Poznać przyczyny i struktury zła

PISZE KS. MAREK DZIEWIECKIdoktor psychologii, krajowym duszpasterzem powołań, autor kilkunastu książek z dziedziny psychologii wychowawczej, przygotowania do życia w rodzinie, profilaktyki i terapii uzależnień.

„Ludzie uwikłani w zło wspierają siebie wzajemnie, by tworzyć sobie komfort trwania w grzechu. Współczesna (anty)kultura europejska, w której dominują ateistyczne ideologie lewicowe i liberalne, z proroczą wnikliwością została zdiagnozowana przez bł. Jana Pawła II jako cywilizacja egoizmu i śmierci oraz cywilizacja postępującej dyktatury. Z każdym rokiem przekonujemy się coraz bardziej o tym, że nie chodzi już tylko o postępującą dyktaturę ateizmu, coraz bardziej agresywnie zwalczającego Chrystusa i Jego Ewangelię, ale także o postępującą dyktaturę zła w różnych postaciach.
W każdej cywilizacji byli ludzie, którzy ulegali własnej słabości i czynili zło. Nowością naszych czasów jest to, że ci, którzy czynią zło na wielką skalę, nadal stanowią zdecydowaną mniejszość, a mimo to nie są już traktowani jako margines społeczny, a mówiąc dokładniej – sami siebie za margines nie uznają. Przeciwnie, to właśnie oni chętnie występują w roli „autorytetów”. W swojej arogancji oraz poczuciu bezkarności aspirują do zajmowania najważniejszych stanowisk w państwie i strukturach ponadpaństwowych. Chwalą się swymi złymi czynami w świetle dnia i w blasku telewizyjnych kamer. Przykładem mogą być skorumpowani politycy, których powiązania ze światem przestępczym ujrzały światło dzienne i którzy się tego wcale nie wstydzą. Przeciwnie, nadal zajmują wysokie stanowiska w hierarchii władzy.” ( Ks. Marek Dziewiecki, Lobby uwikłanych w zło, Nasz dziennik, 25 kwietnia 2012, nr 97 (4332) – czytaj całość: http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120425&typ=po&id=po11.txt

 

 

Obyś się zdrajco nie urodził

Warto przypomnieć październik 1939 roku we Lwowie:
Oto fragment Listu pracujących Zachodniej Ukrainy do towarzysza Stalina i przewodniczącego Rządu Radzieckiego towarzysza Mołotowa, odczytywanego na wiecach i zebraniach we Lwowie i okolicach:
„Drodzy i ukochani towarzyszu Stalin i towarzyszu Mołotow! Przez 20 lat oderwani siłą od rodziny radzieckich narodów, cierpieliśmy okrutny ucisk, padliśmy ofiarą niebywałej nędzy. Polscy panowie wtrącili nas w otchłań głodu, poniżenia narodowościowego, bezprawia. Zmienili nasz kraj w kolonię pozbawioną praw i wolności. Zdeptali w błocie naszą kulturę, zmienili nas i nasze dzieci w niewolników i bydło robocze (…). Najlepsi synowie naszego narodu wyginęli w tej walce z panami lub cierpieli w więzieniach skazani na dożywocie. Przyszła Czerwona Armia… itd.
[podkr. CWU]. I jeszcze kilka tytułów publikacji z pierwszych stron „Czerwonego Sztandaru” z początków października 1939 roku: Do braterskiej rodziny narodów radzieckich. Chcemy przyłączenia Ukrainy Radzieckiej. Podziękowanie dla wielkiego Stalina. Konstytucja Stalina… wielkiego, ukochanego ojca, nauczyciela.
Cytat pochodzi z art. B. Winklowa, Boy we Lwowie 1939 – 1941, na stronie
http://lwow.home.pl/boy.html

Słowo wyjaśnienia; już w tytule pierwsze kłamstwa: „Pracujący Zachodniej Ukrainy”, to żadni tam robotnicy, czy kresowi chłopi – to para intelektualna plutokracja, uznająca się za reprezentację polskiego społeczeństwa pogrążonego w chaosie wojny. To lewicowi pisarze, dziennikarze, artyści – obywatele II Rzeczpospolitej – wrześniowi uciekinierzy z Warszawy, Krakowa i innych miast, skupieni we Lwowie wokół „Czerwonego Sztandaru” – komunistycznej gadzinówki, wydawanego przez sowietów w okupowanym Lwowie. Jest w tytule i drugie kłamstwo: „Zachodnia Ukraina” – to wschodnie terytorium II Rzeczpospolitej; Wołyń, Ziemia Lwowska, Podole – ze Lwowem jako stolicą Kresów Południowo – Wschodnich, wiekową polską metropolią, promieniująca na Wschód polską kulturą, nauką, patriotyzmem, tolerancją (w pierwotnym tego słowa znaczeniu) i myślą narodową.
To, co nie udało się tym zdrajcom w 1920 roku – zostało zrealizowane w 1939 i 1940 roku. Nie zostali nigdy rozliczeni z tej zdrady narodowej, przeciwnie – wielu z nich zostało nagrodzonych w czasach PRL -u różnymi profitami i wysokimi stanowiskami w aparacie władzy i niszczenia polskiej kultury i świadomości narodowej.

Wierność i zdrada, w jednym zaprzęgu czasu, tworzą historię Narodu.
Pierwsza, ku Jego chwale. Druga – za judaszowe srebrniki gotowa sprzedać Duszę Narodu. Ta posługuje się kłamstwem i niegodziwością. Nie wstrętna jej hańba. Na kolanach będzie całować buty swych protektorów. Ukryje się pod błyskotliwą frazą i pustymi obietnicami. Wzgardzi uczciwym i słabszym. Podepcze, co wielkie i święte. Powie o sobie; „Polskość, to nienormalność”.

Historia się nie kończy. Jak wcześniej, tak i teraz, codziennie pisze ją pospołu wierność i zdrada – ku chwale jednych i hańbie drugich.

Czesław Wójcik – Uglis

Smoleńska Ofiara – „Krzyż Smoleński”

KRZYŻ SMOLEŃSKI

Mgła z katyńskiego lasu
Nad lotniskiem Smoleńska

I znów Anioł
Z biało – czerwoną opaską na skrzydle
Napełnił kielich krwią
Aby ją zanieść  przed Twój Ołtarz Panie
Z błaganiem o Miłosierdzie dla świata

Duch Księdza Peszkowskiego
Otulił stułą
Porozrywane ciała Nowych Ofiar
Nad każdym szeptał słowa nadziei i pocieszenia

Na chwilę
Przycichło nocne wycie szakali
Hieny wydłużyły promień swych skrętów
Szatani zastygli w wymuszonych pozach
Z trudem znosząc żałobne egzekwie
I palące krople święconej wody

Później                                                                                                                                            Długo będą zrastać się połamane skrzydła
Wypłowieją obojętnością sztandary
Proporce nadziei
Zwiotczeją w zmiennych podmuchach historii
Czerwień w niepamięci zszarzeje
Biel znów będzie musiała pokryć się nowym szkarłatem

Chyba że wspomnisz Panie Katyń
Symbol symboli
Krwawą raną w ciele Narodów
Gdzie Ziemia rodzi połamane kości
A z czaszki z przestrzeloną potylicą
Unosi się niemy krzyk błagania o pamięć

Chyba że wspomnisz Panie Krzyż Smoleński
Z przybitą Duszą Narodu
Mgłę nad lotniskiem Smoleńska
I ocalały jedynie wieniec pamięci
Który stał się wieńcem Nowej Ofiary

Chyba że wspomnisz Panie
Na drogę z Polski do Nieba
Wytyczoną krwią
Co spłynęła z przepełnionego kielicha
W drżących rękach Anioła

Chyba że wspomnisz to wszystko
W dopełnieniu Jerozolimskiej Golgoty                        

Czesław Wójcik – Uglis

Pierwsza publikacja: http://wobroniekrzyza.wordpress.com/2010/10/22/czeslaw-wojcik-%E2%80%93-uglis-krzyz-smolenski/

Ostateczna Decyzja

Księżyc w pełni przed Paschą
Ptaki zamarłe w bezruchu
Szukają schronienia pod konarami tysiącletnich oliwek

Wąż (jak zawsze przebiegły)
Podsłuchuje modlitwę
Ale żadne słowo nie pada na ziemię

Wznoszą się one ku górze
Płyną nad uśpione miasto
Zapowiadają spełnienie Najwyższej Ofiary
Która przeniknie wszystkie prochy świata

Proch pierwszy
Z którego powstał człowiek
Proch drugi
W który on się obróci
Kruchą powłokę z gliny
Pokrytą nadmiarem błyszczącej politury
Gdzie ego znalazło sobie gniazdo
Na czas wyznaczony przez Boga

Przybliżyło się apogeum cierpienia
Krwawy pot na czole
Samotność Boga
I łzy Jego Ojca

To nie jest dramat nadziei Abrahama na Wzgórzu Moria
To Ostateczna Decyzja Miłości
Po której wszystko będzie już inne

Najwierniejsi przyjaciele śpią
Wąż czuwa
Jeszcze tylko pocałunek zdrajcy
I zamieszanie z nagim mieczem
Jako naiwna próba ludzkich możliwości

Poszli
Za nimi bezszelestny wąż
Ale po chwili zawrócił
Aby zdać sprawę z wydarzeń
Na pospiesznie zwołanym zebraniu
Które tej nocy wyznaczył Belzebub

Dzwony katedr umilkły
Tylko od czasu do czasu nocną ciszę przerywają
Nawoływania postępowych aktywistów
Którzy postanowili świat uwolnić od Boga

Wtedy nawet najgłuchsi szatani
Usłyszeli brzęk rozsypywanych srebrników
Które ciągle toczą się jeszcze
Po posadzkach współczesnych salonów
(Wielki Post 2011)

Czesław Wójcik – Uglis

Wierny świadek Ossendowski

Profesor Antoni Ferdynand Ossendowski – dzięki Ci Boże za prawdziwych profesorów – pozostawił nam, wśród wielkiego bogactwa swoich tekstów, bezpośrednie świadectwo dramatycznego losu, a dokładniej; tragicznego już epilogu, grupy stu trzydziestu czterech polskich uciekinierów, którzy w 1920 roku usiłowali przedostać się z Syberii, zajętej przez bolszewików, na południe, przez Mongolię do Chin.
„Jedni z nich byli żołnierzami polskiej Syberyjskiej Dywizji; po zdradzonym powstaniu pod Krasnojarskiem [zdradzonym przez Czechów, będących w koalicji Ententy z białymi wojskami gen. Kołczaka - CWU] uwięzieni w lochach Czerezwyczajki lub w obozie dla jeńców, zdołali uciec do lasu, gdzie przetrwali do zimy, żywiąc się jagodami, grzybami lub upolowanym czasem jeleniem; inni byli to cywilni Polacy, którzy ukrywali się w puszczy, uchodząc od prześladowań bolszewickich w dobie zwycięskiej wojny Polski z Moskwą. Istnieli i mieli płomyk nadziei nawet wtedy, gdy tygodniami szli o głodzie i chłodzie, bosi, zjadani przez pasożyty. Ale trwało to do czasu, gdy zima objęła ich swoim lodowatym oddechem i położyła pokotem jak trawę ściętą i zwarzoną mrozem.
Było ich stu trzydziestu czterech… przed zimą. Pozostało osiemdziesięciu sześciu. Reszta leżała na uboczu w krzakach z otwartymi, martwymi oczyma, pięściami zaciśniętymi w ostatnim wysiłku i bezsilnej rozpaczy.
Towarzysze, którzy stracili na mrozie stopy i dłonie, a w objęciach ciągłego, wzmagającego się zimna – resztki sił i nadziei, nie mogli ich oddać ziemi i tylko codziennie, budząc się po straszliwej, tchnącej śmiercią nocy, przyłączali do tego stosu martwych coraz to nowych i nowych męczenników.”
(A. F. Ossendowski, Najwyższy lot, Łomianki 2008, s. 146).
Świadek Ossendowski napotkał tych polskich męczenników Syberii, gdy, tak jak oni, uciekał przed bolszewikami. Na początku zimy 1920 -1921 dotarli do północnego podnóża Sajanów. Ossendowski wraz ze swym towarzyszem – kozackim oficerem Bazylim Marijewem – byli w lepszej sytuacji, mieli konie i siodła, i pewne szanse na przetrwanie.
„Parzyliśmy herbatę w kotle, poiliśmy tych jutrzejszych nieboszczyków, oddaliśmy im połowę naszych sucharów, ale to było wszystko, co mogliśmy dla nich uczynić, gdyż nic nie mieliśmy oprócz tysięcy kilometrów nieznanej, a niebezpiecznej drogi przed sobą.” (tamże).
Dramatyczny los tej grupy, ich cierpienie i tragiczny koniec, jest cząstką wielkiej polskiej sybirskiej martyrologii.  Rozrzucone na ogromnych połaciach Syberii, Kazachstanu, czy w północnej części Europejskiej Rosji, kości tej Wielkiej Ofiary, których nie chce przyjąć ziemia, wołają do Boga i ludzi. Tak pisze o tym Prof. Ossendowski:
„Nie ma chyba miejsca, gdzie by los surowy nie rozsiał kości naszych!
Od wielkiego Ałtaju do Oceanu Lodowatego, Od granic martwej Gobi do brzegu Pacyfiku leżą one i wołają do swego narodu:
- Podnieś się, bądź potężny i mądry, a wtedy zgaśnie rozpacz ostatnich chwil naszego zgonu męczeńskiego, o narodzie nasz nad życie ukochany!
Słyszały te słowa gorące lasy Darchat – Uła, święty Bogdo – Uł, szara, beznadziejna pustynia Naron – Khuhu – Gobi,  Anadyr, północny łuk Rzeki Żółtej – Kolebka Chin, i tajemniczy Karakorum…
Kto zbierze te kości polskie?”
(tamże, s. 148, podkr. CWU)

Ten tekst powala na kolana każdego, kto zachował polskie serce, myśli i uczucia. Cytowałem go kiedyś w audycji radiowej, w czasie Zaduszek Patriotycznych. Zadzwoniła wtedy do Radia (jedno jest tylko Radio, dlatego piszę je z dużej litery)  Pani Bożenna – Maria z Gdańska. Powiedziała, że kojarzy się Jej to z Doliną Ezechiela! I tak, z tej podwójnej inspiracji, powstał tekst:

POLSKA DOLINA EZECHIELA
Sybir
Tym słowem jak kluczem
Otwiera się bramę Polskiej Doliny Ezechiela

Trzeba przekraczać ją na kolanach
Bo po tamtej stronie cierpienia
Pokłady nagich kości
Czekają na słowa modlitwy
Która z obojętności i zapomnienia
Przywróci je kiedyś do życia

Prorokuj
Prorokuj do Ducha Polskiego
Co płacze nad grzechem naszej Ojczyzny
Nad Jej „plugawa skorupą”
I pękniętym sercem
We wnętrzu którego
Tli się nieugaszony płomień
Tysiącletniej wierności

Niech staną przed Bogiem
Pokolenia szkieletów
Pielgrzymi głodu opuszczenia i samotności
Niech ich modlitwa na różańcu z chleba
Ulepionym z ostatniej kromki darowanej Bogu
Przeniknie do czyśćca i czeluści otchłani

Niech z tej modlitwy szum powstanie wielki
Niech zadmie wicher polskich dziejów
I niech ożyją martwe kości
Co zamiast szpiku miały sopel lodu

Niech dar rozumu wypełni
Czerepy pustych czaszek
A serca rozpłomienią się ogniem
Niegasnącej Miłości Boga

Tchnij Panie Swego Ducha
W martwe ciało Narodu
Niech zmartwychwstanie Polska
Kolejny raz pogrzebana

Niech zadrżą szatani
Gdy będziesz wydobywał nas z grobu
I niechaj z czystego Ducha

Zrodzi się nowe potomstwo
Bez jarzma grzechu zaprzaństwa i pychy

Plemię godne Twojego Ojcostwa

Czesław Wójcik – Uglis

Tekst poetycki publikowany wcześniej na
http://cud1920.pl/134/polska-dolina-ezechiela

 

„Wschodnie biuro podróży” – galeria kresowych obrazów

SŁYNNE TRÓJKI ENKAWUDOWSKIE
Kolbami w drzwi o trzeciej nad ranem
Prinimajtes z wieszczami czerez piatnatcat minut

Woła ruski sołdat
A za jego plecami
Zaspany Ukrainiec w kożuchu
Już myśli  treba gotowaty sokiru i wiły
Obok w półcieniu
Dobrze znany Starszy Brat
(teraz jako przedstawiciel wschodniego biura podróży)
W ręku trzyma papier
Z adresami polskich sąsiadów
Przed ich dalekim zesłaniem na Sybir

SPRAWIEDLIWY WŚRÓD ŻYDÓW
Wśród sprawiedliwych Żydów
Jest miejsce
Dla Icka Guza z Maniewicz[1]
Zesłanego na Sybir
Przez jego braci enkawudzistów
Za ostrzeżenie katolickiego księdza
Przed grożącym aresztowaniem i zsyłką

KOŁYMSKA PANORAMA NARODÓW
Zamiast termometru
Statystyka zamarzniętych przy pracy
(w chwilowym odpoczynku)
Przedstawiciele narodów grzeją się przy ogniu[2]
Z kolan paruje resztka brudnego potu
A do pleców przymarza poszarpana kufajka
Wszystko na tle drewnianego kurortu
I cyrylicą wypisanego hasła
„Jedność pracy – jedność narodów”

SZKIC DO ZIMOWEGO PEJZAŻU WOŁYNIA
W bieli zastygłe milczenie
Na pustkowiach i lasach przydrożnych
Na ugorach których lęka się lemiesz
By z pod skiby krew nie trysnęła
Pośród uschniętych paździerzy
I resztek skarłowaciałych sadów
Nad ledwie uchwytną dla oka nierównością terenu
Co wyznacza ślad dawnego domostwa
Przy studni
Która stała się grobem
Nad broczącymi wspomnieniem źródłami

Tylko pohukiwanie demonów
W służbowym języku piekieł
I puste echo zamilkłych dzwonów

Czesław Wójcik – Uglis

[1] Icek Guz, nasz sąsiad Żyd, z ul. Teatralnej w Maniewiczach na Wołyniu, gdzie mieszkaliśmy do maja 1940r. Na początku 1940r. ostrzegł, przez zaufaną osobę z naszej rodziny, ks. Bolesława Jastrzębskiego – proboszcza kościoła parafialnego w Maniewiczach p.w. Przemienienia Pańskiego, przed planowanym przez NKWD jego zesłaniem na Sybir. Ks. Jastrzębski z tej informacji skorzystał i przez pewien czas starał się być nieuchwytny. Później, gdy przycichła sprawa wywózek, pełnił do śmierci w 1942r. funkcję proboszcza tej parafii. Icek Guz, mający wtedy około 25lat, wkrótce po tym ostrzeżeniu, sam został zesłany na Sybir. Może także i za inne, podobne działania. Jego dalsze losy są nam nieznane. Matka Icka -  Sosia Guz, i jego dwie siostry, chciały przedostać się do Argentyny. Opuściły Maniewicze wkrótce po zabraniu Icka na zesłanie. Można przypuszczać, że po znalezieniu się na terenach okupacji niemieckiej trafiły do KL Auschwitz, lub innego obozu zagłady.
[2] Opowiadał mi, nieżyjący już, Feliks Milan, Sybirak pochodzący ze Lwowa, jako szesnastoletni chłopak wywieziony na Kołymę za udział w AK, że pewnego razu grzało się, w ciasnym kręgu przy ognisku, właśnie przy takim mrozie, kilkunastu łagierników. Przypadek zrządził, a przecież przypadków nie ma, że tak, jak było ich kilkunastu, to ani razu nie powtórzyła się ta sama narodowość.
CWU.

Rzucić serce przed siebie

NAD ŚWIĘTOKRZYSKĄ RZEKĄ
Środkiem doliny płynęła rzeka. Niezbyt szeroka; ze cztery, może pięć metrów, i wody po kolana. Trzeba było ją jakoś pokonać. Stojąc wśród nadbrzeżnych olszyn zastanawialiśmy się jak to zrobić? Wtedy prowadzący zajęcia Doktor, doświadczony terenowiec, powiedział:
- Ja w takich sytuacjach przerzucam chlebak na drugą stronę, a później to już muszę tam się dostać.
Poszliśmy za jego przykładem; za rzeką wylądowało kilka ciężkich chlebaków.

NAD RZEKĄ ZANDROWĄ
Kilka lat później, już w innym składzie, i pod inną szerokością geograficzną, znów napotkaliśmy na wodną przeszkodę. Po rozległej, i płaskiej jak stół, nadmorskiej nizinie, doszliśmy do rzeki zandrowej, która odprowadzała wody jednego z pobliskich lodowców.
Rzeka, napracowawszy się na górze, na nizinie płynęła leniwie. Rozlewała się szeroko, tworząc wiele odnóg i płytkich rozlewisk, i zaścielała płycizny piachem i mułem, a w zastoiskach grząskim iłem. Gdy już się tam weszło, trzeba było szukać suchszych obejść, albo zawziąć się, i przeć do przodu po błocie i wodzie.
W końcu doszliśmy do miejsca, w którym należało zadecydować; cofnąć się, czy podjąć ryzyko zimnej kąpieli? Obejście byłoby długie, a tu, zdawało się, że tylko kilka metrów błotnistej mazi, pokrytej wodą po kostki, a dalej już łacha suchego piasku. Staliśmy niepewni na suchym miejscu i jakoś nikt nie przerzucał chlebaków.
- Najtrudniej jest podjąć decyzję, a później samo jakoś się ułoży. – Podpowiedzieliby mądrzy psychologowie, gdyby ich, w tej sytuacji, o to poprosić. Gruby Zbysiu (postać autentyczna, imię zmienione) zawsze skory do szybkich działań i prostych decyzji, obmyślił, że jak się rozpędzi, to siłą rzeczy, musi się znaleźć po drugiej stronie: „Im szybciej tym lepiej – prawie w powietrzu – muskając ledwie podeszwami wodę i błotniste rozmazy”. Nie zastanawiał się długo. Wziął długi rozbieg, nabrał szybkości, i…, rzeczywiście! Nim zdążyliśmy otworzyć usta – już tam był. Zadziałało proste prawo fizyczne; masa razy prędkość!. Ale po drodze, na środku grząskiego bajora, zostały w błocie dwa gumowe kalosze. Zassało je z cholewami, a siła rozpędu była tak duża, że wyrwała Zbysia z butów. Stał w mokrych skarpetach po drugiej stronie i patrzył na nas zdziwiony, nie pewny, czy należą się oklaski.
Kto wie, czy wtedy, nad zandrowa rzeką, Zbysiu nie przerzucił na drugą stronę coś, co mu bardziej ciążyło niż chlebak?

HENIEK KOSSOWSKI
Wspomnienie tych dwu wodnych przepraw wydostało się z zakamarków pamięci przy lekturze niedawno wznowionej książki prof. Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego „Najwyższy lot.” (A. F. Ossendowski, Najwyższy lot, Łomianki 2008.). Autor ratuje w niej przed zapomnieniem nazwiska i losy młodych żołnierzy, bohaterskich chłopców, którzy w latach 1919 – 1920 bronili Polskę przed bolszewicka nawałą, zmierzającą „po trupie Polski do rewolucyjnych Niemiec”, i dalej, na Zachód Europy. Profesor Ossendowski opisuje ich bohaterstwo, odwagę, i krwawą ofiarę, składaną z młodego życia na Ołtarzu Ojczyzny. Można też poznać ich życiową filozofię, i zasady patriotycznego wychowania, według których były wtedy kształtowane charaktery młodych Polaków.
Jeden z bohaterów, Henryk Kossowski, był uczniem Kolegium Świętego Ludwika w Paryżu, gdzie uczyła się młodzież z wyższych sfer. Miał w tej szkole swojego antagonistę, starszego o rok barczystego osiłka, o przydomku „Atleta”. Ten poniewierał młodszym kolegą, gdyż nie lubił silnego i zwinnego Polaka. Henryk długo znosił upokorzenia, aż doszło między nimi do walki na pięści. Ale przegrał ten pojedynek, i to tak, że trzeba go było opatrzyć w szkolnym szpitalu. W czasie tej walki zauważył jednak, że jego przeciwnik jest niebezpieczny na początku, później słabnie i staje się jak „odkorkowana lemoniada”, która z czasem wietrzeje i traci gaz. Chciał rewanżu i uratowania swego honoru. Kroniki szkolnych bójek notują w takich wypadkach często nie jedną, lecz całą serię zawziętych walk, aż do wyraźnego rozstrzygnięcia. I tak, po pewnym czasie, znów doszło między nimi do starcia. Henryk i tym razem mocno oberwał, mimo to, stawiał twardy opór. Walkę przerwał wychowawca, który szukał Henryka, bo właśnie przyszedł do niego pilny telegram z Polski.
Depeszował jego ojciec i wzywał do szybkiego powrotu do kraju, gdyż od wschodu nadciągała dziejowa burza! Najpierw trzeba było bronić Lwowa przed Ukraińcami, a później całej Polski przed bolszewicką pożogą. Henryk, opuszczając szkołę, zapowiedział swemu przeciwnikowi, że dokończy walkę…, jeśli tu jeszcze kiedyś powróci.
Minęły dwa lata ciężkiej wojny, i po jej zakończeniu Henryk, z orderami na piersi, znów zjawił się w Paryżu. Szkoła witała go uroczyście, jako wojennego bohatera. Koledzy i nauczyciele wyrażali mu uznanie za godną obronę Ojczyzny. Gdy opadła już fala podniosłych powitań – znów spotkał swego przeciwnika, który w tym czasie zawzięcie ćwiczył boks – umówili się na rozstrzygające spotkanie. Tym razem „Atleta” wylądował w szpitalu. Dyrektor szkoły, gdy dowiedział się o pojedynku, wezwał do siebie Henryka i dopytywał się, jak to możliwe, że pokonał takiego siłacza?
„- W wojsku uczono nas, że kto chce zwycięstwa, musi rzucić na przód przed siebie swoje serce, a później pamiętać tylko o tym, aby dotrzeć do niego, zwalczając wszystkie przeszkody! – Objaśnił chłopak. – Tak uczyniłem w pojedynku i zwyciężyłem.
– To jest dobry sposób, lecz dla tego trzeba być prawdziwym mężczyzną – zauważył dyrektor.
– Na wojnie widziałem dziewczyny i małych chłopaków, którzy, rzucając przed siebie serce, zwyciężali lub umierali z uśmiechem na ustach…- rzekł poważnym głosem Henryk.” (tamże, s. 30).

GRUBY ZBYSIU I JEGO FORMACJA
Metoda zwyciężania i pokonywania trudności, przez rzucenie serca przed siebie, w znacznym stopniu uległa zapomnieniu. Doktor, nad świętokrzyską rzeką, ze swoją propozycją przerzucenia chlebaków na drugi brzeg rzeki, jeszcze wpisywał się w tradycyjny, dobrze sprawdzony system wychowawczy. Wiara, myśl i czyn – przez wieki kształtowały młode pokolenia Polaków.
Gruby Zbysiu, młody pracownik nauki i aktywista PZPR–owski, pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, miał sporo z wyobraźni czekisty i prostą filozofię życiową; „spierwa zdiełajem – patom pasmotrim” („najpierw zrobimy – później zobaczymy”). Znalazł prosty sposób na życie, a przy okazji zabijał swoje kompleksy, powstałe z przyspieszonego awansu społecznego. Zresztą, nie on jeden… Dla serca miejsca tu nie było wiele, a jeszcze mniej dla jakiegoś chwalebnego sposobu posłużenia się nim.
A dziś, kto uczy młodych Polaków o sercu, o godności, o szlachetnych postawach? Kto uczy patriotyzmu, zdolności do poświęcenia, a także – lub raczej nade wszystko – o wierności Bogu, honorowi i Ojczyźnie? Owszem, tak uczy się w Kościele, i jeszcze gdzieniegdzie takie wychowanie z troską się pielęgnuje, jak cenne odmiany szlachetnych jabłoni. Ale prawie cała reszta; od przedszkoli, po Uniwersytety, nie tylko nie wychowuje, ale i nie uczy, w każdym razie nie uczy tego, co jest warunkiem życia godnego. Ten wątek niech zostanie na osobną okazję…

DWA BIEGUNY
Heniu Kossowski i Zbysiu – „aktywista”,  co za zestawienie postaci z dwu biegunów naszej współczesnej historii – prawdziwa wielkość i paskudna małość – tak blisko siebie. A między nimi pole zmagań dobra i zła. Przechodzą przez nie duchy bohaterów, a za nimi pełzną cienie zaprzańców.
Formacja grubego Zbysia, na początku, zaraz po zmartwychwstaniu Polski w 1918 roku, składała się głównie z fornali, lumpenproletariatu, pewnej liczby intelektualistów poparzonych socjalizmem, którzy sprzyjali bolszewikom oraz sporej części tej mniejszości narodowej, której nazwy dziś nie można wymienić bez zarzutu ksenofobii, nietolerancji i sztandarowo – antysemityzmu. Obecność ich wszystkich u boku Armii Czerwonej, idącej w 1920 roku na Warszawę, Stefan Żeromski nazwał, w słynnym opowiadaniu „Na probostwie w Wyszkowie”, zdradą narodową! Wtedy, i w czasie II Rzeczypospolitej, stanowili oni wąski margines polskiego społeczeństwa. Ale już w czasie PRL-u ten margines rozszerzył się tak znacznie, że dziś – w czasie nowej koniunktury dla wszelkiej lewicowości, teraz w nowych barwach liberalizmu i politycznej poprawności – zajmuje, co najmniej z połowę czystego arkusza naszej współczesnej, narodowej rzeczywistości. Formacja ta wbiła się głęboko szponami w zdrowe ciało Narodu i wrosła w nie, jak nieleczony nowotwór.

Co dalej? – oto pytanie! Więc co będzie z Polską? Co będzie z naszą historią? Z naszą tradycja? Z naszą wiernością Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie? Z naszą Maryjnością? Z naszą dumą narodową? Z naszym umiłowaniem wolności? Także, co będzie i z naszym indywidualizmem? – który niekiedy zawadza jak kula u nogi, ale też często jest jak ratunkowa boja – wydobywająca z niebezpiecznej kipieli. Co będzie z naszymi wadami narodowymi? – które – jak każdy grzech, przy refleksji i pracy nad nimi – powstrzymują pychę i uczą pokory. A zalety, – których też przecież posiadamy – czy nie wypłowieją, nie uschną w uniformie globalnej nijakości?
Nowi komisarze (znów komisarze – jakby w nowomowie słów było za mało) i usłużna gromada nowych zaprzańców – chcieliby widzieć nas z głowami przy ziemi, jak stado owiec, które ma skakać ku nowym przepaściom. A przecież już tą lekcję przerabialiśmy. Zachód był na wagarach, gdy samotnie walczyliśmy o przetrwanie. Biernie przyglądał się tym zmaganiom, nieskory do pomocy, a raczej chętny do nieprawej miłostki z czerwonym złem…, aż tak, że zaraził się jego chorobą.
Wtedy, w 1920 roku, zblazowana Europa nawet nie zorientowała się, że toczyliśmy śmiertelna walkę nie tylko w obronie Polski, ale i jej wolności. Odpłaciła nam, w czasie próby, obojętnością i zdradą.
Odwaga! Potrzebna odwaga! Przetrwa ten, kto będzie miał serce, i potrafi użyć tej broni.

Czesław Wójcik – Uglis

Palec Boży i ogon diabła

Znalazłem niedawno na stronie Powiatu Wołomińskiego artykuł Teresy Urbanowskiej „Sanktuarium w Ossowie” http://www.zyciepw.pl/sanktuarium-w-ossowie napisany jeszcze w sierpniu 2007 roku, w którym znalazła się informacja, że biskup gen. Leszek Sławoj Głódź,  podczas uroczystości obchodów zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku, odczytał dekret, którym powołał ośrodek duszpasterski w Ossowie oraz Sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej. Decyzja ta była realizacją pragnienia Błogosławionego Jana Pawła II, wyrażonego po jego pobycie w 1999 r. w Radzyminie i przelocie helikopterem nad polami Ossowa, gdzie 14 sierpnia 1920 r. poległ od bolszewickiej kuli ks. Ignacy Skorupka. Ta decyzja pozostaje również w zgodzie z pragnieniem wiernych z tego regionu, którzy przechowali pamięć i rozwijali przez lata komuny skrywany kult bohaterskiego kapłana. Sam ten artykuł, chociaż ważny, pewnie nie stałby się powodem przywołania go na tej stronie, gdyby nie dwa znajdujące się pod nim komentarze:

sceptyk napisał:
I tak oto Kościół przywłaszcza sobie wojenne dokonania polskich generałów i Marszałka. Niedługo się okaże, że wszystkie wygrane bitwy to był cud (bo np. zginął ksiądz), a za te przegrane odpowiadają świeccy.

Anna napisała:
Z całą mocą należy podkreślić iż w tym temacie nasz Kościół Katolicki jest w pełnym prawie, albowiem, w polskich zwycięstwach są silne elementy cudów i mocy Matki Boskiej Zwycięskiej. Temat fascynujący i cudowny ale widocznie niewidoczny dla sceptyków.
Polecam historię kultu Matki Boskiej Zwycięskiej (i to nie tylko w Polsce) oraz żywot wielkiego Polaka św.Jacka Odrowąża, który kult Matki Boskiej Zwycięskiej w swej apostolskiej, dominikańskiej działalności ogromnie umocnił i poszerzył na obszarach Północnej Europie.Szczęść Boże.

Te dwa, tak skrajnie różniące się głosy, skłoniły mnie do wyrażenia opinii w tej ważnej sprawie:

Tam gdzie pojawia się Palec Boży, widać też merdający ogon szatana. Dziękuję Pani Anno za wartościowy wpis. Szczególnie za podkreślenie roli kultu Matki Bożej Zwycięskiej i przypomnienie postaci św. Jacka Odrowąża. Pana Sceptyka zachęcałbym do poszukiwania przyczyn swojego sceptycyzmu. Sceptycyzm, bowiem sam w sobie, nie jest ani dobry, ani zły. Zależy jak go użyjemy; jeśli prawidłowo, to przybliży nas do prawdy; jeśli źle – zwłaszcza w połączeniu z ignorancja i złośliwością – popycha nas w objęcia głupoty i fałszu. Zachęcam Pana również do poszerzenia swojej wiedzy o Bitwie Warszawskiej, do poznania pełnej prawdy o tym wydarzeniu.
A co do Marszałka, wtedy jeszcze nie Marszałka, to 12 sierpnia 1920 roku, tuż przed rozpoczynającą się bitwą, złożył On na ręce Premiera Witosa pisemną rezygnację z obu pełnionych funkcji; Naczelnego Wodza i Naczelnika Państwa, i na 6 dni zszedł z głównej sceny toczącego się dramatu. Nie było go w tym czasie w Naczelnym Dowództwie w Warszawie, gdyż najpierw udał się w sprawach osobistych, aż pod Tarnów, później dołączył w rejonie Dolnego Wieprza do wojsk tak zwanej Grupy Uderzeniowej, przygotowującej kontratak. Zajmował się tam sprawami drugorzędnymi, co łatwo sprawdzić w jego książce „Rok 1920”, i nie w takiej skali, która by pozwalała objąć całość toczącej się bitwy. Z informacji wielu świadków wynika, że Józef Piłsudski przechodził w tym czasie
kryzys psychiczny. Osobnym zagadnieniem jest, czy był to rodzaj depresji, wynikły z przemęczenia i napięcia nerwów, czy również utrata wiary w zwycięstwo? Pytanie to, choć trudne, trzeba stawiać nie dla jakichś wąskich racji, lecz z pragnienia poznania całej prawdy o tej sprawie. Jego apologeci starają się pomijać  milczeniem dymisję i tą okresową pasywność, a jeśli ją podejmują, to stosują nieprzekonywujące tłumaczenia. Ale co ciekawe: Bóg i tą słabość przekształcił na użyteczne dobro dla polskiego zwycięstwa.
18 sierpnia, gdy już siłami obrońców Stolicy odpędzono bolszewików poza Mińsk Mazowiecki i w okolice Wyszkowa, Józef Piłsudski powrócił do Stolicy w glorii zwycięzcy, którą później skwapliwie podtrzymywał, a z wielką gorliwością czynili to póżniej ludzie z Jego obozu.
Pomijając skrajne opinie na temat Jego Osoby, i nie umniejszając faktu, że był wielkim politykiem i mężem stany, to – jak każdy człowiek – zwłaszcza w Jego sytuacji – doznawał brzemienia chwili; zmęczenia, strachu, ciężaru odpowiedzialności, aż do niezdolności działania. I nie powinno być to powodem pomniejszania jego Osoby, ale również nie powinno być powodem gloryfikacji, tam gdzie gloryfikacja nie przysługuje. Szczególnie należałoby się wystrzegać świętokradczego przywłaszczania blasku świętości i chwały, która tutaj najbardziej przysługuje bohatersko poległemu Księdzu Ignacemu Skorupce, a jeszcze bardziej Królowej Polski Najświętszej Maryi Pannie, która to zwycięstwo zapowiedziała.
Aby nie być gołosłownym powołam się na przykład pewnego znanego profesora historii, skądinąd człowieka zasłużonego i godnego szacunku, który głosi pogląd równości Józefa Piłsudskiego i Błogosławionego Jana Pawła II, a jednym z argumentów miałby być wspólny skrót „JP”. Kto wie, czy tak popełniany grzech nie zaciążył wcześniej nad osobistym losem Marszałka i późniejszym dramatem Polski?
Rozmaite krętactwa i niegodne machinacje, nie są tylko doświadczeniem naszego czasu. Potwierdzeniem tego może być wyssane z palca kłamstwo historyka związanego z obozem piłsudczykowskim Władysława Poboga – Malinowskiego, według którego ksiądz Skorupka nie poległ w pierwszej linii ataku, lecz gdzieś w opłotkach wsi Ossów, udzielając ostatniej posługi rannemu żołnierzowi. A przecież wystarczyło sprawdzić to u najbardziej wiarygodnego świadka Jego śmierci por. Mieczysława Słowikowskiego – dowódcy 1 batalionu 236 pułk piechoty Armii Ochotniczej, z którym szedł do ataku Ksiądz Ignacy – albo, choćby posłuchać ówczesnych głosów warszawskiej ulicy, które wtedy można było łatwo zweryfikować. To kłamstwo jest ciągle powielane przez niektórych, zdawałoby się, że poważnych autorów. Bezkrytycznie powtarzają je za Pobogiem – Malinowskim. Warto się zastanowić dlaczego – co było, i jest nadal, tego powodem? Liczę tu na dociekliwość i samodzielność myślenia Czytelników.
Tak jak Lech Wałęsa doczekał się swego Zyzaka, podobnie może znajdzie się ktoś, kto w sposób wiarygodny zdoła ogarnąć i uporządkować wszystko, co wiemy, i czego nie wiemy o Tej Wielkiej Postaci. Wielkiej wielkością, i wielkiej małością człowieka. Jak na razie, prawdę o Józefie Piłsudskim przysłaniają ciągle względy polityczne i emocjonalne. Aby pomóc Ojczyźnie, trzeba czasem zgodzić się na bolesne opatrunki Jaj ran, które trzeba opatrywać  z miłością i prawdą. Miłość (do Ojczyzny i Jej Bohaterów) ma zdolności kojące, a prawda odkażające. Jedno i drugie jest potrzebne. Ta postać będzie piękniejsza, i bardziej ludzka, gdy z jej spiżu zostanie usunięta patyna niezasłużonego blasku, który bardziej plami niż zdobi. Kluczem do tej sprawy powinna być faktografia. Oby tylko posługiwano się nią uczciwie, bez pokusy kłamstwa na rzecz jakiejś ideologii, czy chwilowej koniunktury politycznej.
Czesław Wójcik – Uglis

Literatura przywołana w tym tekście;
1.    Józef Piłsudski, Rok 1920
2.    Władysław Pobóg – Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski
3.    Mieczysław Z. Słowikowski, Bój w obronie Warszawy i śmierć ks. I. Skorupki

Moc, która truchleje

Pismo Święte – natchniona, a niezmyślona -Święta Księga objawiona przez Boga, mówi o istnienie osobowego zła, które jest antytezą Boga, Jego przeciwnikiem, i zajadłym wrogiem. Nienawiść ta jest także skierowana na ludzi, których Bóg stworzył i umiłował Miłością w pełni wyrażoną na Krzyżu.

Sygnalizowana w takim skrócie teologia Miłości i nienawiści, dopełni się na Jerozolimskiej Golgocie; Bóg na Krzyżu, Kościół pod Krzyżem, Szatan w nieodkurzonym narożniku Katedry, pożądający miejsca na ołtarzu.

O przeciwniku sporo dowiadujemy się także z ważnych, choć mało znanych, demonicznych objawień, dopuszczonych przez Boga, podczas egzorcyzmów. Ks. Aleksander Posacki SJ – znany badacz okultyzmu i innych ciemnych spraw – przytacza za egzorcystą ks. Adolfem Rodewykiem SJ – informacje uzyskane od demona podczas egzorcyzmów opętanej „Magdy”. Przypadek ten jest, w ocenie ks. Posackiego, rzetelnie udokumentowany, a przekaz wiarygodny:

„Belzebub był jednym z wielu złych duchów, z którymi rozmawiał Rodewyk poprzez opętaną Magdę; był niezmiernie zarozumiały i pod względem rangi należał do najwyższego Chóru Anielskiego [chóru upadłych aniołów – CWU], niewiele ustępując Lucyferowi; w sytuacji opętanej Magdy był jego pełnomocnikiem; swoją winę określał: „Ja miałem niegdyś zwiastować ludziom Wcielenie, ale tego nie chciałem”; potem jako dowódca stanął na czele zbuntowanych aniołów i walczył przeciw Michałowi; wydaje się, że i obecnie jego zadaniem jest – jak uważa Rodewyk – decydowanie o wprowadzeniu poszczególnych diabłów do boju; Belzebub jest diabłem planowej walki przeciw Kościołowi, skoncentrowanych ataków na wszystkie jego dziedziny; być może dlatego bardziej niż u innych diabłów uwydatnia się jego nieprzejednana nienawiść do Maryi; bardzo drażniły go cytaty z 12 rozdziału Apokalipsy, gdzie jest mowa o obleczonej w słońce Niewieście, walce szatana przeciw Niej oraz o jego strąceniu z nieba (A. Rodewyk).” (A. Posacki, Belzebub, [w:] Encyklopedia białych plam, T – II, Radom 2000, s.292).

Również, powołując się na Rodewyka, pisze ks. Posacki o Lucyferze: […] choć Lucyfer jednoznacznie jest „władcą”, którego Belzebub się lęka; obawiają się go także inne demony, które muszą mu być posłuszne; z drugiej strony Lucyfer jest tak samo skrępowany, jak inne duchy, i nie może działać tak, jakby chciał; bardzo często powracało wyrażenie: „O ile Nazareńczyk [Jezus] zechce”; nikt tak często jak on nie zaznaczał z naciskiem, że musi być posłuszny i niejedno czyni jedynie dlatego, że jest do tego zmuszony; niegdyś był najwyższym aniołem, tak blisko Boga jak żaden inny; dlatego też jego męka z powodu odrzucenia go przez Boga jest o wiele większa niż innych złych duchów, które nie rozumieją tego w pełni; jego sposób zachowania miał coś książęcego (podobnie określała to Marta Robin w swoich mistycznych doświadczeniach); żył on myślą o Wcieleniu, przeciw któremu protestował; to, że Chrystus w swoim Wcieleniu zniżył się, zostając dzieckiem, było ciężkim zarzutem i przeciw temu buntowała się duma Lucyfera [podkr. – CWU]; w jego przypadku wyczuwało się, że u podstawy jego nienawiści do Nazareńczyka leży miłość, niegdyś pełna podziwu i oddania, teraz nieosiągalna.

Dla Lucyfera katolicki kapłan jest Nazareńczykiem w tym sensie, że tego, co w kapłanie jest ludzkie, niejako nie dostrzegał; za to tym bardziej dostrzegał w nim Chrystusa, co wyrażało się w krótkich zdaniach: „ty jesteś Nim, a On jest tobą” albo „w tobie spotkałem Nazareńczyka”; kapłan był dla niego tym, „który Nazareńczyka niesie w rękach” [podkr. -  CWU]; odnosiło się wrażenie, że Chrystus całkowicie oddalił się od niego, zasłonił przed nim cały blask; już sama bliskość ręki kapłana, które rankiem celebrował Mszę św., miała dla Lucyfera znaczenie, bo Chrystus poniekąd pozostawił na niej ślad swojej obecności; ślad ten był dla Lucyfera „ostatnią możliwością spotkania Nazareńczyka”; zdarzało się mu wyrażać w rozpaczy: „jestem potępiony”; była w nim nie tylko wielka nienawiść, ale i nieugaszona tęsknota za utraconym szczęściem; po drugiej stronie był jednak upór, który wołał: „On [Bóg] domagał się walki, więc niech ją ma”; stąd to całkowite odrzucenie Boga, nakazujące unikania, nawet wymawiania, samego Imienia, a w zamian wybieranie wyrażeń takich, jak Wielki, Wysoki, Wieczny, względnie Nazareńczyk. W takim samym sensie wyrażał się Belzebub o Lucyferze: „ nie może robić, co chce. Czuje się jak urodzony władca i zna swą siłę. Nie może jednak robić z tego użytku, bo jest spętany. To wieczna zgryzota. Główna jego walka skierowana jest przeciw Nazareńczykowi”; Lucyfer chce wznieść swoje królestwo, cały świat ma się stać królestwem szatana; Rodewyk relacjonuje, iż „diabły często triumfowały z tego powodu, że ludzie dzisiaj zatracili przenikliwość, tak że bez obawy rozpoznania mogą przemierzać świat” [podkr. – CWU]. (A. Posacki, Lucyfer, [w:] Encyklopedia białych plam, T – XI, Radom 2003, s.168 – 169).

Bardzo interesujący i ważny jest też przekaz Lucyfera na temat Sakramentu Chorych (dawniej nazywanego Ostatnim Namaszczeniem). „Od chwili wezwania kapłana do umierającego aż do chwili jego wkroczenia, nasza walka jest tak gwałtowna, że gdybyśmy walczyli z nim [z umierającym – A.P.] jawnie, musiałby niechybnie zginąć. Lecz gdy tylko wy przychodzicie, czujemy się tak, jakbyśmy podobnie jak rój much zostali wytłuczeni przy użyciu ręcznika. Jeszcze jesteśmy obecni, jak komary wokół światła, ale nie potrafimy już podejść blisko łóżka. Ludzie nie mają pojęcia, że jesteśmy przy łożu śmierci, bo nie widzą nas.” [tamże, s.169].

I jeszcze jeden cytat, z tekstu ks. Aleksandra Posackiego: „Podobne „objawienia” czyni na rozkaz Boga Lucyfer w czasie egzorcyzmów dokonywanych przez katolickiego egzorcystę ks. P. Ernettiego; według nagrań magnetofonowych zrobionych podczas egzorcyzmów, Lucyfer wyrażał zadowolenie z różnych, popełnionych dziś grzechów: np. nadużycia Komunii św. udzielanej na rękę, seksualność eksponowana publicznie, telewizja uniemożliwiająca modlitwę, dyskoteki jako miejsce demoralizacji, rozwody i aborcje, zażywanie narkotyków, także zeświecczenie księży; wyrażał z kolei niezadowolenie z powodu istniejących jeszcze w Kościele sakramentów Spowiedzi św. i Eucharystii, praktykowania modlitwy, szczególnie kontemplacyjnej i różańcowej, objawień Matki Bożej.” [podkr. – CWU], (tamże).

Nie wiele pozostaje do skomentowania, zwłaszcza w dzień Bożego Narodzenia. Ale kilka spraw jest wartych zapamiętania. Po pierwsze – szatan ma ograniczone pole działania. Dalej – przyzwolenie na jego działanie wiąże się z niepoznawalnym dla nas planem Boga. Możliwe, że przez działalność szatana Bóg przesiewa ludzi, jak na sicie, w akcie wolnych wyborów człowieka, który ostatecznie może wybierać miedzy Bogiem i szatanem. Pycha była głównym powodem diabelskiego buntu, ale również jego pogarda i nienawiść do człowieka. Walka przeciw Bogu, jest też walką przeciw człowiekowi. Katolicki kapłan jest dla szatana tożsamy z Jezusem Chrystusem. Człowiek „nieuzbrojony” w Chrystusa jest bez szans w starciu z demonem. Modlitwa i Święte Sakramenty działają na szatana tak, jak ręcznik na muchy. Siła działania szatana, i jego aktywność, jest odwrotnie proporcjonalna do czujności ludzi i ich religijności.

„Gdybym był wolny, chociaż przez jedna chwilę, nie byłbym demonem.” – słowa wypowiedziane przez demona podczas innego egzorcyzmu. Szatan wie, ze wybrał źle, ale nie jest w stanie uwolnić się od tego wyboru, który jest ostateczny i nieodwracalny. Nie porównanie lepsza jest sytuacja człowieka, nawet wtedy gdy zostaje niewolnikiem zła. Bóg chce podać mu rękę – potrzebny jest tylko ten ważny akt pozwolenia ze strony człowieka. Wolność – klucz do naszego losu, darowany przez Boga.

„Bóg się rodzi, moc truchleje…”, aby dodać nam męstwa i Nadziei, a ostatecznie by nas uratować, i wprowadzić do ogrodów wiecznego życia. (Boże Narodzenie 2011).

Czesław Wójcik – Uglis

Uwaga: Dla przejrzystości tego tekstu, w cytatach zostały zlikwidowane skróty najczęściej powtarzanych słów oraz odsyłacze do haseł pokrewnych.

„Nie jesteśmy sami”

„Nie jesteśmy sami i nie my sami budujemy historię. Bóg nie jest daleko od człowieka.” - powiedział 15 grudnia 2011r. Papież Benedykt XVI do rzymskich studentów, w czasie nabożeństwa, w bazylice św. Piotra.
I dodał jeszcze: „Nasz dom może zostać zbudowany na skale; możemy planować naszą historię, historię ludzkości nie w utopii, ale w pewności, że Bóg Jezusa Chrystusa jest obecny i nam towarzyszy.”
I niech na razie tyle, na tej stronie, wystarczy.

Cytaty z wypowiedzi Benedykta XVI za
http://fakty.interia.pl/religia/news/papiez-nie-jestesmy-sami-i-nie-my-sami-budujemy-historie,1735284