 24 – funtowymi półkartaunami, przeznaczonymi do burzenia murów.

ŹRÓDŁA HISTORYCZNE, A NIE SIENKIEWICZOWSKA BELETRYSTYKA

do-druku-kordecki-proj-okladki-witold-parzydloOkładka powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego – „Kordecki”. Warszawa, 1984.
Projekt graficzny Witold Parzydło

Obrona Jasnej Góry, o której pięknie napisał Józef Ignacy Kraszewski”: „W dziejach naszych jest to karta tak cudowna i pociągająca jak historia dziewicy Orleańskiej dla Francji: im bardziej się w nią wpatruje, tym więcej bije w oczy ogrom i piękność tego niepojętego faktu. ” – otoczona jest w naszej historii największą wdzięcznością dla Boga za to niezwykłe doświadczenie nieugiętej wiary obrońców Jasnej Góry, i za pomoc Opatrzności Bożej, która nie zawodzi, gdy niezłomnie trwamy w nadziei zwycięstwa.
To wielkie wydarzenie doczekało wielu różnorakich dzieł; pisanych; mówionych; wyśpiewywanych; malowanych; rytych w metalu i kamieniu; filmowanych; itp…

Na poziomie popularnego przekazu o chwalebnej obronie Jasnej Góry w 1655 roku, może największa rola przypada sienkiewiczowskiej „Trylogii”, z barwnym opisem przygód Kmicica.
I chociaż z wielkim szacunkiem dla Sienkiewicza, tu – w tym miejscu – jego beletrystykę pozostawmy na boku, także i piękną powieść Józefa Ignacego Kraszewskiego „Kordecki”, nieco bliższą historycznej prawdy niż sienkiewiczowski „Potop”.

Nas interesują źródła historyczne dotyczące obrony Jasnej Góry w czasie szwedzkiego potopu.

nova-gigantomachia-do-drukuOkładka pamiętnika Ojca Augustyna Kordeckiego, wydanego po łacinie: „Nova Gigantomachia”, w 1658 roku, w Krakowie.

Na szczęście mamy dwa ważne i wiarygodne pisane źródła historyczne dotyczące tej sprawy, pochodzące z czasu, gdy ziemia jeszcze nie pochłonęła całej przelanej w tej wojnie krwi.

Pierwszym najcenniejszym i wiarygodnym źródłem jest pamiętnik Ojca Kordeckiego, wydany po łacinie „Nova Gigantomachia” w 1658 roku w Krakowie – czyli w niespełna w trzy lata po chwalebnej obronie klasztoru.
Drugim jest dzieło Stanisława Kobierzyckiego „Obsidio Clari Montis Czestochoviensis…”, wydrukowanym w Gdańsku w 1659 roku.

Jest jeszcze jedno cenne źródło historyczne o Obronie Jasnej Góry. Jest nim grafika gdańszczanina Jana Bensheimera.

Oblężenie Jasnej Góry, rycina Johanna Bensheimera, 1681; Biblioteka NarodowaJan Bensheimer – „Oblężenie Jasnej Góry”, miedzioryt wykonany wkrótce po niezłomnej obronie Jasnej Góry. Dołączony był jako załącznik do dzieła Stanisław Kobierzyckiego – „Obsidio Clari Montis Czestochoviensis…”, wydanym w Gdańsku w 1659 roku.
Na stronie Biura Prasowego Jasnej Góry, czytamy:
”Miedzioryt J. Bensheimera, na pewno konsultowany i korygowany przez S. Kobierzyckiego, w pełni spójny z treścią jego dzieła, wiernie rejestruje oblężenie twierdzy Jasna Góra w 1655 roku oraz zaskakuje wręcz profesjonalną znajomością sztuki oblężniczej pierwszej połowy XVII wieku. Przypuszczalnie współtwórcą tego miedziorytu był inżynier wojskowy kpt. Adolf Boy (1612-1680), autor strony tytułowej (frontyspisu) dzieła S. Kobierzyckiego oraz późniejszy budowniczy pałacu wilanowskiego króla Jana III Sobieskiego.

Równocześnie należy podkreślić, że zbieżność informacji zawartych u S. Kobierzyckiego i A. Kordeckiego podnosi rangę i wiarygodność ich dzieł, stanowiących praźródło wszystkich dotychczas dokonanych prób rekonstrukcji przebiegu walk o twierdzę jasnogórską w okresie „Potopu””. (R. H. Bochenek – Twierdza Jasna Góra”, Warszawa 1997, s.76-92, cyt. za: Biuro Prasowe Jasnej Góry
20Gigantomachia%20%20kronika%20obl%C4%99%C5%BCenia%20Jasnej%20G%C3%B3ry.htm

Natomiast na stronie Biblioteki Narodowej, w której zbiorach znajduje się ta rycina, jest wątpliwą informację, że była ona dołączona także do pierwszego wydania pamiętnika o. A. Kordeckiego – „Nova Gigantomachia…”, z nigdzie nie potwierdzonym rokiem wydania 1657 (!).
Zastrzeżenia budzi również na tej stronie niepodpisany tekst, odnoszący się do tej grafiki, sporządzony w stylu „za – a nawet przeciw”:
”Panoramiczny miedzioryt Bensheimera (retuszowany w Częstochowie w 1681 r. przez krakowskiego sztycharza i wydawcę Jana Aleksandra Gorczyna) obejmuje w swojej partii centralnej Jasną Górę, u podnóża której zostały szeroko rozrzucone inne budowle sakralne miasta, zabudowania Częstochowy i Częstochówki, wreszcie dynamiczny sztafaż figuralny. Ta interesująca kompozycja posiada przynajmniej kilka perspektywicznych punktów odniesienia, które zastosowane tu równocześnie uczyniły ją wprawdzie czytelną, lecz pod względem perspektywy niekonsekwentną, a nawet błędną. W opisanym sztychu zwraca uwagę symultanizm rozgrywających się zdarzeń oraz całkowite zignorowanie przez artystę pory roku – zimy, w jakiej odbywało się oblężenie (tymczasem w dziele Bensheimera drzewa stoją w pełnym ulistnieniu).” ( http://www.wilanow-palac.pl/obrona_jasnej_gory.html ).

Tyle anonimowy autor z Biblioteki Narodowej. A trzeba dodać, że ten miedzioryt, wspólnie z publikacjami o. Kordeckiego i S. Kobierzyckiego, jest cennym materiałem źródłowym o obronie Jasnej Góry. Nie pozostaje z nimi w sprzeczności, ale je uzupełnia.
Inne, prezentowane chociażby w tym opracowaniu obrazy, dotyczące obrony Jasnej Góry, tak mają się do tej cennej ryciny, jak beletrystyka Sienkiewicza i Kraszewskiego do pamiętnika o. Kordeckiego i wymienionego dzieła S. Kobierzyckiego.

Wypada jeszcze odnieść się do słów nieznanego autora z Biblioteki Narodowej, cyt.: „[…] całkowite zignorowanie przez artystę pory roku – zimy, w jakiej odbywało się oblężenie (tymczasem w dziele Bensheimera drzewa stoją w pełnym ulistnieniu).
Wbrew temu, czego autor zacytowanego wyżej tekstu nie widzi – śniegu na tej rycinie jest całkiem sporo; zwłaszcza na ziemi, ale także i na dachach budowli, skąd łatwiej spełzuje. A trzeba wiedzieć, że pogoda w czasie oblężenia była zmienna; bo jak czytamy w pamiętniku o. Kordeckiego; był śnieg; padał deszcz i często pojawiały się mgły.
Co do zielonego listowia na drzewach, to ich obecność na pierwszym planie należy do stylistyki tej grafiki, tak zwłaszcza bogatej w ozdobniki w czasie baroku. Gdyby ktoś chciał być dokuczliwie dokładny, to dwa grube pnie w prawym dolnym rogu mogą przecież należeć do dębów, których liście zasychają na zimę i opadają dopiero wiosną.

Podobnie można by się i odnieść do, jak się wydaje, szczególnego zamiłowania autora tych słów do perspektywy. Można by… Ale chyba nie warto. Bo dzieło Jana Bensheimera nie jest ani rysunkiem technicznym, ani obrazem stereoskopowym, ale graficznym ideogramem jasnogórskiej batalii, wykonanym w stylu epoki, które przybliża plastyczny obraz tamtych wydarzeń.
Cenna grafika Jana Bensheimera zasługuje na naszą specjalną uwagę. To na takim planie rozegrało się jedno z największych wydarzeń naszej historii.   

To opracowanie, (planowanych jest kilka części), skupia się głównie na interpretacji jasnogórskich zmagań wojennych, jako walki zakorzenionej w pozaziemskiej walce duchów, a także na możliwości dokonania paraleli pomiędzy rokiem 1655 na Jasnej Górze, a 1920 pod Warszawą.
Doskonale nadaje się do tego wymienione wyżej, na pierwszym miejscu, dzieło Ojca Augustyna Kordeckiego, które w polskim tłumaczeniu doczekało się kilku wydań. Umieszczone w tym opracowaniu cytaty pochodzą z wydania: A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982.
Czesław Wójcik – Uglis
Ciąg dalszy nastąpi

Boże Narodzenie 1655 roku na Jasnej Górze

january-suchodolski-obrona-jasnej-gory-do-druku                                         January Suchodolski – „Obrona Jasnej Góry

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

„W dziejach naszych jest to karta tak cudowna i pociągająca jak historia dziewicy Orleańskiej dla Francji: im bardziej się w nią wpatruje, tym więcej bije w oczy ogrom i piękność tego niepojętego faktu” – napisał o tym Józef Ignacy Kraszewski w powieści „Kordecki”.

Pierwszy dzień Bożego Narodzenie na Jasnej Górze 25 grudnia 1655 roku.
„O samym południu zagrzmiały działa od północy, a kule tak silnie uderzały o ściany klasztoru, iż je w wielu miejscach przedziurawiwszy wśród kurzawy i gruzu po korytarzach i zakrętach klasztoru, tu i ówdzie się odbijając, latały i taką trwogą mieszkających napełniły, że się nikt nawet wyjrzeć nie ośmielił. Rzucał teraz Szwed jak najwięcej pochodni z konopi ukręconych, smołą oblanych, a siarką i saletrą wypełnionych. Rozniecały one straszliwy płomień, szczególniej też te, które tak w żelazne rury były opatrzone, iż na wszystkie strony ogień i ołów miotały. Miały one kształt jabłka granatowego, lecz ponieważ więcej ich na zewnątrz klasztoru, a wiele także i wewnątrz niego na podwórze padało, nie zrządziły szkody uderzeniem lub płomieniem, lecz jedynie obmierzłym swędem cokolwiek oblężonych przestraszyły.
Najbardziej ze wszystkich przerażały kule żelazne wydrążone, które w różne strony klasztoru, gdzie się spodziewano najwięcej ludzi, z machin już tlejące się rzucane z gwałtownością i trzaskiem, po zapaleniu się nagle wewnątrz będącego prochu, pękały i rozpryśniętymi we wszelkim kierunku raniły. Jedną z takich kul znaleziono przed kuchnią, całą i zgasłą; druga pękając na podwórzu wybiła szesnaście szyb w przyległym oknie i tyluż uderzeniami zostawiła ślady na wewnętrznych ścianach apteczki.

Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.

To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982, s. 76 – 78).

Czytelnikom tej strony składam serdeczne życzenia przyjęcia nowo narodzonego Zbawiciela – skoro w gospodzie zabrakło miejsca dla Niego.
Niech pobłogosławi nas wszystkich, i naszą Ojczyznę Polskę… i zbliżający się do samozagłady, obolały grzechem i złem świat. CWU.

Wdowi grosz

Sanktuarium p. w. Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu (inż. architekt Andrzej Ryczek, Polska – Nowy Jork). Perła wśród kościołów w Polsce, konsekrowana 18 maja 2016 roku.
Jaki znak drogowy pomoże Ci znaleźć drogę do Boga?
Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

WDOWI GROSZ
motto:
Na spacerze spotkał świerszcz biedronkę.
– Wiesz – zagadnął – ostatnio muzykuję w kościele, ale to nie dla mnie:
Te ciągłe dzwonienia, grania, śpiewy solowe i chóralne. Muszę się stąd jak najszybciej wyprowadzić!
– Co ty powiesz – zdziwiła się biedronka. Ja mieszkam również w kościele, ale u mnie jest całkiem spokojnie. Nikt mi nie przeszkadza.
– Niemożliwe, gdzie znalazłaś taki kąt? – zaciekawił się świerszcz.
– W skarbonce!
(Kazimierz Wójtowicz – „Opowiastki”)

Taca
Taca
Krzyczą

Pełna kabza
Wołają

Rozpalają swój gniew
Z powodu trzydziestego pierwszego srebrnika

Wszak umawialiśmy się tylko na trzydzieści
Mówią

A przecież
Na środku czerwonego sukna
Leży tylko wdowi grosz

Czasem spadnie jakaś brudna moneta
I rozbłyśnie chwilowym odruchem serca

Proboszcz
Kupi za nią drogocenny olejek
Aby parafialna Magdalena
Miała czym nacierać nogi Zbawiciela
Czesław Wójcik – Uglis

Wnętrze świątyni – widok na nawę główną. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Wnętrze świątyni – wejście na górny poziom. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Cezary Sienkiel – fragment polichromii nad lewą stroną nawy głównej, od lewej: Kazimierz Pułaski, św. abp Zygmunt Szczęsny Feliński, Cyprian Kamil Norwid, Ignacy Paderewski, ks. Ignacy Skorupka, św. Maksymilian Maria Kolbe, Roman Dmowski, gen. Władysław Anders. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Stanisław Stopyra – Droga Krzyżowa: Stacja XIII – Śmierć Jezusa na Krzyżu, tombak. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Kaplica pamięci poświęcona Polakom pomordowanym przez Niemców za ratowanie Żydów podczas II Wojny Światowej. W centrum Niepokalana Dziewica ściera głowę węża – szatana. Głąbiej relikwiarze Męczenników, z napisem „Męczennicy Polscy módlcie się za nami”. Na ścianie tabliczki z imionami i nazwiskami Polaków pomordowanych przez Niemców za ratowanie Żydów. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Świątynia powstała z przysłowiowego wdowiego grosza, składanego jako ofiara serca na apel inicjatora i spiritus movens całego przedsięwzięcia, tego i wielu innych dzieł ojca. dr Tadeusza Rydzyka – Dyrektora radia Maryja.

Jeszcze kilka lat temu, a było to w tym czasie, gdy „…przeciw Radiu Maryja, w celu jego zniszczenia, zastosowano najbardziej wyrafinowany arsenał kłamstw, oszczerstw, pomówień, prowokacji. Opublikowano za judaszowe srebrniki dziesiątki tysięcy kłamliwych, nienawistnych, podżegających i judzących artykułów odwołujących się do najbardziej prymitywnych ludzkich instynktów, byle tylko zasiać ziarno zwątpienia i podejrzeń” – pisał łódzki ksiądz – intelektualista Waldemar Kulbat w „Naszym Dzienniku” z dn.31.12.2005r.

A „Wyborcza” z 09.09. 2002r. zachęcała do zmasowanego uderzenia w mur, jakim jest Radio stworzone przez o. Rydzyka; „każdy mur ma swoją wytrzymałość. Uderzajmy wspólnie , choćby delikatnie – a na pewno zacznie się kruszyć. I może w końcu doczekamy się Radia Maryja bez ojca Rydzyka”.

Dr Stanisław Krajski – znawca masonerii – zacytował w „Naszym Dzienniku” z dnia 30.03.2000r. list pewnego masona, podpisany jego imieniem i nazwiskiem, w którym napisał: „Straszycie ludzi masonami z powodu strachu, że ruch ten zabierze wam wpływy, a przez to i pieniądze, o które tylko i wyłącznie chodzi kościołowi. Wstyd! A gdzie wasze kruchtowe umiłowanie prawdy. A gdzie wasze przebaczenie, o którym tyle mówi ten debil Rydzyk, dla którego wszystkie przekręty są dobre i zgodne z tą waszą zapyziałą wiarą, byle tylko kasa się zgadzała. Pocieszam się, że już niedługo ten starzec z Watykanu przestanie męczyć ludzi swoją obecnością na tej ziemi, a wtedy zobaczymy jak będzie wyglądało to nieszczęście, jakim jest kościół dla Polski”. Dalej, autor tego listu wymienia dwie najgroźniejsze, jego zdaniem, osoby w Kościele; Papieża (JP II) i o. Rydzyka. W tym czasie, inny mason w masońskim piśmie „Wolnomularz Polski” napisał, że największą przeszkodą dla masonerii w Polsce jest Rydzyk.
W tym czasie słyszałem też o pewnym księdzu z Łodzi, który twierdził, że o. Rydzyk działa z inspiracji szatana.
Również znalazło się też wtedy ze czterech biskupów, którzy otwarcie występowali przeciw Radiu Maryja i jego założycielowi. Dwaj z nich już nie żyją, i zapewne tłumaczą się przed Bogiem ze swojej wrogości do tego Dzieła Bożego. Trzeci – ten, który mówił, że „trzeba zamknąć tą szczekaczkę”, bywa wytupywany i wybuczany w czasie swoich wystąpień, a czwarty – wygląda na to, że się nawrócił…

To co wyżej przedstawiłem, to zaledwie kilka przykładów walki i nienawiści do Kościoła i Radia Maryja, wyjęty z pękatej teczki takich dokumentów, które przez jakiś czas zbierałem dla zaprzyjaźnionego ze mną pewnego profesora – wychowanka dwóch zakonów – który choć jest już nad grobem, zachował nadal swoją wielka niechęć do o. Rydzyka, Jego Radia i ostatnich zmian politycznych w Polsce – a z drugiej strony modli się, praktykuje i chodzi do kościoła (!!).

Jakież to jeszcze sekrety kryją się w tajemniczej naturze człowieka, na przeciw której wychodzi niezgłębiona tajemnica Boskiej Miłości i Boskiej Niezwykłości? !!

 CAMERAWidok od strony świątyni na dawny port drzewny, w starorzeczu Wisły.  Na skarpie, niewidoczny na zdjęciu amfiteatr. Foto:Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

Wszędzie tam gdzie są Polacy, od 25 lat dokonuje się nowy cud nad Wisłą. I nie jest to jakaś słowna megalomania. Trzeba tylko spojrzeć na to wydarzenie zapoczątkowane przed ćwierćwieczem w Toruniu z pokorą badacza pragnącego poznać tą rzeczywistość.

Ten nowy Cud nad Wisłą różni się od tamtego z 1920 roku innym czasem historycznym i inną dynamiką. Ale podobieństwa dotyczą – tak jak wtedy, tak i teraz – niebezpieczeństwa utraty życia narodowego i państwowego. Wtedy zagrożenie szło ze Wschodu, teraz ze Wschodu i Zachodu, zwłaszcza z Zachodu.
No i to wielkie podobieństwo ideologiczne; wtedy czerwony komunizm, obecnie przepoczwarzony komunizm zachodni w barwach niebieskich. I jeden i drugi ma znamiona satanizmu przeciwstawiającego się Bogu, Kościołowi i tradycyjnym wartościom  – łącznie z wolnością i zagrożeniem bytu narodowego i państwowego.
I jeszcze jedno podobieństwo obu tych czasów – modlitwa. Wtedy może nawet bardziej intensywna niż obecnie. Może dlatego tak bardzo efektowne było tamto zwycięstwo.
Z tego wynika prosty wniosek: Gdybyśmy modlili się teraz, jak wtedy, w roku 1920, to obecny czas zmagań mógłby być skrócony, gdyż i wtedy i teraz, te zmagania mają nie tylko wymiar ziemski, ale jest to także, albo może i przede wszystkim, potężna walka w świecie duchów.
Toteż potrzebna jest jeszcze bardziej intensywna modlitwa z wiarą i rozumem; ciągła, nieustępliwa, niezłomna, zawzięta, gorąca…, z niesłabnąca nadzieją.
Czesław Wójcik – Uglis

Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył zasługę i czyn ks. Skorupki i warszawskiej młodzieży – część VII: Wnioski

                  NIEGODZIWE MANIPULACJE W PIĘKNEJ, CZYSTEJ, SPRAWIE

Gdyby choć wąska smuga pobrzasku  na polu odwiecznego zmagania się prawdy i kłamstwa; pychy i pokory; władzy i służby; bohaterstwa i nikczemności; poświęcenia i egoizmu; patriotyzmu i zaprzaństwa – po której można by przejść nieskażoną drogą do światła. Foto: „Między dwoma brzegami” Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

CZĘŚĆ VII: WNIOSKI

Przedstawione poniżej wnioski dotyczą sześciu wcześniejszych wpisów o manipulacjach wojskowego dokumentalisty Bolesława Waligóry w sprawie okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki i bohaterskiej obrony Ossowa, w dniu 14 sierpnia 1920 roku, przez I Batalion im. Weteranów 1863 roku, 236 Pułku Piechoty Armii Ochotniczej – złożony głównie z warszawskiej i mazowieckiej młodzieży.

Zapraszam do wcześniejszego przeczytania sześciu wcześniejszych tekstów tego opracowania, które znajdują się poniżej na stronie głównej, lub w zakładce „Manipulacje Waligóry i Poboga – Malinowskiego”. W polecanych tekstach są również pełne dane bibliograficzne, tutaj sygnalizowane tylko rokiem wydania publikacji.

1. Istnieje wiele publikacji na temat okoliczności śmierci ks. Skorupki i przebiegu Bitwy pod Ossowem, ale tylko prace dwu autorów: Mieczysława Słowikowskiego i Bolesława Waligóry są pracami najważniejszymi dla tej sprawy. Istnieje jednak ogromna różnica co do ich wartości.

2. Informacje pochodzące od Mieczysława Słowikowskiego mają wartość pierwszego i najważniejszego źródła w tej sprawie. Są to bowiem informacje bezpośredniego świadka i uczestnika opisywanych wydarzeń – dowódcy stoczonej bitwy.

3. Natomiast Bolesław Waligóra, wojskowy dokumentalista należący do będącego wtedy u władzy obozu piłsudczykowskiego, dokonał zza biurka kompilacji tych wydarzeń. Zrobił to wprawdzie na podstawie wielu różnych źródeł, i w szerszym ujęciu niż M. Słowikowski, ale wykonał to w sposób wybiórczy, nie stroniąc od niegodziwych manipulacji, zmierzających do pomniejszenia czynu i zasług ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży.

4. Motywy takiego postępowania B. Waligóra zawarł w swojej pracy z 1932 roku, twierdząc, że że nie należy wyolbrzymiać znaczenia boju pod Ossowem oraz czynu ks. Skorupki, gdyż tym uwłacza się pamięci tego bohaterskiego księdza.” (zob. na tej stronie „…część I: Fałszywa troska”).

5. W tej samej pracy Waligóra podważa datę 15 sierpnia 1920 roku, jako datę przełomu w całej Bitwie Warszawskiej, pomimo bardzo wielu poważnych stwierdzeń za tą datą, pochodzących od uczestników Bitwy Warszawskiej, zarówno szeregowców, jak i wysokich oficerów. Waligóra stara się w ten sposób pomniejszyć obronną i ofensywną fazę Bitwy Warszawskiej w dniach 13 -15 sierpnia, (a już szczególnie Bitwy pod Ossowem, w której najsłabsi powstrzymali najsilniejszych) na rzecz uderzenia znad Wieprza, rozpoczętego 16 sierpnia, i nad wyraz rozdętej glorii Józefa Piłsudskiego (zob. na tej stronie: „… Część VI: Krętactwa Waligóry wokół daty 15 sierpnia 1920, jako daty przełomu w Bitwie Warszawskiej).

6. Temu samemu celowi służyć miały (i rzeczywiście służyły) pomniejszenia, pominięcia i manipulacje w opisie Bitwy pod Ossowem, dokonanym przez Waligórę w jego opracowaniach.

7. Za szczególnie niegodziwe trzeba uznać manipulacje Waligóry dotyczące zasługi i okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki, którego postać, w tym czasie, gdy Waligóra przygotowywał swe publikacje, otoczona była już zasłużoną legendą bohaterskiego kapłana i obrońcy Warszawy (zob. na tej stronie „…część II: „Dziwne zabiegi wokół śmierci ks. Skorupki”).

8. Waligóra twierdzi, że nikt nie widział w ogniu walki momentu śmierci ks. Skorupki, chociaż znana była Waligórze informacja Słowikowskiego, że w czasie pierwszego ataku Słowikowski widział jego upadek na ziemię, a po bitwie znalazł w zapamiętanym miejscu ciało księdza – z czego jasno wynika, że ks. Skorupka zginął na początku bitwy, idąc w pierwszej linii atakujących ochotników. Tym samym Waligóra zaprzecza informacji wiarygodnego świadka, jakim jest dowódca bitwy ppor. Słowikowski, z powodów wymienionych we wniosku 4 i 5.

9. Waligóra pominął w swoich publikacjach ważną informację bezpośredniego świadka śmierci ks. Skorupki; ucznia – żołnierza J. Szmidke, opublikowaną w 1922roku (zob. na tej stronie „…część II: „Dziwne zabiegi wokół śmierci ks. Skorupki”).
A przecież nie mógł o niej nie słyszeć. Jeśli z powodu jakiegoś zaniedbania Waligóra nie znał tej informacji, to oznaczałoby to, że Waligóra nie jest dokumentalistą o „znakomitym warsztacie archiwisty”.
Jeśli jednak znał tą publikację, ale jej świadomie nie uwzględnił, to w takim razie jest manipulatorem, może zasługującym na pochwały tych, którym służył, ale wtedy kojarzenie jego dokonań z prawdą historyczna nie jest możliwe.

10. Wersja o heroicznej śmierci ks. Skorupki nie była możliwa do przyjęcia przez Naczelnego Wodza oraz ludzi z Jego otoczenia, gdyż nie byłaby wtedy możliwa kreacja Osoby Piłsudskiego na geniusza, któremu miał przypaść niemalże cały splendor zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej, jak i w całej wojnie oraz idąca za tym sukcesja władzy.
Bo jeśli ks. Skorupka zginął na pierwszej linii walki, z uniesionym krzyżem w ręce, jak przedstawia to jego legenda: zagrzewając żołnierzy do walki w obronie wiary i ojczyzny; prowadząc ich wspólnie z dowódcą batalionu, który również był człowiekiem wielkiej wiary, a pod mundurem miał na piersiach medalik z Matka Boską Częstochowską, to byłaby to heroiczna śmierć kapłana i przywódcy na miarę ks. Kordeckiego, czy św. Joanny D’arc.
Taka śmierć kapłana – przywódcy, byłaby odbierana (i była odbierana) jako dowód Bożej Opatrzności, a owocem ofiary życia tego młodziutkiego księdza byłoby niezwykłe zwycięstwo pod Ossowem, jako początek przełomu w całej Bitwie Warszawskiej, i w całej toczonej od dwu lat wojnie polsko – bolszewickiej.
Ale tak zarysowana rzeczywistość historyczna pozostawała w dysharmonii z kreowanym obrazem „genialnego wodza”, jako jedynego sprawcy tych zwycięstw – jedynego sukcesora wojennego splendoru, i opatrznościowego męża. (por. na tej stronie „…część II: „Dziwne zabiegi wokół śmierci ks. Skorupki”).

11. Z tego samego powodu Waligóra pomniejszył również bohaterską walkę młodocianych ochotników z pod Ossowa, którzy niewyszkoleni, słabo uzbrojeni, ale ze zdumiewającą wolą walki, nie przepuścili zaprawionych w bojach czerwonoarmistów z 79 Brygady Chachaniana, należącej do 27 Dywizji Putny – nazywanej „Żelazną Dywizją”.
Ten wysoki stan moralny ochotników dowódca bitwy ppor. Słowikowski uznawał za skutek pracy duchowej z młodocianymi ochotnikami, i osobistych cech kapelana ks. Ignacego Skorupki (zob. M. Z. Słowikowski, Londyn, 1964).

12. W dokonanym przez Waligórę opisie walki obrońców Ossowa, zwracają uwagę następujące dezorientacje:
– manipulacje czasem przebiegu poszczególnych faz bitwy, i skrócenie na papierze czasu obrony Ossowa przez młodocianych ochotników,
– wyszukiwanie, podkreślanie i cytowanie z dostępnych mu dokumentów negatywnych informacji o wyszkoleniu, uzbrojeniu i walce ochotników broniących Ossowa,
– pomijanie ich niezłomności w walce i skutecznego powstrzymywania wroga przez wiele godzin – aż do czasu przybycia odsieczy,
– przeciwstawianie niewyszkolonym i opadającym z sił ochotnikom, doświadczonego i wzorowo wprowadzonego do walki Batalionu III/13 P.P., który przybył z odsieczą obrońcom Ossowa,
wyśmiewanie sposobu walki ochotniczego batalionu, przez sprytne cytowanie złośliwych uwag niektórych informatorów (zob. więcej „… część III: Manipulacje czasem”, i „…cześć IV: Wyśmiewanie bohaterskich obrońców”).

13. Z publikacji książkowej dowódcy Bitwy pod Ossowem ppor. Mieczysława Słowikowskiego, wydanej w Londynie w roku 1964, wynika, że nie znał on analizowanych tutaj prac mjr Bolesław Waligóry z roku 1932 i 1934. Znał natomiast jego wcześniejszą publikację dotyczącą Ossowa, o której napisał: „Mjr. B. Waligóra w swoim studium o „Boju pod Radzyminem” łączy z nim bój pod Ossowem. Opis boju, nie wiem na jakich źródłach oparty, według mego zdania uwłacza pamięci tych wszystkich ochotników, którzy złożyli młode życie na ołtarzu ojczyzny w obronie Warszawy.” (M. Słowikowski, „Bój w obronie Warszawy i śmierć I. Skorupki”, Londyn, 1964, s. 60 – 61).

14. Współczesny historyk dr Jan Tarczyński, we wstępie do wznowionej publikacji Waligóry z 1932 roku, poddanej krytycznej analizie w tym opracowaniu, napisał: „[…] rozumiemy jak ważna była obronna faza walk Bitwy Warszawskiej, stoczonych głównie w rejonie Ossowa i Radzymina […] Szczególną chwałą okrył się w bojach pod Ossowem 236 P.P., zorganizowany w dzielnicy Praga z młodzieży warszawskiej przez por. Mieczysława Słowikowskiego. Kapelan pułku, ksiądz Ignacy Skorupka poległ w pierwszych minutach polskiego kontrataku, a Jego śmierć stała się ogólnopolskim symbolem obrony stolicy.” (podkr. – CWU).
Ta zgodna z historyczną prawdą opinia dr Jana Tarczyńskiego pozostaje w jaskrawej sprzeczności z zawartą w tej publikacji opinią autora – wojskowego dokumentalisty mjr Bolesława Waligóry.
Te dwa; tak różne i sprzeczne ze sobą spojrzenia na tą samą sprawę, pozostają względem siebie jak dwa odmienne, i wzajemnie wykluczające się światy, gdyż autor wstępu nie ustosunkował się do manipulacji i pominięć B. Waligóry w publikacji, do której napisał ten wstęp.

15. Rozbieżność opisana w p. 14, jest tylko jednym z przykładów obrazujących stan niewiarygodności dotychczasowych badań i oficjalnych opinii dotyczących wojny polsko – bolszewickiej 1919 – 1920, a zwłaszcza Bitwy Warszawskiej z sierpnia 1920 roku, powszechnie nazywanej Cudem nad Wisłą.

16. Ciągle obowiązującą – „poprawną” politycznie i historycznie – wersją przebiegu Bitwy pod Ossowem, jest jej zafałszowany obraz, powstały na podstawie „faktów publicystycznych” dokonanych przez B. Waligórę przez pominięcia, pomniejszenia, przemilczenia i manipulacje. Żyją one swoim własnym życiem, i są ciągle powielane i pomnażane bezkrytycznie, bezmyślnie, lub świadomie, przez różnorakich publicystów.

17. Z tego wynika, że mjr Bolesław Waligóra był nie tylko wojskowym dokumentalistą, ale wykorzystując swoją specjalizację, samoistnie wykonywał specjalne zadania na potrzeby władzy politycznej – kreując fikcyjną rzeczywistość historyczną. Posługiwał  przy tym niegodziwymi manipulacjami.
Dlatego mówienie i pisanie o nim, jako o wybitnym i rzetelnym dokumentaliście, z doskonałym warsztatem badawczym, służy nadal fałszowaniu prawdy historycznej. Można to stwierdzić z całą pewnością, przynajmniej w odniesieniu do jego opisu Bitwy pod Ossowem, i okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki.

18. Przedstawione manipulacje Bolesława Waligóry wypada uznać może tylko za nieśmiałą próbą zafałszowania historii, wobec tego, co w sprawie okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki zrobił historyk, również związany z obozem piłsudczykowskim: Władysław Pobóg – Malinowski, który całkowicie wyeliminował obecność ks. Skorupki na pola walki. Według jego zmyślenia, ks. Skorupka miał zginąć od przypadkowej kuli, gdzieś w opłotkach Ossowa. (zob. jego „Najnowsza historia polityczna Polski”).

19. Te historyczne fałszerstwa mają bardzo znaczące i wielorakie skutki dla kształtowania się historycznej prawdy, prawidłowego kształtowania naszej świadomości historycznej i narodowej, pomniejszenia możliwości wychowawczych następujących po sobie pokoleń Polaków. Mogły być również przyczyną (lub jedną z przyczyn) zatrzymania procesu beatyfikacyjnego ks. Ignacego Skorupki.

20. Jest jeszcze jeden poważny skutek tych fałszerstw (opisany dalej, we wniosku 21), który zauważalny jest dopiero po wyzwoleniu się z ciasnego, i często ogłupiającego gorsetu myślenia akademickiego, usiłującego dopasować i tłumaczyć wszystkie wydarzenia historyczne i społeczne prawami przyrody, logiki i racjonalizmu. Wyzwolenia z tego kagańca obawiają się nadający sobie pozory naukowości także i utytułowani badacze historii. Dzieje się to najczęściej z powodu braku osobowości,(czytaj; osobistych walorów i wyrobienia charakteru) oraz lęku przed kompromitacją w swoim środowisku, gdzie często obowiązuje rodzaj poprawności kulturowej, politycznej i historycznej.

21. Sygnalizowany we wniosku 20 jeszcze jeden skutek tych historycznych fałszerstw, to kradzież świętości. Bo jeśli w tym wielkim wydarzeniu z połowy sierpnia 1920 roku, nazywanym Cudem nad Wisła, nastąpiło nad Polską wylanie nadzwyczajnych łask Bożej Opatrzności – a wiele na to wskazuje – to jakiekolwiek przywłaszczenie sobie, choćby tylko części tego blasku, jest świętokradztwem. Takie czyny przynoszą nieszczęścia tym, którzy się ich dopuścili, a w wypadku władcy – przynoszą także nieszczęścia dla jego narodu. Tak właśnie próbują interpretować nieszczęścia Polski po 1 września 1939 roku niektórzy badacze tej sprawy w odniesieniu do Józefa Piłsudskiego i jego kultu, rozdętego ponad miarę w II Rzeczpospolitej, a także i później – aż do dnia dzisiejszego.
Szerokie pojęcie świętokradztwa opiera się na założeniu, że jest nim każde świadome fałszerstwo prawdy, gdyż prawda jest jednym z atrybutów Boga: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” (J. 14,6). Jednak w tym wypadku mamy do czynienia ze świętokradztwem sensu stricto, gdyż Cud nad Wisłą był dziełem ludzko – boskim. Dokonał się wielkim zbiorowym wysiłkiem Polaków w walce i modlitwie, z udziałem Bożej Opatrzności, zapowiedzianym przez Matkę Bożą Słudze Bożej Wandzie Malczewskiej i przez ks. Ignacego Skorupkę.
Fałszowanie tej prawdy, i przyoblekanie się w niezasłużone laury i blaski, jest w tym wypadku świętokradztwem, przynoszącym osobiste nieszczęścia tym, którzy się tego dopuścili, a gdy dotyczy to przywódców narodu – może przynosić nieszczęścia dla całego narodu.

Czesław Wójcik – Uglis

PRZECZYTAJ TAKŻE NA TEJ STRONIE POZOSTAŁE TEKSTY O MANIPULACJACH mjr BOLESŁAWA WALIGÓRY W SPRAWIE ŚMIERCI ks. IGNACEGO SKORUPKI I BOHATERSKICH OCHOTNIKÓW SPOD OSSOWA

Te teksty będą jeszcze poprawiane i uzupełniane