NAD ŚWIĘTOKRZYSKĄ RZEKĄ
Środkiem doliny płynęła rzeka. Niezbyt szeroka; ze cztery, może pięć metrów, i wody po kolana. Trzeba było ją jakoś pokonać. Stojąc wśród nadbrzeżnych olszyn zastanawialiśmy się jak to zrobić? Wtedy prowadzący zajęcia Doktor, doświadczony terenowiec, powiedział:
- Ja w takich sytuacjach przerzucam chlebak na drugą stronę, a później to już muszę tam się dostać.
Poszliśmy za jego przykładem; za rzeką wylądowało kilka ciężkich chlebaków.
NAD RZEKĄ ZANDROWĄ
Kilka lat później, już w innym składzie, i pod inną szerokością geograficzną, znów napotkaliśmy na wodną przeszkodę. Po rozległej, i płaskiej jak stół, nadmorskiej nizinie, doszliśmy do rzeki zandrowej, która odprowadzała wody jednego z pobliskich lodowców.
Rzeka, napracowawszy się na górze, na nizinie płynęła leniwie. Rozlewała się szeroko, tworząc wiele odnóg i płytkich rozlewisk, i zaścielała płycizny piachem i mułem, a w zastoiskach grząskim iłem. Gdy już się tam weszło, trzeba było szukać suchszych obejść, albo zawziąć się, i przeć do przodu po błocie i wodzie.
W końcu doszliśmy do miejsca, w którym należało zadecydować; cofnąć się, czy podjąć ryzyko zimnej kąpieli? Obejście byłoby długie, a tu, zdawało się, że tylko kilka metrów błotnistej mazi, pokrytej wodą po kostki, a dalej już łacha suchego piasku. Staliśmy niepewni na suchym miejscu i jakoś nikt nie przerzucał chlebaków.
- Najtrudniej jest podjąć decyzję, a później samo jakoś się ułoży. – Podpowiedzieliby mądrzy psychologowie, gdyby ich, w tej sytuacji, o to poprosić. Gruby Zbysiu (postać autentyczna, imię zmienione) zawsze skory do szybkich działań i prostych decyzji, obmyślił, że jak się rozpędzi, to siłą rzeczy, musi się znaleźć po drugiej stronie: „Im szybciej tym lepiej – prawie w powietrzu – muskając ledwie podeszwami wodę i błotniste rozmazy”. Nie zastanawiał się długo. Wziął długi rozbieg, nabrał szybkości, i…, rzeczywiście! Nim zdążyliśmy otworzyć usta – już tam był. Zadziałało proste prawo fizyczne; masa razy prędkość!. Ale po drodze, na środku grząskiego bajora, zostały w błocie dwa gumowe kalosze. Zassało je z cholewami, a siła rozpędu była tak duża, że wyrwała Zbysia z butów. Stał w mokrych skarpetach po drugiej stronie i patrzył na nas zdziwiony, nie pewny, czy należą się oklaski.
Kto wie, czy wtedy, nad zandrowa rzeką, Zbysiu nie przerzucił na drugą stronę coś, co mu bardziej ciążyło niż chlebak?
HENIEK KOSSOWSKI
Wspomnienie tych dwu wodnych przepraw wydostało się z zakamarków pamięci przy lekturze niedawno wznowionej książki prof. Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego „Najwyższy lot.” (A. F. Ossendowski, Najwyższy lot, Łomianki 2008.). Autor ratuje w niej przed zapomnieniem nazwiska i losy młodych żołnierzy, bohaterskich chłopców, którzy w latach 1919 – 1920 bronili Polskę przed bolszewicka nawałą, zmierzającą „po trupie Polski do rewolucyjnych Niemiec”, i dalej, na Zachód Europy. Profesor Ossendowski opisuje ich bohaterstwo, odwagę, i krwawą ofiarę, składaną z młodego życia na Ołtarzu Ojczyzny. Można też poznać ich życiową filozofię, i zasady patriotycznego wychowania, według których były wtedy kształtowane charaktery młodych Polaków.
Jeden z bohaterów, Henryk Kossowski, był uczniem Kolegium Świętego Ludwika w Paryżu, gdzie uczyła się młodzież z wyższych sfer. Miał w tej szkole swojego antagonistę, starszego o rok barczystego osiłka, o przydomku „Atleta”. Ten poniewierał młodszym kolegą, gdyż nie lubił silnego i zwinnego Polaka. Henryk długo znosił upokorzenia, aż doszło między nimi do walki na pięści. Ale przegrał ten pojedynek, i to tak, że trzeba go było opatrzyć w szkolnym szpitalu. W czasie tej walki zauważył jednak, że jego przeciwnik jest niebezpieczny na początku, później słabnie i staje się jak „odkorkowana lemoniada”, która z czasem wietrzeje i traci gaz. Chciał rewanżu i uratowania swego honoru. Kroniki szkolnych bójek notują w takich wypadkach często nie jedną, lecz całą serię zawziętych walk, aż do wyraźnego rozstrzygnięcia. I tak, po pewnym czasie, znów doszło między nimi do starcia. Henryk i tym razem mocno oberwał, mimo to, stawiał twardy opór. Walkę przerwał wychowawca, który szukał Henryka, bo właśnie przyszedł do niego pilny telegram z Polski.
Depeszował jego ojciec i wzywał do szybkiego powrotu do kraju, gdyż od wschodu nadciągała dziejowa burza! Najpierw trzeba było bronić Lwowa przed Ukraińcami, a później całej Polski przed bolszewicką pożogą. Henryk, opuszczając szkołę, zapowiedział swemu przeciwnikowi, że dokończy walkę…, jeśli tu jeszcze kiedyś powróci.
Minęły dwa lata ciężkiej wojny, i po jej zakończeniu Henryk, z orderami na piersi, znów zjawił się w Paryżu. Szkoła witała go uroczyście, jako wojennego bohatera. Koledzy i nauczyciele wyrażali mu uznanie za godną obronę Ojczyzny. Gdy opadła już fala podniosłych powitań – znów spotkał swego przeciwnika, który w tym czasie zawzięcie ćwiczył boks – umówili się na rozstrzygające spotkanie. Tym razem „Atleta” wylądował w szpitalu. Dyrektor szkoły, gdy dowiedział się o pojedynku, wezwał do siebie Henryka i dopytywał się, jak to możliwe, że pokonał takiego siłacza?
„- W wojsku uczono nas, że kto chce zwycięstwa, musi rzucić na przód przed siebie swoje serce, a później pamiętać tylko o tym, aby dotrzeć do niego, zwalczając wszystkie przeszkody! – Objaśnił chłopak. – Tak uczyniłem w pojedynku i zwyciężyłem.
– To jest dobry sposób, lecz dla tego trzeba być prawdziwym mężczyzną – zauważył dyrektor.
– Na wojnie widziałem dziewczyny i małych chłopaków, którzy, rzucając przed siebie serce, zwyciężali lub umierali z uśmiechem na ustach…- rzekł poważnym głosem Henryk.” (tamże, s. 30).
GRUBY ZBYSIU I JEGO FORMACJA
Metoda zwyciężania i pokonywania trudności, przez rzucenie serca przed siebie, w znacznym stopniu uległa zapomnieniu. Doktor, nad świętokrzyską rzeką, ze swoją propozycją przerzucenia chlebaków na drugi brzeg rzeki, jeszcze wpisywał się w tradycyjny, dobrze sprawdzony system wychowawczy. Wiara, myśl i czyn – przez wieki kształtowały młode pokolenia Polaków.
Gruby Zbysiu, młody pracownik nauki i aktywista PZPR–owski, pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, miał sporo z wyobraźni czekisty i prostą filozofię życiową; „spierwa zdiełajem – patom pasmotrim” („najpierw zrobimy – później zobaczymy”). Znalazł prosty sposób na życie, a przy okazji zabijał swoje kompleksy, powstałe z przyspieszonego awansu społecznego. Zresztą, nie on jeden… Dla serca miejsca tu nie było wiele, a jeszcze mniej dla jakiegoś chwalebnego sposobu posłużenia się nim.
A dziś, kto uczy młodych Polaków o sercu, o godności, o szlachetnych postawach? Kto uczy patriotyzmu, zdolności do poświęcenia, a także – lub raczej nade wszystko – o wierności Bogu, honorowi i Ojczyźnie? Owszem, tak uczy się w Kościele, i jeszcze gdzieniegdzie takie wychowanie z troską się pielęgnuje, jak cenne odmiany szlachetnych jabłoni. Ale prawie cała reszta; od przedszkoli, po Uniwersytety, nie tylko nie wychowuje, ale i nie uczy, w każdym razie nie uczy tego, co jest warunkiem życia godnego. Ten wątek niech zostanie na osobną okazję…
DWA BIEGUNY
Heniu Kossowski i Zbysiu – „aktywista”, co za zestawienie postaci z dwu biegunów naszej współczesnej historii – prawdziwa wielkość i paskudna małość – tak blisko siebie. A między nimi pole zmagań dobra i zła. Przechodzą przez nie duchy bohaterów, a za nimi pełzną cienie zaprzańców.
Formacja grubego Zbysia, na początku, zaraz po zmartwychwstaniu Polski w 1918 roku, składała się głównie z fornali, lumpenproletariatu, pewnej liczby intelektualistów poparzonych socjalizmem, którzy sprzyjali bolszewikom oraz sporej części tej mniejszości narodowej, której nazwy dziś nie można wymienić bez zarzutu ksenofobii, nietolerancji i sztandarowo – antysemityzmu. Obecność ich wszystkich u boku Armii Czerwonej, idącej w 1920 roku na Warszawę, Stefan Żeromski nazwał, w słynnym opowiadaniu „Na probostwie w Wyszkowie”, zdradą narodową! Wtedy, i w czasie II Rzeczypospolitej, stanowili oni wąski margines polskiego społeczeństwa. Ale już w czasie PRL-u ten margines rozszerzył się tak znacznie, że dziś – w czasie nowej koniunktury dla wszelkiej lewicowości, teraz w nowych barwach liberalizmu i politycznej poprawności – zajmuje, co najmniej z połowę czystego arkusza naszej współczesnej, narodowej rzeczywistości. Formacja ta wbiła się głęboko szponami w zdrowe ciało Narodu i wrosła w nie, jak nieleczony nowotwór.
Co dalej? – oto pytanie! Więc co będzie z Polską? Co będzie z naszą historią? Z naszą tradycja? Z naszą wiernością Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie? Z naszą Maryjnością? Z naszą dumą narodową? Z naszym umiłowaniem wolności? Także, co będzie i z naszym indywidualizmem? – który niekiedy zawadza jak kula u nogi, ale też często jest jak ratunkowa boja – wydobywająca z niebezpiecznej kipieli. Co będzie z naszymi wadami narodowymi? – które – jak każdy grzech, przy refleksji i pracy nad nimi – powstrzymują pychę i uczą pokory. A zalety, – których też przecież posiadamy – czy nie wypłowieją, nie uschną w uniformie globalnej nijakości?
Nowi komisarze (znów komisarze – jakby w nowomowie słów było za mało) i usłużna gromada nowych zaprzańców – chcieliby widzieć nas z głowami przy ziemi, jak stado owiec, które ma skakać ku nowym przepaściom. A przecież już tą lekcję przerabialiśmy. Zachód był na wagarach, gdy samotnie walczyliśmy o przetrwanie. Biernie przyglądał się tym zmaganiom, nieskory do pomocy, a raczej chętny do nieprawej miłostki z czerwonym złem…, aż tak, że zaraził się jego chorobą.
Wtedy, w 1920 roku, zblazowana Europa nawet nie zorientowała się, że toczyliśmy śmiertelna walkę nie tylko w obronie Polski, ale i jej wolności. Odpłaciła nam, w czasie próby, obojętnością i zdradą.
Odwaga! Potrzebna odwaga! Przetrwa ten, kto będzie miał serce, i potrafi użyć tej broni.
Czesław Wójcik – Uglis