Czy był Cud nad Wisłą? – cześć III: Zasługa ks. Ignacego Skorupki

Motto:
„Gdybyś pojął sposób, nie byłoby cudu. Tam gdzie zawodzi rozum – buduje wiara” (św. Augustyn).

KS. IGNACY SKORUPKA W CENTRUM CUDU NAD WISŁĄ

„1920” – fragment prawej strony tryptyku „1830 – 1863 – 1920”, przy południowym wejściu do Sanktuarium p. w. Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i Św. Jana Pawła II. Ryt w kamieniu, odwzorowanie obrazu Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”. Wielkość fragmentu na zdjęciu około 3 x 4 m. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis.

LOGIKA POMOŻE PRZYBLIŻYĆ SIĘ DO ISTOTY PROBLEMU.
Zacznijmy od cytatu ze wspomnień kardynała Aleksandra Kakowskiego – w tamtym czasie ordynariusza Archidiecezji Warszawskiej, który wspominając wydarzenia z sierpnia 1920 roku pisał o pozytywnym odzewie księży i seminarzystów na jego apel, aby zasilali szeregi armii jako kapelani i sanitariusze:
„Między innymi poszedł i ksiądz Skorupka, młody i pięknej powierzchowności kapłan, który jeszcze piękniejszą miał duszę.” ( A. Kakowski, „Cud nad Wisłą. Wspomnienia”, [w:]  J. Kisz, „Ksiądz Ignacy Skorupka – bohater narodowy”, Marki 2007, s. 109).
I pyta dalej kardynał: „Dlaczego tak podnoszą i gloryfikują śmierć ks. Skorupki przed wszystkimi innymi ofiarami wojny? Chwila śmierci ks. Skorupki jest punktem zwrotnym w bitwie pod Ossowem i w dziejach wojny1920 roku. Do tej chwili Polacy uciekali przed bolszewikami, odtąd uciekali bolszewicy przed Polakami.” (tamże, s.109 – 110).

NAJSŁABSI PRZECIW NAJSILNIEJSZYM.
Zatrzymajmy się nieco w tym miejscu, pomoże to dalej zauważyć, że jest logiczny ciąg myślowy, który pozwala umiejscowić dzieło i śmierć ks. Ignacego Skorupki w centrum Cudu nad Wisłą.
Przez sześć tygodni, na Froncie Północno – Zachodnim Polacy cofają się przed napierającą Armią Czerwoną. I jeśli nawet były po drodze chwilowe zwycięstwa, to zaraz następowało po nich dalsze cofanie się naszych wojsk.
W tej bitwie, stoczonej w wigilię święta Wniebowzięcia Matki Bożej, bolszewicy zajmowali na krótki czas tylko wschodnią część Ossowa, ale nie mogli zdobyć tej wsi, przez którą prowadziła jedna z możliwych dróg na Warszawę.
Wielogodzinny opór stawili im głównie młodociani i niewyszkoleni ochotnicy I Batalionu 236 Pułku Piechoty Armii Ochotniczej, im. Weteranów 1863roku, mimo, że po stronie rosyjskiej atakowali ich strilci (strzelcy) z najlepszych formacji bolszewickich; 79 Brygady Chachaniana, z 27 „Żelaznej” Dywizji Władymira Putny, 16 Armii Iwana Smolina.

JAKA TO BYŁA BITWA?
Gdy przed laty wchodziłem w temat Cudu nad Wisłą, i czytałem pierwsze artykuły, takie rocznicowe laurki o Bitwie pod Ossowem, to na ich podstawie utworzył się bardzo fałszywy; nostalgiczno – pseudopatriotyczny obraz tej bitwy; było ciężko, ale nie było tak źle; poszli młodzi; pokrzyczeli hura; polało się trochę krwi – ale zwyciężyliśmy…

Opowiadał mi kiedyś mój znajomy, który mieszkał z rodziną pod lasem, że mieli tam kawałek pola, na którym uprawiali ziemniaki. Na to pole przychodziły dziki i niszczyły ich uprawę. Ale mieli też dużego psa wilczura, który pilnował całego obejścia. Którejś nocy usłyszeli jego zajadłe szczekanie. Trwało to długo, jakby prowadził z kimś walkę. Nie chciało im się wychodzić z ciepłych łóżek. Poszli zobaczyć, co tam się działo, gdy już się rozwidniło.

Widok był zdumiewający. Zobaczyli duży, okrągły, udeptany plac, na którym, po jednej stronie leżał ziejący, zmęczony pies, a po drugiej stronie pokrwawiony, ale żywy dzik. Żadne ze zwierząt, umęczone do granic wytrzymałości, nie miało siły, aby dalej walczyć. Tak leżeli i pilnowali się wzajemnie.
Ten obrazek z życia leśnych ludzi, może będzie przydatny do poznania prawdziwego obrazu Bitwy pod Ossowem, gdzie brawura i męstwo obrońców przeplatały się z ich słabością i bezgranicznym zmęczeniem. Tam gdzie była składana Ojczyźnie najwyższa ofiara krwi i młodego życia. Tak napisał o tym dowódca tej Bitwy por. Mieczysław Słowikowski – późniejszy generał na wychodźstwie:
”Czasami zalegała wieś kompletna cisza, by wybuchnąć następnie kanonadą ognia ze zdwojoną siłą. W tej gorączce walki nie myślano o niczym innym, jak tylko o zatrzymaniu wroga i nie dopuszczeniu go do Warszawy. Nie było czasu na posiłek. Żołnierze nic nie mieli w ustach przez cały dzień. Walka we wsi trwała ze zmiennym szczęściem przez cały dzień.
Kompanie nieraz musiały cofać się pod naciskiem bolszewickiego ataku. Zryw ponownego kontrataku wyrzucał znowu wroga ze wsi. Był to kontredans bitwy, który powtarzał się kilkakrotnie.
Widziałem jak upadający ze zmęczenia, lub leżący na ziemi bez ruchu ochotnik, na sygnał naszego szturmu, rzucał się jak nieprzytomny na przód z bagnetem w ręku odzyskując siły po prostu cudem.”
(M. Z. Słowikowski, „Bój w obronie Warszawy i śmierć ks. I. Skorupki”, Londyn 1964, s. 47).
Ochotniczy batalion zapłacił za swą niezłomność wielką danina krwi i życia. Z około 800 żołnierzy przed Bitwą, brakowało po niej około 300. Ale wytrzymali do nadejścia odsieczy, po której bolszewicy wycofali się z pola bitwy, i wroga nie przepuścili.

DUCH PRZECIW MATERII – ZASŁUGA KS. IGNACEGO.
Jaka musiała być duchowa formacja tych młodych ochotników – ich, jak mówią wojskowi; morale – czyli duch walki, aby tak walczyć, mimo braku doświadczenia, nie wyszkolenia i słabego uzbrojenia?
Na to pytanie daje odpowiedź dowódca Batalionu por. Słowikowski. Gdy ten otrzymał już przydział na kapelana 236. PP, por. Słowikowski przydzielił ks. Ignacemu jedną z klas w zajmowanym budynku szkolnym na urządzenie kaplicy.
”Ks. Skorupka przy pomocy chętnych ochotników urządził w niej małą kapliczkę z ołtarzem i zaraz rozpoczął pracę. Co dzień rano odprawiał Mszę św. Spowiadał ochotników wolnych od zajęć. Był przez cały dzień razem z żołnierzem. Poznawał jego troski i kłopoty. Udzielał rad, a na specjalnych pogadankach i kazaniach umacniał wiarę w zwycięstwo, w słuszność naszej sprawy.
Muszę stwierdzić, że miał duży i dobry wpływ na ochotników, którzy przykładali się teraz z jeszcze większą ochotą do ciężkiej pracy żołnierskiej. […]
Był on przeniknięty głęboka wiarą w zwycięstwo, w słuszność naszej świętej sprawy. Wierzył, że Bóg jest po naszej stronie, a przede wszystkim ufał w opiekę Królowej Polski, Matki Boskiej Częstochowskiej.
Upewniał mnie, iż dzień naszego zwycięstwa jest bliski. Według jego przeczucia będzie to dzień święta Matki Bożej.
Przeczuwał to, co stało się w rzeczywistości i to bardzo niedalekiej.”
(tamże, s. 26 – 27).
O swoim uznaniu dla ks. Skorupki, Słowikowski rozmyślał po zakończeniu Bitwy:
”Noc z 14 na 15 sierpnia spędziłem razem z ochotnikami w okopach by dać przykład, iż oficer dzieli wszystkie trudu i znoje wojenne.
Gdy w nocnej ciszy rozmyślałem nad ciężkim bojem i nad całością wydarzeń dnia doszedłem do przekonania, iż zwycięstwo zawdzięczamy przede wszystkim wielkiej i ofiarnej pracy ks. Skorupki by zaszczepić w sercach ochotników wiarę w zwycięstwo i pomoc Boską. Czyż to nie silna wiara trzymała ich i kazała walczyć do upadłego? Słabo wyszkoleni, nie umiejący strzelać, ani walczyć bagnetem, szli do szturmu jak starzy żołnierze.
Ojcem duchowym zwycięstwa był kapelan.”
(tamże, s 52).

Słowikowski kończy swoja książkę o Bitwie pod Ossowem i śmierci ks. Ignacego Skorupki ubolewaniem, że w różnych publikacjach na temat księdza „Nigdzie nie wspomniano, że to on wpajał w serca ochotników wiarę w nasze zwycięstwo, wiarę w pomoc Najświętszej Maryi Panny. Że to on głosił, iż dzień 15 sierpnia, dzień święta Wniebowzięcia, będzie dniem naszego zwycięstwa.
Czy nie spełniło się to, w co wierząc święcie, przepowiadał?
Odszedł w przeddzień naszego wielkiego zwycięstwa.
Zwycięstwo w boju pod Ossowem dnia 14 sierpnia to wynik ofiarnej kapłańskiej pracy.
Ofiara życia złożona u stóp Bożego Tronu, uprosiła pomoc Matki Bożej dla „Cudu nad Wisłą”.”
(tamże, s. 61).

ROZPRZESTRZENIANIE SIĘ WIEŚCI O ŚMIERCI KSIĘDZA IGNACEGO SKORUPKI.
Błyskawicznie rozeszła się wieść o chwalebnej śmierci księdza kapelana na pierwszej linii frontu. Najpierw w 236 Pułku i 8 Dywizji, później w innych oddziałach wojska dzięki meldunkom sytuacyjnym Dowództwa Frontu Północnego. Pierwszy meldunek z dnia 15 sierpnia, mówiący o walkach pod Ossowem i Leśniakowizną donosił: „Ciężko ranny i zaginiony ppor, Haber, zabici ppor. Makarewicz [Matarewicz – CWU] oraz kapelan, ksiądz Ignacy Skorupka, który w stule i z krzyżem w ręku prowadził tyralierę do ataku.” („Bitwa Warszawska 13 – 28 VIII 1920, dokumenty operacyjne” – część I (13 – 17 VIII”, red. M. Tarczyński, Warszawa 1995, s.195, zob. także s. 222 i 298).
Dla ścisłości dodajmy, że wymieniony w tym komunikacie por. Stanisław Matarewicz – z oficjalną nominacją na dowódcę I/236.PP, AO, nie został zabity, jak mylnie podaje ten komunikat, ale na początku bitwy zmarł na zawał serca. Automatycznie przejął po nim dowództwo nad Batalionem dowódca i Kompanii– ppor. Mieczysław Słowikowski.

Uroczysty pogrzeb ks. Skorupki i prasa warszawska, przyczyniły się również do szerokiego rozgłosu o śmierci ks. Skorupki, a poza Warszawą najszybciej rozchodziły się wiadomości wojenne podawane z ust do ust. Wspominał o tym M. Słowikowski, że: „Widocznym było, że wiadomość o śmierci ks. Skorupki lotem błyskawicy rozeszła się po całym kraju, niewątpliwie przyczyniając się do ogólnego zapału jaki ogarnął naród.” (M. Słowikowski, op. cit., s. 55).

POCZĄTEK CUDU.
Już w nocy, z soboty na niedzielę (14 na 15 sierpnia) na Przedmościu Warszawskim nastąpiły pomyślne wydarzenia, zmieniające dramatyczną sytuację frontowa. Jak czytaliśmy wyżej; obsadzony został przez żołnierzy zwycięskiego batalionu, dowodzonego przez por. Słowikowskiego, odcinek Frontu pod Leśniakowizną.
Kilkanaście kilometrów na północny – zachód od Ossowa; w rejonie Wólki Radzymińskiej, nastąpił o godzinie pierwszej w nocy spontaniczny atak batalionu dowodzonego przez por. Stefana Pogonowskiego w kierunku na Kąty Węgierskie.

Intuicyjnie, bez jednoznacznego rozkazu, Pogonowski zaatakował wysunięte na zachód duże zgrupowanie bolszewików, którzy pod osłoną nocy przemknęli między polskimi dywizjami z Wólki Radzymińskiej, przez Aleksandrów i Izabelin w bliskie sąsiedztwo Pragi (około 10 km w linii prostej od Wisły).
Było to nieplanowane uderzenie (jak twierdzi wielu autorów, wśród nich dowódca Pogonowskiego gen. Lucjan Żeligowski) w najczulszy punkt rosyjskiego Frontu. Przyniosło ono znamienne przetasowanie sytuacji frontowej na Przedmościu. Dwudziestopięcioletni porucznik Stefan Pogonowski – syn Ziemi Łódzkiej – podobnie jak ks. Skorupka, zapłacił za to życiem.
Niezwykle pomyślne wydarzenia nastąpiły w niedzielę 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia. Na Przedmościu odzyskano ostatecznie Radzymin i rozpoczęło się spychanie bolszewików na Wschód własnymi siłami, jeszcze bez współdziałania z Grupą Manewrową znad Wieprza, z którą nawiązano kontakt taktyczny dopiero we wtorek 17 sierpnia w rejonie Mińska Mazowieckiego.
Niezwykłe wydarzenia nastąpiły 15 sierpnia nad Wkrą, gdzie 5 Armia gen. Władysława Sikorskiego toczyła zaciekłą walkę z przeważającymi siłami trzech Armii bolszewickich i Korpusu Konnego Gaja Brzyskiana. Gen. Sikorski również własnymi siłami powstrzymał bolszewicki marsz przez Północne Mazowsze na Zachód. A zaszły tam również wydarzenia wskazujące na niezwykłą pomoc Nieba. Ale to temat na osobne opracowanie.
Przez następne dni, do 26 sierpnia, trwał pościg za uciekającym nieprzyjacielem.

Tak nastąpił etap ucieczki bolszewików przed Polakami, o którym mówił cytowany na początku kard. Aleksander Kakowski.
Polskie zwycięstwo rozpoczęło się od zwycięskiej Bitwy pod Ossowem i śmierci ks. Ignacego Skorupki rankiem 14 sierpnia – wtedy właśnie rozpoczął się Cud nad Wisłą.

PROSTE WNIOSKI LOGICZNE PRZY PRAWIDŁOWYM ZAŁOŻENIU.
1. Skoro komunizm i jego bolszewicka wersja był satanizmem w działaniu,
( zob. uzasadnienie tutaj http://cud1920.pl/2140/czy-byl-cud-nad-wisla-czesc-i-satanistyczne-zagrozenie-i-zapowiedzi-pomocy-z-nieba )
to w 1920 roku nie byliśmy w stanie sami, ludzkimi siłami, pokonać tego satanistycznego ataku nadciągającego ze Wschodu, bo człowiek i ludzkość, nie jest zdolna do samodzielnego pokonania szatana – tego podstępnego i przebiegłego złego ducha. Ludzie mogą go pokonać tylko przy współdziałaniu z Bogiem, i tylko przy pomocy Boga.
Tak więc, jeśli w sierpniu 1920 roku mieliśmy pokonać ten diabelski atak, to tylko przy pomocy Nieba. I to jest pierwszy, ważny krok do zrozumienia, czym był Cud nad Wisłą i jaka była jego istota.

2. Wobec szatańskiego zagrożenia w połowie sierpnia 1920 roku, Polska otrzymała pomoc z Nieba, zapowiedzianą wcześniej przez Najświętszą Maryję i ks. Ignacego Skorupkę.

3.
Wśród wielu niezwykłych wydarzeń, układających się w ciąg pomyślnych zdarzeń dla polskiej strony, które po ludzku rzecz biorąc nie powinny były zaistnieć, zdumiewa niezwykły przebieg Bitwy pod Ossowem, gdzie najsłabsi powstrzymali najsilniejszych.

4. Chwila śmierci ks. Skorupki jest punktem zwrotnym w bitwie pod Ossowem i w dziejach wojny1920 roku. Do tej chwili Polacy uciekali przed bolszewikami, odtąd uciekali bolszewicy przed Polakami.”prosto i logicznie stwierdził kard. Aleksander Kakowski, gdyż od Ossowa nie było już cofania się Polaków.

5. Pod Ossowem bolszewików powstrzymali młodzi ochotnicy z Warszawy i Mazowsza, którzy, choć słabi, taktycznie nie wyszkoleni i źle uzbrojeni, stawili skuteczny opór jednemu z najsilniejszych oddziałów wroga.
Zadecydowała o tym ich mocna postawa duchowa, którą formował ich kapelan ks. Ignacy Skorupka, zaszczepiał wiarę w polskie zwycięstwo i pomoc Matki Najświętszej.

6. Ojcem duchowym zwycięstwa był kapelan.” – stwierdził dowódca Batalionu, por. Mieczysław Słowikowski. Oznacza to, że bez tej wielkiej pracy duchowej ks. Skorupki nie byłoby zwycięstwa pod Ossowem, gdyż młodzi ochotnicy tylko swoją wielką wolą walki i wielkością ducha przeważali nad zdziczałą siłą atakującego wroga.

7. W wielkiej Bitwie Warszawskiej, w sierpniu 1920 roku, prócz materialnego oręża, większa rolę odgrywało tak zwane morale – czyli wola walki. A tą żołnierz zyskuje przez właściwą formacje duchową. Właśnie nad tym pracował z wielkim poświęceniem wśród młodych ochotników ks. Skorupka.

8. Bez ks. Ignacego Skorupki nie byłoby zwycięskiego Ossowa. Może byłyby inne ważne miejsca zwycięskiego heroizmu Polskiego Wojska, ale z wyboru Boskiej Opatrzności, na prośbę Matki Najświętszej, wybór padł na Ossów. Na bohaterski, choć tak słaby Ochotniczy Batalion, na wspaniałego ich dowódcę por. Mieczysława Słowikowskiego, który przeżył, i na szczególną Osobę kapelana ks. Ignacego Skorupkę, który oddał za to zwycięstwo i za ten wielki przełom bitewny, swoje życie.

9. Ks. Ignacy Skorupka i młodzi ochotnicy z bohaterskiego I Batalionu, 236 Pułku Piechoty Armii Ochotniczej, im. Weteranów 1863 roku, oraz zwycięska Bitwa pod Ossowem w dniu 14 sierpnia 1920 roku znalazły się w centrum Cudu nad Wisłą.

10. Wielką rolę w tym zwycięstwie miała także w dniach tego przełomu gorąca modlitwa o zwycięstwo, zanoszona do Boga w Warszawie, Częstochowie, w całej Polsce i w całym Kościele Powszechnym.

Czesław Wójcik – Uglis
Ten tekst będzie jeszcze poprawiany i uzupełniany

Czy był Cud nad Wisłą? – cześć II: Modlitwa

Motto:
„Gdybyś pojął sposób, nie byłoby cudu. Tam gdzie zawodzi rozum – buduje wiara” (św. Augustyn).

”Módl się tak, jakby wszystko zależało tylko od Boga – a jednocześnie działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie.: (reguła św. Ignacego Loyoli).

Franciszek Sługocki – „Modlitwa”, płaskorzeźba, odlew w metalu, na pomniku ks. Ignacego Skorupki przy Łódzkiej Archikatedrze. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis

ŚWIADECTWO GENERAŁA MAXIMA WEYGANDA.
Gdy 14 sierpnia, kardynał Achille Ratti – nuncjusz papieski w Polsce, a późniejszy papież Pius XI – zapytał francuskiego generała Maxima Weyganda, doradcę szefa polskiego Sztabu Generalnego gen. Tadeusza Rozwadowskiego – jakie są szanse powodzenia operacji? – Weygand odpowiedział: „Wasze modlitwy mogą w tym dniu więcej pomóc niż cała nasza wiedza wojskowa” (cyt. za: A. Zamoyski, „Warszawa 1920”, Kraków 2009, s. 164).
W swoich pamiętnikach Weygand zapisał później: „W kościołach, o każdej godzinie dnia, można było widzieć mężczyzn i kobiety zanurzonych w zapamiętałej modlitwie; to jest właściwe słowo do określenia ich postawy i wyrazu ich twarzy. Wielu pomiędzy nimi, przechodząc przed ołtarzem, kładło się krzyżem na posadzce i błagało w kompletnym samozapomnieniu Tego, co może wszystko. Nigdy nie widziałem ludzi tak modlących się jak w Warszawie” (M. Weygand „La bataille de Varsowie”, fragment pamiętników, cyt. za: Jędrzej Giertych, „Rozważania o Bitwie Warszawskiej 1920 r.” ,Toruń 2000, s.275).

Ulicami przechodziły procesje. Ludzie klękali na chodnikach przed Najświętszym Sakramentem. Kapelani słuchali spowiedzi na peronach kolejowych i placach, gdzie zbierali się żołnierze i młodzi ochotnicy przed udaniem się na front. Generał Józef Haller, dowódca Frontu Północno – Wschodniego, przybliżonego już wtedy na kilkanaście kilometrów od Warszawy, codziennie rano uczestniczył we Mszy i przyjmował Komunię św. Modliła się Jasna Góra, gdzie trwała nieustanna nowenna, której zakończenie zaplanowano na dzień 15 sierpnia. Trwała w Polsce modlitwa powszechna, kto nie mógł walczyć na froncie szturmował Niebo na kolanach, gdyż: Przywiązanie Polaków do ich religii jest znane; jeśli nie są oni wzorem cnót, to są (jednak) gorącymi katolikami.” – pisał jeszcze gen. Weygand (tamże, s. 274 – 275), i „W ten sposób wypełnia się przez olśniewające zwycięstwo Bitwa Warszawska, wspaniałe podźwignięcie się moralne, którego sekretu szukać trzeba przede wszystkim w miłości Polaka do Ojczyzny i jego ufności w Bogu.” (tamże, s. 176).

MODLITWA I ŚWIADECTWO GENERAŁA JÓZEFA HALLERA.
Dowódca Frontu Północno – Zachodniego, gen Józef Haller, jedna z pierwszoplanowych Postaci, które przyczyniły się do polskiego zwycięstwa, po latach, pozostawił takie świadectwo: „W roku 1920, kiedy 14 sierpnia rozpoczynała się bitwa pod Warszawą, modliliśmy się gorąco w całym kraju, zwłaszcza w Warszawie, gdzie w kościele Zbawiciela odprawiana nowenna do Wniebowziętej Bogarodzicy po codziennej Mszy św. przy ołtarzu Matki Boskiej Częstochowskiej ubłagała nam zwycięstwo.” (J. Haller, „Pamiętniki”, Londyn 1964, s. 413).

Haller wspomina również, że w nocy z 12 na 13 sierpnia, po zapoznaniu się z wieczornymi raportami: „[…] zasnąłem z gorącą modlitwą na ustach, z wiarą w pomoc Bożą i z wizją obrony Częstochowy z Jasnogórską Królowa Polski, Matką Bożą, której Wniebowzięcie się zbliżało w dniu 15 sierpnia.” (tamże, s. 226).
A dalej czytamy: „Dnia 14 sierpnia, jak dotąd każdego dnia, byłem obecny wczesnym rankiem na Mszy św. w kościele Zbawiciela, gdzie się rozpoczynała nowenna o uproszenie zwycięstwa.
Podniosły i rozczulający był widok ołtarza Matki Boskiej Częstochowskiej otoczonego sztandarami, w głębokim skupieniu modlącymi się żołnierzami i cisnącymi się do ołtarza wiernymi z wszystkich sfer dla przejęcia Komunii św. Wielu w kościele leżało krzyżem. Podobne nowenny odprawiane były i w innych kościołach, a szczególnie uroczyście w katedrze św. Jana i w kościele O.O. Jezuitów.”
(tamże, s.228).

We wspomnieniach mieszkańców Radzymina znajduje się świadectwo Maksymiliana Lipińskiego o gen. Józefie Hallerze: „To fakt, historyczne zwycięstwo pod Radzyminem poprzedzone zostało gorącą modlitwą wojsk polskich z gen. J. Hallerem pod krzyżem przydrożnym we wsi Cegielnia. 14 sierpnia 1920r. przybył w okolice Radzymina gen. Józef Haller. Tego dnia w godzinach popołudniowych została odprawiona Msza Św. przy krzyżu. Odgłosy burzy wojennej nie zakłócały rozmowy z Bogiem gen. J. Hallerowi i innym dowódcą wojsk polskich. Pod krzyżem rozpostarto dywanik, na którym leżąc krzyżem, modlił się gen. J. Haller. Asystowali jemu dowódcy – gen. Latinik i gen. Rozwadowski.” (M. Lipiński, „Żołnierski krzyż”, [w:] J. Wnuk, „Radzymin Cud nad Wisłą 1920”, Radzymin 2010, s. 55 – 56).
Cegielnia – obecnie południowo – zachodnie przedmieście Radzymina, które jeszcze rano tego dnia było w rękach bolszewików, została oswobodzone wraz z Radzyminem śmiałym polskim kontratakiem. Radość jednak nie trwała długo, gdyż bolszewicy ponownie zajęli Radzymin. Opisane miejsce, w którym odbyła się Msza św. i modlitwa gen. Hallera, znajdowało się około 3 – 4 km. od Radzymina. „W mieście opanowanym przez bolszewików rozstrzeliwano poddających się do niewoli polskich żołnierzy, zabierano mieszkańcom żywność, pieniądze, kosztowności i buty, rabowano sklepy, nie oszczędzono nawet szpitala.” (J. Wnuk, op. cit., s. 9). Obrazu dopełniały palące się domy i prowadzony ostrzał artyleryjski polskich pozycji.
Obecny na tej Mszy św. gen. Franciszek Latinik (1864 – 1949) był dowódcą I Armii WP, która wzięła na siebie główny ciężar obrony Warszawy na Przedmościu Warszawskim, a gen. Tadeusz Rozwadowski (1866 – 1928) był w tym czasie szefem Sztabu Generalnego, co wobec absencji Piłsudskiego oznaczało, że był w tym czasie (12 – 18 sierpnia) nieformalnym, głównym, dowódcą polskich operacji wojennych. 

PRAKTYCZNY CHŁOP – PREMIER WITOS – SARKASTYCZNIE O TŁUMACH MODLĄCYCH SIĘ WARSZAWIAKÓW.
Tłumy modlących się warszawiaków musiały być wielkie, skoro wprawiły w zdenerwowanie premiera Wincentego Witosa, który miał praktyczne, chłopskie podejście do toczących się wydarzeń. Chętniej widziałby tylu ochotników przy pracach fortyfikacyjnych, czy innych zajęciach przyczyniających się do wzmocnienia obrony Stolicy. „Olbrzymie tłumy ludności chodziły procesją z chorągwiami przez dwa dni po ulicach Warszawy, śpiewając pieśni i prosząc Boga o zwycięstwo. Wyszedłem umyślnie do miasta, ażeby się przyjrzeć tym dziesiątkom tysięcy ludzi różnego stanu, wieku i zawodów, które niezmordowanie spacerowały po mieście, ale które ani rusz nie dały się użyć do prac koniecznych dla obrony tak ciężko zagrożonej stolicy.” (W. Witos, „Moje wspomnienia”, cz. II, Warszawa 1990, s. 95).
Premier Witos wdał się w rozmowę z jednym z starszych uczestników tych modłów, którego uznał za dobrze zorientowanego w aktualnej sytuacji zagrożenia. Na stwierdzenie Witosa, że nie należy wszystkiego zwalać na Boga, tylko samemu pracować, ten starszy mężczyzna „[…] oburzył się i odrzekł, że to takie bezbożne gadanie, bo bez woli bożej nic się na świecie stać nie może.” (tamże).

Przez analogię do ewangelicznej przypowieści o Marii i Marcie (Łk 10, 38 – 42) można się tu zastanawiać, kto obrał „lepsza cząstkę”?
Wiele w tej sprawie wyjaśnia biblijna relacja o walce Izraelitów z Amalekitami w czasie powrotu Izraelitów do Ziemi Obiecanej. Zacytujmy ten fragment Biblii, aby lepiej poznać zależność walki i modlitwy:
„Amalekici przybyli, aby walczyć z Izraelitami w Refidim. Mojżesz powiedział wtedy do Jozuego: Wybierz sobie mężów i wyruszysz z nimi na walkę z Amalekitami. Ja jutro stanę na szczycie góry z laską Boga w ręku. Jozue spełnił polecenie Mojżesza i wyruszył do walki z Amalekitami. Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. Tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza.”
(Wj 17,8-13).

Wszystkie polskie wojska były już w tym czasie rozdysponowane. Rezerw niewiele, lub wcale – czego dowodem było skierowanie, może najsłabszego w całym Wojsku Polskim ochotniczego batalionu, utworzonego w dwa tygodnie z warszawskiej młodzieży, który został użyty do załatania wyrwy we Froncie pod Leśniakowizną – Ossowem. Tam najsłabsi powstrzymali najsilniejszych, bo w tym czasie trwała gorąca modlitwa w Warszawie, na Jasnej Górze i w wielu innych miejscach.
Modlącym się Mojżeszem był lud Warszawy i całej Polski. Czerwony Amalekita został powstrzymany.

MODLITWA JASNEJ GÓRY.
Narastające złe wieści wojenne pobudzały ożywienie religijne i szukanie nadziei w Boskiej Opatrzności. W lipcu Jasna Góra stała się celem wzmożonej ilości pielgrzymek. Przybywali tutaj także żołnierze udający się na front, aby powierzyć swój los Matce Najświętszej.

Ojcowie paulini 14 lipca skierowali swój pierwszy apel do Narodu Polskiego, opublikowany na łamach „Gońca Częstochowskiego” i w licznych ulotkach, który przez pątników docierały do społeczeństwa. W odezwie odwoływali się do słów wielkiego Kordeckiego: „W Bogu nadzieja i Najświętszej Pannie” (Z. S. Jabłoński ZP, „Jasna Góra w odradzającej się Polsce 1918 – 1921”, Częstochowa 1998, s. 114).
Drugą odezwę do społeczeństwa skierował w imieniu Jasnej Góry o. Alfons Jędrzejowski – zasłużony obrońca wiary i polskości jeszcze w czasach carskich. Ukazała się ona również w „Gońcu Częstochowskim” 21 lipca. Było to wezwanie do większej aktywności społeczeństwa polskiego w sprawę zagrożonej wolności.

Ważne wydarzenie nastąpiło 27 lipca, gdy na Jasnej Górze zebrali się polscy biskupi na Plenarnej Konferencji Episkopatu Polski, pod przewodnictwem kardynałów Aleksandra Kakowskiego i Edmunda Dalbora.
Dokonali oni poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Jezusa i ponownie obrali Najświętszą Maryję Pannę na Królowa Polski: „Najświętsza Panno Maryjo […] Tutaj na Jasnej Górze, gdzie każdy kamień głosi cuda Twojej nad narodem naszym opieki, wyciągany ku Tobie, Matko litościwa, błagalne ręce, abyś w ciężkiej kraju naszego potrzebie przyszła nam z pomocą.” ( tamże, s. 116).
W tym samym dniu biskupi skierowali odezwę do Narodu Polskiego, w której postawiono za wzór garstkę ochotników z 1655 roku, broniących Jasnej Góry przed szwedzka nawałą. Biskupi zachęcali do ufności w opiekuńcza pomoc Maryi oraz apelowali o wstępowania do Armii Ochotniczej. Odezwa ta odbiła się szerokim echem w społeczeństwie i miała z pewnością swój udział w dużym naborze ochotników.

Największe natężenie modlitewne na Jasnej Górze nastąpiło od 7 sierpnia, gdy rozpoczęła się nowenna błagalno – pokutna, której zakończenie przewidziano na dzień 15 sierpnia – święto Wniebowzięcia Najświeższej Maryi Panny. „Liczba wiernych była tak wielka, że nabożeństwo przeniesiono z bazyliki na plac pod Szczytem. Tysiące ludzi leżało krzyżem na wielkim placu przed Jasna Górą, błagając Matkę Bożą Królowę Polski o wstawiennictwo i ratunek dla ojczyzny. W tych nabożeństwach uczestniczył także cały konwent paulinów. Każdego dnia przekazywano obecnym najświeższe wiadomości z toczonych na froncie walk. […] Gdy na zakończenie nowenny 15 sierpnia 1920 roku przeor P. Markiewicz powiadomił uczestników o zwycięstwie, że Maryja wysłuchała próśb narodu – zebranych na placu opanował niezwykły entuzjazm. Uczestnicy nabożeństwa płakali z radości i rzucali się sobie w ramiona. Wołano: „Stał się cud”. (Tamże, s. 118 – 120).

MODLITWA KOŚCIOŁA.
Potężna modlitwa trwała nie tylko w zagrożonej Warszawie i na Jasnej Górze, modliła się Polska i Kościół Powszechny, gdyż biskupi polscy skierowali 7 lipca list do Ojca Świętego Benedykta XV i osobny list do Episkopatu świata.
Do papieża pisali: „Ojcze Święty! Ojczyzna nasza od dwóch lat walczy z wrogiem Krzyża Chrystusowego, z bolszewikami. Odradzająca się Polska, wyczerpana czteroletnimi zmaganiami się ościennych państw na jej ziemiach, wyniszczona obecną wojną, zdobywa się na ostateczny wysiłek. Jeżeli Polska ulegnie nawale bolszewickiej, klęska grozi całemu światu, nowy potop ją zaleje, potop mordów, nienawiści, pożogi, bezczeszczenia Krzyża.
Ojcze Święty, w tej ciężkiej chwili prosimy Cię, módl się za ojczyzna naszą. Módl się, abyśmy nie ulegli i przy Bożej pomocy murem piersi własnych zasłonili świat przed grożącym mu niebezpieczeństwem.
Wierzymy mocno, że modlitwy świata całego, o które prosiliśmy Czcigodnych Braci Biskupów, wsparte modlitwą Zastępcy Chrystusa na ziemi, wysłuchane zostaną i upragniony pokój dadzą światu całemu.
U stóp Twoich wołamy: Ojcze Chrześcijaństwa, błogosław Polskę.”
(cyt. za: „Kościół w czasie wojny polsko – bolszewickiej 1919 – 1920”, red.M. M. Drozdowski, A. Serafin, Warszawa 1995, s. 96 – 97).
Odpowiedzią na tą prośbę był apel Benedykta XV do biskupów całego Kościoła, o modlitwę za walczącą Polskę. (zob. „List Ojca Św. Benedykta XV do kardynała Bazylego Pompoli”, tamże, s. 41 – 42).
Papież Benedykt XV, w swoim liście do biskupów polskich z 8 września 1920, czyli już po polskim zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej, napisał: „[…] pomyślny ten obrót przypisujemy zaleconym przez nas po całym katolickim świecie modłom publicznym za Polskę. Nigdy bowiem nie wątpiliśmy, że Bóg będzie przy waszym narodzie, ile że tak świetnie w ciągu wieków religii się zasługiwał, a zapowiedzieliśmy publicznie obchody błagalne wtenczas, kiedy prawie powszechnie o ocaleniu Polski zrozpaczono, a wrogowie też ilością i powodzeniem odurzeni, to między sobą to bluźniercze pytanie stawiali: „Gdzie jest Bóg ich?”” („List Ojca Św. Benedykta XV do biskupów polskich o znaczeniu Bitwy Warszawskiej” (tamże, s. 42).

Bóg jest tam, gdzie jest przywoływany gorącą modlitwą. W połowie sierpnia 1920 roku roztoczył nad Polską, na prośbę Matki Najświętszej i Kościoła Powszechnego, nadzwyczajną łaskę pomocy w toczonej drugi rok wojnie.
Jak to się stało pozostaje tajemnicą Boga, gdyż jak powiedział św. Augustyn „Gdybyś pojął sposób, nie byłoby cudu. Tam gdzie zawodzi rozum – buduje wiara”.
Ci, którzy nie mają wiary, chcą na wszelkie sposoby znaleźć sposób; jak to się stało? Robią to czasami nawet nie wyłączając kłamstwa. Ale to już temat osobny, na osobny wpis.

Czesław Wójcik – Uglis.

Czy był Cud nad Wisłą? – część I: Satanistyczne zagrożenie i zapowiedzi pomocy z Nieba

Motto:
„Gdybyś pojął sposób, nie byłoby cudu. Tam gdzie zawodzi rozum – buduje wiara” (św. Augustyn).

DZIEŁA LUDZKO – BOSKIE TRZEBA BADAĆ ROZUMEM I WIARĄ

DIABEŁ BOLSZEWICKI U BRAM WARSZAWY.
W połowie sierpnia 1920 roku stanął u wrót Warszawy „Diabeł bolszewicki” – tak pisał wtedy Adam Grzymała – Siedlecki, publicysta warszawski – a za nim podchwyciła tą nazwę stołeczna prasa.
Eugeniusz Małaczewski (1895? – 1922) – poeta, prozaik i żołnierz – mówił, że ze Wschodu nadciąga „Wielki cham”.
Biskup piński, ordynariusz Diecezji Pińskiej, Kazimierz Bukraba (1885 – 1946) napisał o bolszewickim komunizmie: „Bezbożnictwo – to istota i najgłębsza treść komunistycznego bolszewizmu”, „Siła komunizmu to siła grzechu”, „Bolszewicki komunizm bez Boga opiera się na kłamstwie”, „On nie tworzy, nie buduje, tylko burzy i niszczy” (T. Madała, hasło „Bukraba Kazimierz” [w:] „Encyklopedia białych plam”, T – XIX, Radom 2005, s. 34).
Prof. Jacek Bartyzel, w nawiązaniu do opinii etyka i filozofa Mariana Zdziechowskiego (1861 – 1938) na ten temat stwierdza: „[…] celem komunizmu jest nie tylko zniszczenie instytucji Kościoła, ale wykorzenienie z duszy ludzkiej wszelkiej myśli o Bogu, świecie nadprzyrodzonym, i życiu wiecznym, […]” (hasło „”Komunizm” [w:] „Encyklopedia białych plam”, T – IX, Radom 2002, s.293).
Ważnego świadectwa dostarcza w tej sprawie Aleksander Wat (1900 – 1967), Żyd z Polski – poeta , prozaik, eseista – do 1940 r. sowiecki kolaborant afirmujący władzę komunistyczną i krytykujący II Rzeczpospolitą. Aresztowany i przetrzymywany w sowieckich więzieniach, miał doznać namacalnego odczucia działania diabła: „Wtedy rzeczywiście zrozumiałem diabła w historii. I właściwie komunizm mi się przedstawił w postaci diabelskiej.” („Mój wiek. Pamiętnik mówiony I”, Londyn 1980 – cyt. za tamże).
A wśród najważniejszych postaci komunizmu ”Marks był wybranym narzędziem szatana, które sprawiło, że człowiek utracił poczucie swojej wartości, przekonanie, że pochodzi on z wysoka i ma tam powrócić” napisał Richard Wurbrand (R. Wurbrand, „Czy Karol Marks był satanistą?”, Poznań 2004, s. 31).
Z kolei Lenin twierdził, że jest osobistym wrogiem Pana Boga, a Stalin w młodości podpisywał swoje wiersze jako „Demonoszwili”.
Gen. Michaił Tuchaczewski – dowódca Frontu Północno – Zachodniego, który miał zająć Warszawę, i według jego słów „po trupie Polski przejść do rewolucyjnych Niemiec”– uprawiał praktyki okultystyczne.

Może to wystarczy do tego krótkiego wprowadzenia, gdyż na ten temat jest bardzo dużo podobnych opinii. Niech za podsumowanie posłuży często spotykane stwierdzenie, że komunizm był (i jest ciągle) w starej postaci i nowych mutacjach – satanizmem w działaniu.

WNIOSEK PIERWSZY
Dla naszych rozważań o istocie Cudu nad Wisłą, trzeba w tym miejscu zauważyć, że w 1920 roku nad Polską, a także nad Europą, pojawiło się potężne satanistyczne zagrożenie, wyrażone opętańczą siłą nadciągającej bolszewickiej Armii, której nie potrafiliśmy przeciwstawić się od początku czerwca, do 15 sierpnia.
Człowiek i ludzkość, nie jest zdolna do samodzielnego pokonania szatana – tego podstępnego i przebiegłego złego ducha. Ludzie mogą go pokonać tylko przy współdziałaniu z Bogiem, i tylko przy pomocy Boga.
Tak więc, jeśli w sierpniu 1920 roku mieliśmy pokonać ten diabelski atak, to tylko przy pomocy Nieba. I to jest pierwszy, ważny krok do zrozumienia, czym był Cud nad Wisłą i jaka była jego istota. 
„Na pomoc” – polski plakat 1920. Zwróć uwagę na czerwoną chorągiew z pentagramem za plecami demonów. Dzisiaj już mało kto zwraca uwagę na wszędobylską pięcioramienną gwiazdę – od średniowiecza uważaną za znak szatana.

WALKA DUCHÓW W ZAŚWIATACH, WYRAŻA SIĘ NA ZIEMI KONKRETNYMI WYDARZENIAMI.
Wojna nie jest tematem czysto „świeckim”, czysto ziemskim – pisał znany teolog, ks. Jerzy Bajda (1928 – 2012), – świat duchowy ma tutaj wiele do powiedzenia. Pozwalając sobie na pewne uproszczenie, twierdzę, że świat jako teatr wojny przypomina scenę teatru kukiełkowego: widać poruszające się kukiełki, lecz nie widać tych, którzy ukryli się za sceną i w odpowiedni sposób poruszają „aktorami”, czyli laleczkami wykonującymi akcję zaplanowaną za kulisami.
[…] właściwa wojna toczy się w świecie duchów, tj. między aniołami, którym Bóg oddał w opiekę narody, a złymi duchami, które usiłują udaremnić Boże plany.” (Ks. prof. Jerzy Bajda „Objawione słowo… wielka wojna”, Nasz Dziennik, 26-27 sierpnia 2006, Nr 199 (2609)

W piątek, 13 sierpnia owego roku, na Froncie Południowo – Wschodnim, miał odbyć się taki krótki dialog pomiędzy Siemionem Budionnym (1883 – 1973) – dowódca Konarmii, a jego komisarzem – Klimientem Woroszyłowem (1881 – 1969). Rozmowę tą przytacza Norman Davies, zaczerpniętą prawdopodobnie z pamiętników Budionnego:
Budionny: „13 sierpnia dał rozkaz do rozpoczęcia operacji. Rano przypomniał Woroszyłowowi, że właśnie jest trzynasty – pechowa data. „Owszem – odparł Woroszyłow – ale my jesteśmy bezbożnikami, więc w diabelskim dniu diabły powinny pomagać nam.” (N. Davies, „Orzeł biały czerwona gwiazda”, Kraków 2006, s. 262).

ZAPOWIEDZI ZWYCIĘSTWA.
Ale, dwa dni później, 15 sierpnia, była niedziela i święto Najświętszej Maryi Panny, Która, za pośrednictwem s. b. Wandy Malczewskiej, zapowiedziała w Wielki Piątek 1872 roku, że „Skoro [Polska – CWU] otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciwko niej dawni gnębiciele, aby ja zdusić – ale moja młoda armia, w imię moje walcząca, pokona ich, odpędzi daleko i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę.” ( podkr. – CWU, Ks. G. Augustynik, „Miłość Boga i Ojczyzny w życiu i czynach Sługi Bożej Wandy Malczewskiej”, Wrocław 2010, s. 112).
W roku następnym; 15 sierpnia 1873 roku, s. b. Wanda Malczewska usłyszała od Matki Bożej: „Uroczystość dzisiejsza niezadługo stanie się świętem narodowym was Polaków, bo w tym dniu odniesiecie świetne zwycięstwo nad wrogiem, dążącym do zagłady waszej. To święto powinniście obchodzić ze szczególną okazałością.” (tamże, s. 144)

Na dwa tygodnie przed tak zapowiedzianym zwycięstwem, ks. Ignacy Skorupka, w dniu swych imienin, 31 lipca, powiedział: „Nie martwcie się. Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony Polskiej, nie opuści nas i ześle nam człowieka, jak ksiądz Kordecki, jak Joanna d’Arc we Francji. Człowiek ten stanie na czele armii, doda odwagi i nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień. Nie minie dzień 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity.” (S. Helsztyński, „Bohater Warszawy ksiądz kapelan Ignacy Skorupka”, Warszawa 1990, s. 30).
Później jeszcze kilkakrotnie ks. Ignacy zapewniał z przekonaniem o mającym nastąpić zwycięstwie, ostatni raz publicznie13 sierpnia, w czasie marszu Ochotniczego Bataliony z Pragi do Ossowa:
”[…] kpt. rez. dr. Salak (lekarz I 236. p.p.) wspomina, że w Ząbkach podczas odpoczynku (w czasie marszu do Ossowa) w drewnianym kościółku „kapelan zabrał głos od ołtarza…” Z przemówienia utkwiło w pamięci tego oficera jedno zdanie: czekają nas jeszcze ciężkie ofiary, ale niezadługo – bo piętnastego, w dzień naszej Królowej, losy odwrócą się w naszą stronę. Podobną treść kazania ks. Skorupki przypomina ochotnik 1 kompanji 236. p.p. Kempiners, podając słowa kapłana „… dziś, gdy jesteśmy w wigilię dnia Imienia Najświętszej Panny Marji, módlmy się, a ona da, że choć ze zmiennym szczęściem walczyć będziemy do dnia 15 a od dnia 15 los się odmieni i już tylko zwycięstwo będzie naszym udziałem”. ( B.Waligóra, „Bitwa Warszawska 1920 Bój pod Ossowem i Leśniakowizną w dniu 14 VIII 1920R.”, Warszawa 1932, reprint, bez numeracji stron – przedostatnia i ostatnia strona tekstu).

Więcej o zapowiedziach polskiego zwycięstwa czytaj na tej stronie:
http://cud1920.pl/1602/zapowiedzi-odzyskania-wolnosci-przez-polske-i-zwyciestwa-cudu-nad-wisla-przekazane-za-posrednictwem-sl-b-wandy-malczewskiej

http://cud1920.pl/1592/ks-ignacy-skorupka-zapowiedzi-polskiego-zwyciestwa-w-dniu-swieta-matki-boskiej-zielnej,

WNIOSEK 2
Wobec szatańskiego zagrożenia w połowie sierpnia 1920 roku, Polska otrzymała pomoc z Nieba, zapowiedzianą wcześniej przez Najświętszą Maryję Pannę i ks. Ignacego Skorupkę.

                      Kazimierz Tetmajer – „Matka Boża z Dzieciątkiem”, rok 1916.

DWA ASPEKTY CUDU NAD WISŁĄ.
Każdy cud, pochodzący od Boga, zawiera w sobie dwie składowe, które można rozpoznawać na dwóch poziomach. Na poziomie ludzko – materialnym może być badany rozumem. Na poziomie Boskiej Łaski, może być badany wiarą, we współpracy z rozumem.

W zupełnej analogii do cudownej obrony Jasnej Góry w 1655 roku, zobacz na tej stronie:
http://cud1920.pl/2017/paralele-jasna-gora-1655-warszawa-1920  pozostaje obrona Warszawy w połowie sierpnia 1920 roku, nazwana Cudem nad Wisła, która to nazwa jest synonimem Bitwy Warszawskiej.
I tak, jak w obronie Jasnej Góry, tak i pod Warszawą, nadzwyczajna pomoc Nieba przejawiła się na poziomie ludzko – materialnym ciągiem pomyślnych zdarzeń dla polskich obrońców, których prawdopodobieństwo zaistnienia (ustalane za pomocą teorii zdarzeń losowych) jest w stanie skłonić nawet sceptyka do zastanowienia, o ile jest on sceptykiem uczciwym, zdolnym do szukania prawdy.

Na poziomie Łaski Bożej, jednym z Jej wyrazów było ukazywanie się Najświętszej Maryi Panny wojskom nieprzyjacielskim; tak na Jasnej Górze; jak i nad polami bitewnych pod Warszawą.
Fenomeny te, dobrze udokumentowane w przypadku Jasnej Góry, zostały znacznie słabiej zapisane w wypadku Warszawy 1920, co jest skutkiem zaniedbania tej sprawy przez ówczesnego metropolitę warszawskiego ks. kard. Aleksandra Kakowskiego.
Nie mniej jednak, ich zaistnienie nie pozostawia wątpliwości wobec wielu zachowanych świadectw, pochodzących od wziętych do niewoli bolszewickich jeńców, oraz licznych polskich relacji zasłyszanych od żołnierzy rosyjskich.

WNIOSEK 3
W zupełnej analogii do cudownej obrony Jasnej Góry w 1655 roku pozostaje obrona Warszawy w połowie sierpnia 1920 roku, nazwana Cudem nad Wisła.
Nadzwyczajna pomoc Nieba przejawiła się pod Warszawą, podobnie jak wcześniej nad Jasna Góra, na dwu poziomach; na poziomie ludzko – materialnym, i na częściowo tylko dla nas odsłoniętym poziomie Łaski Bożej, wyrażająca się ukazywaniem Matki Najświętszej wojskom bolszewickim.
Czesław Wójcik – Uglis

Temat będzie kontynuowany, a tekst poprawiany i uzupełniany.

Modlitwa do ks. Ignacego Skorupki


MODLITWA DO KSIĘDZA IGNACEGO SKORUPKI
Twoje dwadzieścia siedem lat

Czarna sutanna pokryta bitewnym pyłem
Stuła rozwiana wściekłością demona
Krzyż uniesiony wysoko nad linią Frontu
I trzystu młodzieńców poległych z Tobą

Wołajcie za nami do Boga
Aby wybaczył nam grzech zaniedbania
Nad poranionym losem Ojczyzny
Aby przywrócił nam wiarę i moc
Zmartwychpowstania dla Polski i Świata

Dla Maryi
Dla Maryi
I Jej Syna Jezusa Chrystusa
Czesław Wójcik – Uglis (kwiecień 2017)

Zobacz ten tekst poprawiony i zmieniony przez nieodkrytą poetkę, Panią Lenę.

ZWYCIĘSKI KRZYŻ
Ignacymłody Wojowniku

W czarnej sutannie pokrytej bitewnym pyłem
Ze stułą rozwianą wściekłym atakiem demona
Z krzyżem uniesionym wysoko nad linią frontu

Oraz Ty – dzielna Armio trzystu młodzieńców
Składających skarb życia na ołtarzu Polski

Wołajcie za nami do Boga
Aby wybaczył nam grzech zaniedbania
Względem poranionej Ojczyzny
Aby podniósł nasze oczy ku Niebu

I przywrócił nam wiarę
W zmartwychwstanie Człowieka
Polski
I Świata.

OBJAŚNIENIE I ZACHĘTA
„Stuła rozwiana wściekłością demona” – to nie licentia poetica. Nie pamiętam gdzie przed laty przeczytałem, że ks. Ignacy Skorupka dokonał potężnego egzorcyzmu na polach Ossowa – nie robiłem wtedy jeszcze notatek. Ale ta informacja została w pamięci i narastała w miarę poznawania wielkiego tematu, jakim jest Cud nad Wisłą w sierpniu 1920 roku.
Ks. Skorupka, idąc w pierwszej linii, pierwszego polskiego ataku na polach Ossowa, rankiem 14 sierpnia, miał według powtarzającego się przekazu, unosić w górze krzyż nad linią frontu, gdy naprzeciw najbardziej doświadczonym i nieustępliwym w walce czerwonoarmistom z „Żelaznej Dywizji” Władymyra Putny stanęli młodociani ochotnicy z I Batalionu 236 Pułku Piechoty Armii Ochotniczej im. Weteranów 1863 roku.
Ten, niewyszkolony z braku czasu i źle uzbrojony Batalion – złożony głównie z warszawskiej i mazowieckiej młodzieży – z braku odwodów, bronił przez wiele godzin dostępu do Warszawy tym, którzy na swych proporcach i czapkach mieli pentagram – pięcioramienną gwiazdę – znak szatana, ustanowiony dla Armii Czerwonej przez masona Lewa Trockiego.
Od strony taktycznej Batalion był szkolony przez por, Mieczysława Słowikowskiego, który z niezaleczoną raną i medalikiem Matki Boskiej na piersiach, poprowadził tą młodzież do walki.
Od strony duchowej, ich opiekunem i wychowawcą, tym który kształtował ich młodego Ducha i wzmacniał przed walką, był kapelan Batalionu ks. Ignacy Skorupka. Poprowadził ich razem z por. Słowikowskim, idąc w pierwszej linii, gdzie padł trafiony bolszewicką kulą na początku bitwy.
Krzyż ks. Ignacego zawierał drzazgę Krzyża Świętego. Tak wtedy, na polach Ossowa stanęły naprzeciw siebie dwa znaki; znak szatana i znak Boga.
„Trzystu młodzieńców poległych” – I/236. PP AO składał się z czterech dużych kompani- razem około 800 ochotników. Gdy po bitwie policzono straty, okazało się, że z tego batalionu poległo, lub zaginęło około 300 żołnierzy. Ogółem polskie straty wyniosły w Bitwie pod Ossowem około 600 poległych i zaginionych. Straty bolszewickie były nieco większe.

Fotografia ks. Ignacego Skorupki została wykonana przez Firmę Raczyńskiego w Warszawie miesiąc przed Jego śmiercią – czyli, w połowie lipca 1920.
Jej powiększony skan, który znajduje się tutaj:
http://cud1920.pl/1592/ks-ignacy-skorupka-zapowiedzi-polskiego-zwyciestwa-w-dniu-swieta-matki-boskiej-zielnej
ma wystarczające parametry do druku w małym formacie, kopiowania i powielania. Skorzystaj z okazji i kopiuj na swój komputer.
Medytuj oblicze wielkiego polskiego bohatera, który zasługuje również na to,  aby być zaliczonym przez Kościół do grona Błogosławionych – dorównuje On bowiem tak wielkim i pięknym Postaciom, jak chociażby Błogosławieni ks. Józef Stanek – kapelan w Powstaniu Warszawskim, czy ks. Jerzy Popiełuszko – kapelan „Solidarności”, i wielu innych pięknych i błogosławionych polskich kapłanów XX wieku. CWU.

Kłamstwo Władysława Poboga – Malinowskiego w sprawie śmierci ks. Ignacego Skorupki

TEN WPIS POKAZUJE, JAK STARANO SIĘ POMNIEJSZYĆ CZYN I ZASŁUGĘ KS. SKORUPKI ORAZ NIE DOPUŚCIĆ DO ROZSŁAWIENIA CUDU NAD WISŁĄ.

To, co w sprawie śmierci ks. Ignacego Skorupki, i pomniejszenia jego zasług, zrobił związany z piłsudczykowskim obozem mjr Bolesław Waligóra, ma charakter niegodziwych manipulacji (zob. na tej stronie zakładka „Manipulacje Waligóry i Poboga – Malinowskiego”, lub „Ks. Ignacy Skorupka”).
Ale nie posunął się on tak daleko jak historyk Władysław Pobóg – Malinowski (1899 – 1962), również wysługujący się sanacji, który posłużył się do kłamstwem w sprawie okoliczności śmierci ks. Skorupki.

W swojej „Najnowszej historii politycznej Polski”, odnosząc się do Bitwy pod Ossowem i udziału w niej ks. Ignacego Skorupki, napisał, cyt.:
”Legenda przedstawia go jako idącego z krzyżem w ręku w pierwszej linii atakujących żołnierzy. W rzeczywistości – zginął śmiercią jeszcze bardziej godną kapłana; ugodzony bowiem został kulą w chwili, gdy pochylony nad ciężko rannym żołnierzem udzielał mu ostatnich pociech religijnych. Stało się to 14 sierpnia, w szeregach 236. pułku, pod Ossowem, w pobliżu Wołomina.” (W. Pobóg – Malinowski, „Najnowsza historia polityczna Polski”, T – II 1914 – 1939, Gdańsk 1990, s. 507 w przypisie).

Tylko tyle? – czy, aż tyle? Dalej nic więcej nie ma o śmierci ks. Skorupki. Są tylko kolejne nieścisłości i zawierający wiele niedokładności i manipulacji opis walk na warszawskim Przedmościu Mostowym w początkowej fazie Bitwy Warszawskiej.
Znajdziemy tam pochwały dla mjr Bolesława Waligóry i rzekomej jego skrupulatnością w opisie walk (por. na tej stronie opracowanie „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży”, w zakładce „Manipulacje Waligóry i Poboga – Malinowskiego”).
Dalej bagatelizuje zasługę por. Stefana Pogonowskiego, ( tamże, s. 508 w przypisie), gdy jego Batalion w nocnej akcji z 14 na 15 sierpnia pod Mostkami Wólczyńskimi k. Radzymina, rozbił i pomieszał szyki silnego zgrupowania bolszewickiego, za co zapłacił życiem, lecz przyczynił się w istotny sposób do kolejnych polskich sukcesów w dniu 15 sierpnia.
Nie stroni od złośliwych uszczypliwości dla pozostającego w Warszawie Dowództwa Naczelnego w Warszawie, kierowanego w tym czasie przez gen. Tadeusza Rozwadowskiego, który prosił o przyspieszenie akcji Grupy Uderzeniowej (tamże). Ofensywne akcje nad Wkrą V Armii Ochotniczej gen. Władysława Sikorskiego nazywa obronnymi (tamże, s. 509).
Ale nad wyraz dużo miejsca poświęca Pobóg gloryfikacji Józefa Piłsudskiego, obecnego przy Grupie Uderzeniowej z nad Dolnego Wieprza, lecz nie wspomina o Jego dymisji złożonej na ręce premiera Witosa w dniu 12 sierpnia, co trzeba uznać za charakterystyczne dla Piłsudskiego działanie w trudnych okolicznościach, aby odsunąć od siebie odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie na wypadek przegranej bitwy.
Pobóg – Malinowski ani słowem nie wspomina też o wyłączeniu się Piłsudskiego z bieżących spraw decyzyjnych rozpoczynającej się Bitwy, gdy podjął prywatną podróż, aż w okolice Tarnowa, by spotkać się z Anna Szczerbińską i swoimi córkami.
Nie wspomina też o tym, że Józef Piłsudski, w niedzielę15 sierpnia – gdy toczyła się zajadła walka na Przedmościu Warszawskim i nad Wkrą – został kumem niejakiego Stanisława Minkiewicza z Puław, trzymając do chrztu jego dzieciątko; Józefa – Stefana (Metryka Chrztu Józefa Stefana Minkiewicza w parafii w Puławach, z dnia 15 sierpnia 1929r.).

Metryka chrztu Józefa Stefana Minkiewicza, ochrzczonego 15 sierpnia 1920 r. o godz. szóstej po południu, w Parafii w Puławach. Ojcem chrzestnym był Józef Piłsudski. Wielki zaszczyt spotkał rodzinę Minkiewiczów z Puław, ale jest to jednocześnie jeszcze jeden przyczynek do ustalenia, jaka była aktywność, i co robił Józef Piłsudski w najbardziej gorących godzinach Bitwy Warszawskiej. To właśnie w tym czasie trwały decydujące walki na Przedmościu Warszawskim i nad Wkrą, gdzie decydował się los Warszawy, i jak się później okazało, całej wojny 1919 – 1920. Wspaniały atak flankowy tzw. Grupy Uderzeniowej z nad Dolnego Wieprza dopiero 17 sierpnia wspomógł obrońców Warszawy, którzy sami odepchnęli swoimi siłami nieprzyjaciela w rejon Mińska Mazowieckiego.
Józef Piłsudski, który złożył 12 sierpnia dymisje z funkcji Naczelnego Wodza i Naczelnika Państwa, wyłączył siebie na sześć dni z funkcji decyzyjnych w toczącej się wojnie, i zajmował się wtedy sprawami drugorzędnymi.

Zresztą, sam Józef Piłsudski dostarczył sporo informacji o swojej pasywności w tych dniach (12 – 18 sierpnia) w eseju polityczno – wojskowym „Rok 1920”, a wielu świadków tamtego czasu pisało o przeżywanym wtedy przez Piłsudskiego kryzysie psychicznym, z którego otrząsnął się dopiero, gdy już 18 sierpnia było jasne, że bolszewicy zostali odparci od Warszawy siłami I Armii Polskiej, zgromadzonymi na Przedmościu Warszawskim.
Ten czterodniowy zaciekły bój na Przedmościu Warszawskim (13 – 16 sierpnia), w którym obrońcy Warszawy własnymi siłami powstrzymali bolszewików i przeszli do kontrataku, Pobóg nazywa walką „nierozstrzygającą, pomocniczą tylko”, w całej Bitwie Warszawskiej (tamże s.514).
Pisze też o że, Piłsudski okazał się zbawcą nie tylko dla Polski (tamże, s. 521). Zarzuca warcholstwo tym, którzy w tej sprawie mieli inny pogląd (tamże, s. 514 n), no i oczywiście, że był cud, ale przedstawia jego własna wizję, cyt.; „Cud sierpniowy zrodził się pod opieka Boską, z męki samotnej Wodza i ze zbiorowego, krwawego, ofiarnego wysiłku żołnierza” (tamże, s. 522). W ten sposób Władysław Pobóg – Malinowski uwiarygodnia pasywność i niewiarę Piłsudskiego w tym czasie w zwyciestwo – umieszczając Jego błędy, kryzys i sprytny asekurantyzm między Boga i bohaterstwo polskich żołnierzy.

No, ale tak właśnie robi się lukrowany obraz propagandowy, przez pomniejszenie, aż do kłamstwa, tego, co zasługuje na wyróżnienie – a pudrowanie i powiększanie drugoplanowości. Władysław Pobóg – Malinowski zastosował taką samą metodę, jakiej użył wcześniej w tej samej sprawie mjr Bolesław Waligóra (zob. zakładka „Manipulacje Waligóry i Poboga – Malinowskiego” oraz „Ks. Ignacy Skorupka”).
Ale Pobóg – Malinowski poszedł dalej niż Waligóra, i posłużył się kłamstwem, stwierdzając, że ks. Ignacy Skorupka „zginął śmiercią jeszcze bardziej godną kapłana; ugodzony bowiem został kulą w chwili, gdy pochylony nad ciężko rannym żołnierzem udzielał mu ostatnich pociech religijnych”.
Nie podał źródła tej informacji, tym samym wskazując, że tym źródłem jest on sam. A ponieważ nie było go na polu bitewnym pod Ossowem, gdy ginął od kuli ks. Ignacy, to oznacza, że Władysław Pobóg – Malinowski wyssał tą informację z palca.

Jest to klasyczny przykład kłamstwa, które pojawia się dzisiaj często w obiegu prasowym, jako tzw. fakty prasowe. Zmyślenia, które raz opublikowane, zaczynają być powielane, i szybko nabierają własnego rozpędu i zaczynają żyć własnym życiem, tak, że nie sposób je dogonić protestem, czy sprostowaniem. Przykładem może być sprawa Maybacha, założyciela Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka – wymyślona i puszczona w obieg przez były organ Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Bydgoszczy– brukowy dziennik „Gazetę Pomorską”.

Ale w tym wypadku, w odniesieniu do dokonań Waligóry i Poboga, trzeba by chyba użyć nazwy; fakt, fakty, publicystyczne. Żyją one już od lat swoim własnym, kłamliwym, życiem, i są rozpowszechniane przez wielu publicystów i badaczy; od dziennikarzy piszących okolicznościowe laurki z okazji rocznicy Cudu nad Wisła i śmierci ks. Skorupki, po poważnych (?) uczonych, doktorów i profesorów.
Cytują oni bez skrępowania, i pozastawiają często bez komentarza te kłamstwa. Czynią to beztrosko, i bez odpowiedzialności za słowo wypowiedziane, czy napisane.
W ten sposób utrwalają się te nieprawdy, i zostają one wszczepiane do naszej świadomości, jako fałszywy obraz prawdy historycznej, który w tym wypadku przyniósł wielka krzywdę Kościołowi w Polsce, zubożył nasza świadomość i wiedzę o Bożej Opatrzności nad naszym Narodem, przyczynił się do skarłowacenia poczucia naszej godności narodowej.
Nie ma problemu z ustaleniem prawdy o śmierci ks. Ignacego Skorupki. Na tej stronie  pisaliśmy o tym tutaj:
http://cud1920.pl/1586/smierc-ks-ignacego-skorupki-na-polach-ossowa

Nie ma problemu z ustaleniem okoliczności śmierci ks. Ignacego Skorupki pod Ossowem w dniu 14 sierpnia 1920r. Brakuje tylko dociekliwych i uczciwych badaczy, którzy nie patrząc na osobiste korzyści i zagrożenie swojej kariery, będą zdolni przeciwstawić się narosłym manipulacjom i kłamstwom pomniejszającym czyn i zasługę ks. Skorupki i bohaterskich, młodocianych ochotników, którzy w Bitwie pod Ossowem 14 sierpnia 1920r., obronili Warszawę przed atakami najbardziej zajadłych i doświadczonych czerwonoarmiejców z 27 „Żelaznej Dywizji” Władymyra Putny.
(Płaskorzeźba Franciszka Sługockiego z pomnika ks. Ignacego Skorupki przy Łódzkiej Archikatedrze. Foto Copyright © Czesław Wójcik – Uglis)

Na koniec wróćmy jeszcze, do tego zuchwałego kłamstwa Władysława Poboga – Malinowskiego. Warto zauważyć, że ten kłamliwy tekst Poboga – Malinowskiego jest bardzo podobny do tych machinacji, jakie w tej sprawie zastosował również mjr Bolesław Waligóra.

Najpierw Waligóra: W swoim opracowaniu „Bitwa Warszawska 1920 Bój pod Ossowem i Leśniakowizną w dniu 14 VIII 1920.”, Warszawa 1932, reprint, bez numeracji stron,  (omawianym na tej stronie, zob. zakładka „Manipulacje Waligóry i Poboga – Malinowskiego”), kończąc swój zmanipulowanym opis Bitwy pod Ossowem, kwestionuje on najpierw datę 15 sierpnia jako datę przełomu w Bitwie Warszawskiej. Stwierdza, że tylko w pewnych sferach społeczeństwa istnieje przekonanie o przełomie zaistniałym w tym dniu. Stwierdzenia tego nie uzasadnia. (tamże, przedostatnia strona tekstu).
Dalej jest fałszywa troska Waligóry o sławę dla ks. Skorupki, cyt.: „Szkoda jednak dla legendy, że natarcie, w którym poległ ks. Skorupka, załamało się i nie doprowadziło do odrzucenia wroga.” (Tamże, ostatnia strona tekstu).
Kończy natomiast swoje opracowanie zdaniem, cyt.: „Sadzę jednak, że nie należy wyolbrzymiać znaczenia boju pod Ossowem oraz czynu ks. Skorupki, gdyż tym uwłacza się pamięci tego bohaterskiego księdza.” (Tamże, ostatnie zdanie na ostatniej stronie, podkr. – CWU).

W bardzo w podobny sposób Pobóg – Malinowski wyraża swoja fałszywa troskę o dobre imię ks. Skorupki. Jeszcze raz ten kłamliwy fragment: ”Legenda przedstawia go jako idącego z krzyżem w ręku w pierwszej linii atakujących żołnierzy. W rzeczywistości – zginął śmiercią jeszcze bardziej godną kapłana; ugodzony bowiem został kulą w chwili, gdy pochylony nad ciężko rannym żołnierzem udzielał mu ostatnich pociech religijnych. Stało się to 14 sierpnia, w szeregach 236. pułku, pod Ossowem, w pobliżu Wołomina.” (W. Pobóg – Malinowski, op. cit, s. 507 w przypisie, podkr. – CWU).

Ten styl jest dobrze znany. Często słyszany jest z ust mizdrzących się do Kościoła , i częstokroć uwiarygodniających się w Kościele osobników, którzy z uśmiechem na ustach, i w białych rękawiczkach, zadają Kościołowi i Narodowi ciosy groźniejsze, niż pospolici wrogowie Kościoła.
Skutki tych manipulacji; mjr Bolesława Waligóry i Władysława Poboga – Malinowskiego, dla naszej wiedzy i świadomości historycznej, narodowej, i dla Kościoła, są ogromne.

Czesław Wójcik – Uglis
Ten tekst będzie jeszcze poprawiany i uzupełniany

Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata – Stanisława, Stefan i Jan Trzcińscy ze wsi Skwary, na Środkowym Mazowszu

Uglis – to nazwisko rodowe mojej Matki, kresowego pochodzenia. Natomiast mój Ojciec – Piotr Wójcik – urodził się we wsi Skwary, w Parafii Naruszewo, w Dekanacie Płońskim – obecnie Diecezja Płocka.
W 1940 roku udało się naszej rodzinie wydostać z pod okupacji sowieckiej na Wołyniu, i trudny czas II Wojny Światowej przeżyć w rodzinnej wsi ojca – w Skwarach.

W roku 1943 byli blisko dramatycznych wydarzeń w rodzinie matki mego ojca, czyli mojej babci – Stanisławy, z domu Trzcińska.
Bratem babci Stanisławy był Franciszek Trzciński, który ożenił się ze Stanisławą Kołodziejską. W dalszej części tej relacji będzie ona występować jako Stanisława Trzcińska.
Franciszek Trzciński zmarł w 1941 roku, pozostawiając wdowę Stanisławę z dwoma synami: Stefanem – urodzonym w 1921 roku i młodszym Janem – urodzonym w 1924 roku. Utrzymywali się z pracy na swojego niedużego gospodarstwa. Nasza rodzina dobrze ich znała, utrzymywane były wzajemne serdeczne kontakty. W rodzinnym przekazie została zapamiętana dobra opinia o Stanisławie Trzcińskiej, jako o osobie bardzo serdecznej i gościnnej, nieodmawiającej pomocy i wsparci nikomu, kto o to poprosił.

50% Dyplom - Yad Vashem - SCALONY - wyostrzony 50%Dyplom Żydowskiego Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie dla Stanisławy, Stefana i Jana Trzcińskich ze Skwar na Mazowszu

Wiosną 1943 roku uciekło z żydowskiego getta w Płońsku, odległego od Skwar o około 10 km., dwóch młodych Żydów nazwiskiem Kleinbaum. Rodzina Kleinbaumów była znana Trzcińskim jeszcze sprzed wojny, kiedy to stary Kleinbaum zajeżdżał do nich ze swoimi synami, zajmując się obwoźnym handlem.
Młodzi uciekinierzy z getta, przedostali się na znane sobie okolice Płońska, i zaczęli, zajmować się ponownie handlem. Poprosili Trzcińskich o przechowanie swoich rzeczy. „Nie nocowali u nas – mówił o tym później Jan Trzciński – tylko przychodzili i odchodzili. Mama szykowała im jedzenie i dawała. Zostawili u nas swoje rzeczy, bo wiedzieli, że im nic nie zginie. […] To trwało od wiosny aż do dnia, kiedy ich złapali”.

15% Jan Trzciński SEPIAJan Trzciński (1924 – 2003) przeżył rodzinną tragedię z roku 1943 dzięki temu, że do końca wojny ukrywał się przed Niemcami, którzy zorientowali się, że popełnili błąd, wypuszczając go po pierwszym przesłuchaniu, połączonym z bestialskim biciem.

15% Stanisława Trzcińska SEPIAStanisława Trzcińska (ur. około 1900 r. – zginęła w 1943) z domu Kołodziejska – matka Stefana i Jana. Była przetrzymywana w obozie przejściowym w Pomiechówku – Fort III, dawnej twierdzy Modlin. Fort III w czasie niemieckiej okupacji był katownią tysięcy Polaków i Żydów z rejony Mazowsza.
Na początku grudnia 1943 roku została odłączona od transportu do obozu w Mauthausen i ślad po niej zaginął. W pamięci tych, którzy ją znali, pozostała jej niezwykła serdeczność, gościnność i dobroć – tak często spotykana, w pokoleniach tamtego czasu.

15% Stefan Trzciński SEPIAStefan Trzciński ( 1921 – 1943) syn Stanisławy i brat Jana. Bohaterski Stefan próbował osłaniać matkę i brata – wziął na siebie cała „winę” zeznając, że to on sam udzielał pomocy Żydom, bez wiedzy matki i brata.
Przetrzymywany był również w obozie przejściowym w Pomiechówku – Fort III. W listopadzie 1943 roku został powieszony w pokazowej egzekucji z sześcioma innymi skazanymi za pomoc udzielaną Żydom. Ekshumowany po wojnie przez brata, pochowany na cmentarzu parafialnym w Naruszewie.

W roku 1997 w Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta Płońska została zapisała relacje Jana Trzcińskiego z tych dramatycznych wydarzeń, i opublikowana w serii: Wywiady Pracowni, Zeszyt VII, Płońsk, styczeń 2001, red. Mirosława Krysiak.

Zapraszam do tej niezwykłej i wstrząsającej lektury, w której został zachowany żywy, prosty i dynamiczny język Jana Trzcińskiego. Słyszałem tą relacje z ust Jana dwukrotnie.
W tym miejscu należą się wielkie podziękowania Pani Mirosławie Krysiak i współpracownikom, za włożony trud i dopilnowanie, aby ten, i inne podobne zapisy z dziejów Ziemi Płońskiej, zostały uratowane przed zapomnieniem.
Osobne słowa wdzięczności i dobrej pamięci, należą się nieżyjącemu już prokuratorowi Bielawskiemu z Warszawy, który z własnej inicjatywy podjął się zgłoszenia rodziny Trzcińskich do odznaczenia w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie. Jan Trzciński wspominał go z wielkim szacunkiem i wdzięcznością, podkreślając jego niezłomność w przeprowadzeniu tej sprawy. 

okładka str 1przycieta, wyostrzonaPrawa zastrzeżone - rozszerzone, do drukuZgoda na publikację do drukustr 1 do drukustr 2 gotowastr 3str 4str 5str 6str 7str 8str 9str 10str 11
SYMBOLICZNE SPOTKANIE TRZECH NARODÓW
Tyle Jan Trzciński. Odsuwając na bok emocje, i patrząc na to wydarzenie z perspektywy minionego czasu, trudno nie zauważyć, obok wielu aspektów tej sprawy, także i jej symbolicznej wymowy.
Oto, na tle wielkich dramatów Europy i Świata tamtego czasu, pojawia się z pozoru mały, ale wymowny epizod ze Skwar w 1943 roku. Niby w mikroskopijnym pomniejszeniu widać spotkanie trzech narodów, i każdy z nich uzewnętrznia jakąś swoją charakterystyczna cechę, zapisaną w tym wydarzeniu.
Najpierw polska gościnność i gotowość pomagania wszystkim potrzebującym. Patrząc z poziomu ludzkiej egzystencji, zdawałoby się, że posunięta aż do granic rozbrajającej naiwności, i nie zważania na swoje bezpieczeństwo.
Oto również żydowska skłonność do handlu, za każdą cenę i w

 

 

 

 

każdych okolicznościach – aż poza granice utraty własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa swoich bliskich, którzy im zaufali.
Wreszcie, ponad tym wszystkim; niemiecka buta i pycha w działaniu; realizowana jako przynależna im racja nadludzi (Ubermenschen) – panów i władców ludów, narodów i państw – przekraczającą granicę zbrodni na skalę dotąd niespotykaną w ludzkiej historii.
I wszyscy byli młodzi – jak mówił o tym po latach Jan Trzciński; młodzi byli Żydzi, młodzi Niemcy w mundurach gestapowców, i młodzi bracia Trzcińscy – Stefan miał 22, a Jan 19 lat. I tylko starsza – nieco ponad 40 lat – ich szlachetna, i pełna miłości do ludzi matka – Stanisława Trzcińska – brutalnie obita po twarzy przez zwyrodniałego młodego Niemca.
Oto, jeszcze jeden, symboliczny obraz ziemskiej konfrontacji dobra i zła; dobroci i miłości zakorzenionej w Bogu, i szatańskiej złości i nienawiści do człowieka.

CO DALEJ Z TYM CIĘŻAREM, I Z TĄ OFIARĄ?
Gdybyśmy zatrzymali się tylko na ludzkich ocenach tego wydarzenia, to otrzymalibyśmy obraz taki, jaki jest przedstawiony wyżej, we fragmencie „SYMBOLICZNE SPOTKANIE TRZECH NARODÓW”.
Na szczęście; żaden człowiek i żaden naród, nie musi być
zdeterminowany swoimi słabościami i złem, na które jest skazany w samotnym zapatrzeniu na siebie.
Wyjaśnienie tej wielkiej tajemnicy ludzkiej egzystencji i wychodzącej naprzeciw niej Bożej Łaski, pozostawiam czystym w myślach i intencjach teologom oraz prawdziwym nauczycielom narodów i Kościołowi.

PAMIĘTAĆ, ALE WYBACZYĆ I OFIAROWAĆ BOGU
W tym miejscu właściwym będzie zacytowanie fragmentu z deklaracji  Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, złożonego uroczyście w Krakowskich Łagiewnikach 19 listopada 2016 roku, cyt.:
W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie [Jezu Chryste Królu – CWU]  wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.”

MODLITWA ZA RODZINĘ ULMÓW I WSZYSTKICH, KTÓRZY ODDALI ŻYCIE ZA POMOC NIESIONĄ ŻYDOM W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ

Boże Wszechmocny! Przyjmij i uświęć ofiarę krwi Rodziny Ulmów, którzy oddali swe życie za ratowanie Żydów podczas II Wojny Światowej. Przyjmij i uświęć także ofiarę kilkunastu tysięcy Polaków, którzy zginęli podobnie jak Rodzina Ulmów, niosąc Żydom braterską pomoc w trudnym czasie wojny. Zważ również na  szlachetną, pełną miłości postawę kilkuset tysięcy Polaków, którzy nie zważając na zakazy niemieckiego okupanta, z narażeniem własnego życia i swych rodzin, ratowali Żydów przed zagładą.
Przez wzgląd na niewinną krew obu Narodów, wzbudź Sprawiedliwych wśród Żydów, którzy w prawdzie i miłości będą budować braterskie relacji z Polakami, i innymi Narodami Świata. Amen.

Czesław Wójcik – Uglis, z Rodziny Stanisławy i Stefana Trzcińskich – poległych za pomoc Żydom, i Jana Trzcińskiego – odznaczonych medalem” Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie)

KRÓTKI POEMAT – „ŻYCIE ZA ŻYCIE”
Prolog
Europo !
Pisze do Ciebie list
Z nad wiślanego brzegu Mazowsza
Gdzie historia opatruje swe rany
Wpatrzona w nurt mijającego czasu

Czy pamiętasz jeszcze ten język
Co nie splamił się kłamstwem
Czy potrafisz odczytać
Testamenty krwią zapisane

Życie za życie
Trzeba wspomnieć rodzinę Ulmów
Zginęli wszyscy za ratowanie Żydów
Tak jak na moim Mazowszu
Rodzina Janka Trzcińskiego

W rękach młodych esesmanów                                                                                       Połamały się na ich plecach
Drewniane trzonki łopat
(w zaniku pamięci i w postępie integracji,
nie pomyl niemieckich oprawców z polskimi chłopami)

Stefanowi
I innym włościanom z Mazowsza
Urządzono uroczyste wieszanie nad Wisłą
Za staropolska gościnność i dobroć
Za pomoc niesioną Żydom

Bóg zachował przy życiu Janka
Aby był świadkiem tamtych wydarzeń
Otrzymał za to medal
A że był sprawiedliwy
Wszyscy we wsi wiedzieli
Więc na pociechę mu dołożono
Trzydzieści dolarów na miesiąc
I milionowe nakłady książek
Z paszkwilami Jana Tomasza Grossa

Stanisława
Ich Matka
(najlepsza chłopka na Środkowym Mazowszu
która nigdy nikomu nie odmówiła gościny)
Przysłała ostatnią wiadomość z drogi do Obozu w Mauthausen
Później w nieznanych okolicznościach
Dołączyła do milionowych ofiar Nieznanego Imienia

Zamiast epilogu
Jeśli przypadkiem
poczujesz wilgoć
ściśniętej garści tej ziemi
to wiedz
że dotykasz świętości
bo może są to łzy
lub krew
co nie wysycha przez wieki

Stanisława, Stefan i Jan Trzcińscy – matka i dwaj synowie ze wsi Skwary, Parafia Naruszewo, Dekanat Płoński w Diecezji Płockiej – odznaczeni medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata Żydowskiego Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie. Kuzyni autora tekstu, ze strony matki jego ojca.
Czesław Wójcik – Uglis

Paralele: Jasna Góra 1655 – Warszawa 1920.

TO JEST WAŻNY WPIS, KTÓRY RZUCA ŚWIATŁO NA SPRAWĘ CUDU NAD WISŁA W 1920 ROKU, PRZEZ ANALOGIĘ DO CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W 1655 ROKU.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części opracowania „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku”; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Szukanie podobieństw w historii może okazać się zajęciem ryzykownym, jeśli uznamy, że historia jest tylko grą ludzkich namiętności, czynników zewnętrznych i tak zwanych przypadków.

Jeśli jednak doznaliśmy łaski wiary w Boga, to i wierzymy w Jego Opatrzność nad człowiekiem i jego dramatyczną historią.
Nie oznacza to bynajmniej, że Bóg jest wyłącznym sprawcą ludzkiej historii. Z tego, co wiemy, (chociaż nie wiemy wszystkiego), człowiek został obdarzony przez Boga wolną wolą – czyli możliwością działań z własnego wyboru – przynajmniej w zakresie własnych, ludzkich możliwości. Może więc, być sprawcą (lub współsprawcą), wydarzeń przez działanie samodzielnie, albo we współpracy z Bogiem, lub z szatanem.
Samodzielne działanie człowieka zdarza się rzadko. Jeśli więc człowiek odmawia współpracy z Bogiem – to puste miejsce po Bogu, szybko zajmuje szatan.
Ostatecznie można dokonać skrótu; że sprawcą działań w historii jest człowiek we współpracy z Bogiem, a gdy Boga odrzuca, to we współpracy z szatanem.

To krótkie wprowadzenie powinno dopomóc nam do zauważenia zdumiewających podobieństw pomiędzy tym, co wydarzyło się w grudniu 1655 roku pod Jasną Górą, i tym, co działo się pod Warszawą w sierpniu 1920 roku.

Franciszek Kondratowicz - obleżenie Jasnej Góry 1655 - przyciety

                                                        Jasna Góra 1655

1. Mimo prawie trzechsetletniego odstępu czasu, podobieństwo sytuacji militarnej, i zagrożenia bytu państwowego i narodowego w roku 1655 i 1920 było podobne; szybkie postępy wojsk nieprzyjacielskich; brak widocznych sukcesów wojsk polskich; zajmowanie ogromnych obszarów Państwa Polskiego przez nieprzyjaciela; brak widoków na zmianę sytuacji, postępujący marazm i upadek ducha walki po polskiej stronie.

2. Podobieństwo proporcji sił: Pod Jasną Górą załoga szwedzka, w grudniu 1955 roku, ponad dziesięciokrotnie przeważała liczebnością jasnogórskich obrońców; ponad trzy tysiące wojsk szwedzkich i niecałe trzystu obrońców Jasnej Góry. Siła ognia artyleryjskiego była podobna po obu stronach.
Pod Warszawą (ściślej na obszarze Przedmościa Warszawskiego), w połowie sierpnia 1920, liczebność wojsk obu stron była podobna, mniej więcej w stosunku liczbowym 1do 1.
Ale na początku bitwy istniała ogromna różnica taktyczna na korzyść bolszewików – chodzi o „bitewne rozgrzanie”, o duchu walki i bojowe doświadczenie – co dobrze widać na przykładzie Bitwy pod Ossowem w dniu 14 sierpnia, gdzie źle uzbrojeni i niewyszkoleni młodociani ochotnicy stanęli naprzeciw, doświadczonych i rozjuszonych wizją bliskiego zdobycia Warszawy czerwonoarmistów.
Zupełnie źle wyglądał w tym czasie stosunek sił na północny – zachód od Warszawy, gdzie w kilkudniowej Bitwie nad Wkrą jedna armia Polska powstrzymała skutecznie atak trzech armii bolszewickich, z proporcja sił 1 do 3 na korzyść bolszewików.
Dla ścisłości trzeba dodać, że dużo lepiej ułożyła się proporcja sił w polskiej kontrofensywie znad Dolnego Wieprza, a sukcesy tego polskiego kontruderzenia są ponad miarę przypisywane Józefowi Piłsudskiemu, który w tym czasie de facto nie był ani Naczelnym Wodzem Wojska Polskiego, ani Naczelnikiem Państwa. 

3. Wrogi stosunek nieprzyjaciela do Kościoła i religii, szczególnie do religii katolickiej. Niewiele jest różnic w zachowaniu Szwedów i bolszewików w czasie swoich ekspansji na Polskę. Jeśli nawet czasami Szwedzi nie dorównywali ilością bluźnierstw i zniszczeń późniejszym atakom bolszewików na religię, kościoły, kapłanów i zakonnice, to powstrzymywali się przed tym ze względów praktycznych. Król Gustaw zalecał pewną powściągliwość w tej sprawie, aby nie pobudzić do wrogości całego narodu polskiego przeciw Szwedom.

4. Gorąca modlitwa była obecna w czasie obrony Jasnej Góry w 1655 roku, jak i w roku 1920 pod Warszawą.
Modlitwie obrońców Jasnej Góry jest poświęcony osobny wpis, będący częścią tego opracowania (zob. „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – cześć III: Modlitwa”, niżej na stronie głównej, lub w zakładce „Jasna Góra”).
Natomiast żarliwa modlitwa Polski w sierpniu 1920 roku była już wspominana na tej stronie. Szczegółowe opracowanie na ten temat jest w przygotowaniu.

Jerzy Kossak - Cud nad Wisłą                                                 Warszawa 1920

5. Uderzająca niezłomność obrońców Jasnej Góry 1655 i Warszawy 1920.
Opis waleczności jasnogórskiej załogi pojawia się w całym niniejszym opracowaniu (szczególniej polecam „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – cześć II: Walka” niżej na stronie głównej, lub w zakładce „Jasna Góra”).
Niezłomna postawa obrońców Przedmościa Warszawy w 1920 roku, została przedstawiona na przykładzie waleczności młodocianych ochotników z pod Ossowa (zob. na tej stronie: „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży – cześć IV: Wyśmiewanie bohaterskich obrońców”, w zakładce „Ossów”). Ale Ossów i jego obrona to tylko jeden z bardzo wielu przykładów bohaterstwa polskich żołnierzy w tej wojnie.

6.Religijna pieśń i słowa Pisma Świętego nad polem bitwy. W czasie oblężenia Jasnej Góry, z wieży kościoła rozlegała się muzyka i pieśń religijna, która unosiła się daleko ponad polem bitwy. Podnosiła ona na duchu obrońców i bardzo frustrowała atakujących Szwedów (zob. „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część III: Modlitwa”, poniżej na tej stronie, lub w zakładce „Jasna Góra”). Natomiast w roku 1920, w najbardziej krytycznym czasie bitwy, polskie radiostacje pozostające na podsłuchu radiowych rozmów i nadawanych wojennych komunikatów Armii Czerwonej, stosowały zagłuszanie tych rozmów przez głośne odczytywanie fragmentów Pisma Świętego, nakładanych na rozmowy rosyjskie, w celu ich zagłuszenia.

7. „Dziwne przypadki” 1655 i 1920. Sprawie niezwykłych zdarzeń, układających się w serie pomyślnych okoliczności dla obrońców Jasnej Góry w 1655 roku, poświęcony został w tym opracowaniu osobny wpis. (Zob. „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Dziwne „przypadki””, niżej na tej stronie, lub w zakładce „Jasna Góra”).
W nie mniejsze zdumienie wprawia badacza Cudu nad Wisłą ciąg niezwykłych, niby to przypadkowych, wydarzeń w czasie Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Zauważyło to wielu autorów zajmujących się tą sprawa w sposób bezstronny.

Sprawa ta wymyka się z możliwości oceny, a nawet zdolności zapisu faktograficznego tych wydarzeń, tym badaczom, którzy posługują się tzw. myśleniem racjonalnym, wolnym (jak sami mówią) od wszelkiej mistyki i nieracjonalności, bo w ich mniemaniu racjonalność przysługuje tylko tym, którzy mają w tej sprawie rację; przez przyjęcie tezy o takiej racji.
A jeśli nie zgadza się to z faktami, to tym gorzej dla faktów, które po prostu są pomijane (oto i cała prawda o racjonalizmie i racjonalistach).

A fakty są w tej sprawie nie do podważenia. Chyba najbardziej znaczącego ich zestawienia dokonał kapitan Franciszek Adam Arciszewski – późniejszy generał – który latem 1920 roku był szefem sztabu 18 Dywizji Piechoty. Dywizja ta odegrała znaczącą rolę w Bitwie nad Wkrą, a tym samym w całej Bitwie Warszawskiej.
F. A. Arciszewski jest autorem książki „Cud nad Wisłą – rozważania żołnierza”, wydanej w Londynie w 1957 roku, i jak dotąd niewydanej w Polsce, i tak samo trudno osiągalnej jak chociażby analizowana na tej stronie publikacja Mieczysław Słowikowskiego o okolicznościach śmierci ks. Ignacego Skorupki i Bitwie pod Ossowem, czy niezwykle rzadko osiągalne opracowanie Kazimierza Konarskiego „O uczniu – żołnierzu”, wydane w 1922 roku i niewznowione od tego czasu.

Sprawa „dziwnych przypadków” w czasie Bitwy Warszawskiej 1920, nie była jeszcze szczegółowo analizowana na tej stronie. Zainteresowanych czytelników odsyłam do wspomnianej wyżej książki F.A. Arciszewskiego, w której autor zadaje pytanie: „Ile było w bitwie pod Warszawą 1920 r. „przypadków”, którymi „los” nas obdarzył? i wymienia siedem takich niezwykłych, a pomyślnych dla strony polskiej, zdarzeń.
Dzisiaj, gdy od czasu opublikowania przez Arciszewskiego tej cennej pozycji, więcej wiemy o roku 1920, trzeba doliczyć jeszcze kilka takich zdumiewających zdarzeń, które według racjonalnego myślenia nie powinny były się wydarzyć. A należy do nich, między innymi, niezłomny opór młodocianych ochotników z pod Ossowa – gdzie najsłabsi w Armii Polskiej – pokonali najsilniejszych w Armii Czerwonej (zob. na tej stronie zakładka „Ossów”).

8. Ukazywanie się Najświętszej Maryi Panny. Zarówno w czasie oblężenia Jasnej góry w 1655r., jak i pod Warszawą w 1920 roku, miały miejsce niezwykłe fenomeny związane z ukazywaniem się NMP. Charakterystyczną cechą w obu przypadkach był fakt, że Matka Boża ukazywała się tylko żołnierzom wroga. Polacy tych pojawień nie widzieli, i dowiadywali się o nich później od tych, z którymi walczyli.

Ukazywanie się NMP na Jasnej Górze w czasie szwedzkiego oblężenia zostało przedstawione w tym opracowaniu, we wpisie: „Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Ukazywanie się NMP – świadectwa szwedzkie i polskie”, poniżej na stronie głównej, lub w zakładce „Jasna Góra”.
Zostały one dobrze udokumentowane w pamiętniku Ojca Augustyna Kordeckiego oraz przez Stanisława Kobierzyckiego w jego „Obsidio clari montis”.
Obydwa te dwa cenna źródła z tamtego czasu, w wiarygodny i szczegółowy sposób przekazały prawdę o niezwykłym wsparciu Nieba dla obrońców Jasnej Góry w 1655 roku.
Niestety, gorzej przedstawia się sprawa udokumentowania pojawień się Matki Bożej nad polem bitewnym pod Warszawą w 1920 roku. Pomimo wielu informacji pochodzących od jeńców rosyjskich wziętych do niewoli, którzy twierdzili, że widzieli jak Matier Bożja (Matka Boża) osłaniała polskie szańce i widoczną na horyzoncie Warszawę, to jednak nie nastąpiło wiarygodne udokumentowanie tych informacji, mimo, że w tym czasie w polskiej niewoli przebywało wielu rosyjskich świadków tych pojawień.

Także i metropolita warszawski kardynał Aleksander Kakowski wspominał, że słyszał z ust bolszewickich jeńców, których spotkał w czasie odwiedzin w szpitalu, że bali się oni Matki Bożej (Matier Bożja), pojawiającej się nad linią walk.
Jednak po zakończeniu wojny Kuria Metropolitalna Warszawska nie podjęła kanonicznych badań, nad tymi publicznymi pojawieniami się Najświętszej Maryi Panny.
To zaniedbanie przyniosło wielkie straty dla Kościoła i Kultu Bożego już w II Rzeczpospolitej, umożliwiając Józefowi Piłsudskiemu i Jego obozowi przypisywanie sobie niemalże całej chwały wynikającej z zwycięstwa w sierpniu 1920 roku.

To właśnie z tego powodu nie pozostawiono także miejsca dla świętej i chwalebnej ofiary ks. Ignacego Skorupki, a czyn warszawskiej młodzieży w Bitwie pod Ossowem został świadomie i niegodziwie pomniejszony, bo mogłoby to oznaczać, że to nie geniusz Wodza, ale sam Bóg był współautorem tego sukcesu. (zob. na tej stronie opracowanie „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył zasługi ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży”, zakładka „Ossów” oraz „Ignacy Skorupka”).

9. Przełom w wojnie 1655 i 1920 roku. Obydwa porównywane wielkie historyczne wydarzenia posiadają także i takie podobieństwo, że za ich przyczyną nastąpił przełom w toczących się wojnach.
Obrona Jasnej Góry w czasie potopu szwedzkiego przyczyniła się do pobudzenia nadziei w możliwość obronienia się Polski własnymi siłami.
Bitwa Warszawska, a szczególnie pierwsze polskie zwycięstwo, po sześciu tygodniach polskich niepowodzeń na Froncie Północno – Wschodnim i dziesięciu tygodniach na Froncie Południowo – Wschodnim, w całodziennej Bitwie pod Ossowem, w wigilię Wniebowzięcia NMP w sobotę 14 sierpnia 1920 roku oraz zwycięstwa z dnia następnego, przyczyniły się do całkowitego przełomu w całej wojnie polsko – bolszewickiej 1919 – 1920. 

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA opinia, wspomnianego wyżej, gen. Franciszka Adama Arciszewskiego o Cudzie nad Wisłą, która doskonale korespondują z cytowanymi w tym opracowaniu słowami Przeora Klasztoru Jasnogórskiego – Ojca Augustyna Kordeckiego o cudownej pomocy Matki Najświętszej w obronieniu klasztoru przed Szwedami:
„Przy całym szacunku i wdzięczności, jakie winniśmy naszym przywódcom wojskowym i cywilnym i poszczególnym żołnierzom za ich wielką pracę fachową, za ich trud i nieszczędzenie swego życia dla Ojczyzny, musimy uznać, że bez natchnienia Bożego w chwilach pobierania ważnych decyzji i bez pomocy Bożej na polu bitwy nie byliby w stanie wygrać bitwy pod Warszawą 1920 r. w tak szybki i tak decydujący sposób. Wydaje się więc, że popularne w Polsce nazwanie zwycięstwa tego CUDEM NAD WISŁĄ ma swoje uzasadnienie. A słowa modlitwy naszej, wyrażające wiarę w to, że Bóg przez tak liczne wieki osłaniał Polskę „ tarczą Swej opieki od nieszczęść, które przygnębić ja miały”, mają – w odniesieniu do omawianej bitwy pod Warszawą 1920 roku – poważne oparcie o fakty historyczne”.
(F. A.  Arciszewski, „Cud nad Wisłą”, Londyn 1957, s. 189)
.
Ten tekst będzie jeszcze poprawiany i uzupełniany.
Czesław Wójcik – Uglis

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część V: Ukazywanie się NMP – świadectwa szwedzkie i polskie.

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Ten wpis odsłania tajemnicę cudownej obrony Jasnej Góry.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części tego opracowania; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

ŚWIADECTWA POLSKIE I SZWEDZKIE O CUDOWNEJ OBRONIE JASNEJ GÓRY
Ojciec Augustyn Kordecki, który z jasnogórską załogą, obronił klasztor przed Szwedami, dokonał jeszcze dwu bardzo ważnych rzeczy: opisał dokładnie przebieg walk o Jasną Górę i spisał świadectwa wskazujące na cudowną pomoc Nieba w czasie oblężenia.

Określenie „cudowna pomoc nieba” może wydać się dla niektórych umysłów zaprawionych racjonalizmem i tak zwana „nowoczesnością” – zwłaszcza dla „autorytetów” otaczających się aurą omnipotencji, za którą kryje się najczęściej próżność i pycha – stwierdzeniem godnym kpiny.
W gronie tym spotykamy, jakże często, również przedstawicieli nauki (tzw. naukawców), wśród których trafiają się także i historycy.
Toteż wiele naukawych poglądów
[ tak, naukawych – nie poprawiać] można znaleźć, zdawałoby się, w poważnych wydawnictwach sygnowanych przez Uniwersytety, czy Instytuty naukowe, gdzie owi naukawcy mają nieskrępowaną możliwość głoszenia swego umysłowego zadufania, często otrzymując za to afirmację i poklask.
Wielu z nich działa świadomie, nie krępując się stosowanym nachalnym kłamstwem i manipulacjami.

Lista przyczyn tego zjawiska jest długa; naukowa pustka, próżność i pycha dopiero ją otwierają…  warto by kiedyś zająć się osobno tymi tumorami, żerującymi na żywym ciele prawdy.

Przykładem tego może być, opisane na tej stronie, pomniejszenie zasług ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży w Bitwie pod Ossowem 14 sierpnia 1920 roku, dokonane przez piłsudczykowskiego dokumentalistę mjr B. Waligórę (zob. na tej stronie zakładka „Ignacy Skorupka” oraz „Negacja CnW”), a w tym opracowaniu przykładem o mniejszym ciężarze gatunkowym jest zacytowany bezimienny tekst ze strony Biblioteki Narodowej, odnoszący się do miedziorytu Jana Bensheimera (zob. część I tego opracowania – „Bibliografia”; niebieski tekst pod miedziorytem).
W sprawie obrony Jasnej Góry 1655, aż roi się od kłamstw i wymysłów owych naukawych „autorytetów” w publikacjach roszczących sobie prawo do naukowej powagi.

Wobec spisanych przez o. Kordeckiego świadectw, o nadzwyczajnej Boskiej pomocy okazanej obrońcom Jasnej Góry, możliwe są tylko dwa stanowiska:
– Stanowisko pierwsze: przyjąć je, i rozważyć rozumem i wiarą na czym polegała ich istota.
Dlaczego rozumem i wiarą? Dlatego, ze rozum może badać tylko udział czynnika ludzkiego w tym wydarzeniu, a wiara może rozpoznawać rolę Czynnika Boskiego, (owa słynna współpraca wiary i rozumu).
-Stanowisko drugie: odrzucić te informacje i ich nie przyjmować. Ale w takiej sytuacji trzeba by udowodnić, że Ojciec Kordecki nie napisał w swym pamiętniku prawdy, lecz wymyślił podane fakty; nazwiska świadków oraz ich świadectwa.
Jak dotąd nikt nie udowodnił, że opisane przez o. Kordeckiego fakty są jego wymysłem. Jest natomiast w tej sprawie dużo kłamstwa, złośliwej kpiny, arogancji i odpornej na fakty naukawości.

Spisane przez Ojca Kordeckiego świadectwa, które pochodzą od Szwedów , jak i od Polaków, mają dzisiaj dla nas pierwszorzędne znaczenie, i na zawsze pozostaną ważnym dowodem stwierdzającym obecność Bożej Ręki w tym niezwykłym wydarzeniu.

Tej sprawie poświęcamy tutaj więcej uwagi, gdyż podobnie wygląda problem negacji Cudu nad Wisłą w sierpniu 1920 roku. A ta niechęć, lekceważenie i manipulacje, będą nasilać się w miarę przybliżania się setnej rocznicy Cudu nad Wisłą – bo tam, gdzie pojawia się Palec Boży, pojawia się też merdający ogon szatana.

Obleżenie Jasnej Góry, ze zbiorów jasnogórskich                        „Oblężenie Jasnej Góry” – obraz z sali rycerskiej na Jasnej Górze

MATKA NAJŚWIĘTSZA UKAZYWAŁA SIĘ GEN. MILLEROWI I SZWEDZKIM ŻOŁNIERZOM.
”Wedle świadectwa samych nieprzyjaciół widoczną jest rzeczą, że Jasna Góra cudownie obroniona została, albowiem pan Grodzicki przywódca artylerii Jego Król. Mości i inny świadczyli, że Miller to jedynie za przyczynę do odstąpienia Jasnej Góry w obozie podawał, że słowy i groźbą twarzą poważnej kobiety, która przed nim stanęła, przerażonym został. Stąd rozeszła się wieść między Szwedami, że Miller przez niewiastę przez mnichów przekupioną oszukany, oblężenia zaniechał.
Powszechna zaś wieść krążyła miedzy ludem, że Jenerał przez kobietę, która mu się ukazała, surowo upomnianym został, ażeby od oblężenia odstąpił, bo inaczej całe jego wojsko ze szczętem zginie.
[Wydaje się, że to zdanie ma cechy wieści ludowej, z ubarwieniami dodawanymi podczas przekazywaniu takiej wiadomości z ust – do ust. Toteż ma ono mniejszą wartość, niż inne świadectwa, opisane w pamiętniku o. Kordeckiego – CWU].

Z tym opowiadaniem zgadzają się listy Dominikanek z Piotrkowa na Jasną Górę do sióstr tamże bawiących pisane, które między innymi i to w sobie zawierały: „Miller z wielką uwagą przypatrywał się tu w naszym kościele Obrazowi Najświętszej Panny Częstochowskiej, a ponieważ tłumacz prosił o podarowanie sobie jakiego małego wizerunku tegoż obrazu, darowano mu takowy, a sam Miller wziął go z ręki tłumacza. Stąd łatwo było wnosić, że Jenerał chciał dostrzec, czy postać którą widział w nocy podobna była do obrazu.”
Toteż same zakonnice
w Piotrkowie opowiadały potem Wielebnemu Ojcu Prowincjałowi, (do którego i Częstochowski Konwent należy), iż Miller odebrawszy z rąk tłumacza wizerunek w te słowa się odezwał: „Wcale nie jest podobny do owej dziewicy, która mi się ukazała; bo niepodobną jest rzeczą widzieć równą na ziemi. Coś niebieskiego i boskiego, czymem się nadzwyczaj przestraszył, jaśniało na jej wspaniałym obliczu.
Wracam znowu do listu w którym dalej stało: „Twierdzili i to Szwedzi: że niektórzy z nich widzieli kobietę na murach działa celującą i obrońcom na wałach stojącym potrzebnego oręża własną ręką dostarczającą; a kamieniarzom robiącym podkopy i łamiącym skałę ukazał się sędziwy starzec, który ich napominał, aby próżną porzucili pracę, której nawet w siedmiu latach nie dokonają. Tymi więc widzeniami przestraszeni, od dalszego oblężenia odstąpili.” To słyszał także od Szwedów Pan Aleksy Strzałkowski i pod sumieniem przed Ojcami zeznał. (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa, 1982, s. 86 – 87).
Jak okaże się w następnym fragmencie pamiętnika o. Kordeckiego, wspomniany „Sędziwy Starzec” to nikt inny, jak św. Paweł Pustelnik, założyciel Zakonu Paulinów i patron Jasnej Góry.

DALSZE ŚWIADECTWA O UKAZYWANIU SIĘ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I ŚW. PAWŁA PUSTELNIKA SZWEDZKIM ŻOŁNIERZOM.
”Pani Jadwiga Jaroszewska opowiadała podobnież, że widziała postać sędziwego starca, który ją pocieszał nadzieją, że Bóg wkrótce swoje zmiłowanie okaże, a nieprzyjaciel odstąpi od oblężenia Jasnej Góry. Wśród tego widzenia Ojciec, (którego nazwała po imieniu), sprawował Świętą ofiarę w białym ubraniu przy ołtarzu w kącie stojącym, po prawej ręce od wschodu do kościoła. Starca nie mogliśmy brać za kogo innego, tylko za Świętego Pawła, (pierwszego pustelnika i naszego patriarchę), ku czci którego ołtarz ten jest poświęcony.
Jan Więckowski i Maciej Węgierski Szlachta Polska, poświadczyli, że słyszeli opowiadających Szwedów, jako ci widzieli tegoż starca u boku kobiety na murach się pokazującej i pociski szwedzkie odtrącającej.

Zeznał także pod przysięgą Ojciec Błażej Wadowski  Przeor Wieruszowski naszej reguły, iż w domu pewnego mieszczanina Wieruszowskiego przez Szwedzkich Komendantów Jerzego Eichnera i Arensa Lukmana do stołu zaproszony, takie bluźnierstwa z ich ust świętokradzkich słyszał: „Cóż to za czarownica znajduje się w waszym Częstochowskim klasztorze, która niebieską zasłoną odziana z klasztoru wychodziła i po murach się przechadzała niekiedy na ich szczytach spoczywając – na Jej widok nasi z przestrachu padali, tak iż kiedy wychodziła, musieliśmy twarze spuszczać i oczy zasłaniać.”

Toż samo potwierdzali i inni ze starszyzny wojskowej przy stole wówczas siedzący. Z tych dołączali jeszcze niektórzy jak gdyby z wyrzutem: „Wasze mnichy są doskonałymi czarownikami. Otóż naszego towarzysza tak oczarowali, iż od tej chwili w której na kościół wystrzelił, rękę wyciągniętą trzyma i ani mu jej złożyć ani zgiąć na żadną stronę niepodobna; co więcej, cały jakby skostniały ani wsiąść ani zsiąść z konia nie może, podniesioną ręką, jak był z rusznicy mierzył, [postanowiono – CWU] do Leszna odesłać.”

Dodał nadto wspomniany Przeor, że jak przedtem Szwedzi wszetecznymi usty rzucali bluźnierstwa na Najświętszą Pannę, tak po ustąpieniu z pod Częstochowy łagodniejszymi się stali i nic już podobnego od nich nie słyszano.

Pan Mikołaj Bielawski z Ruska opowiadanie Szwedów własnoręcznie ku wiecznej pamięci w następujący sposób opisał: „Żołnierze z oddziału Sadowskiego, który w wojsku Szwedzkim był pułkownikiem, wracając z pod Jasnej Góry, przybyli do mojej wsi, zwanej Golina. Gdym się ich raz u mnie goszczących pytał: co się działo w Częstochowie i jak się im powodziło pod Górą tak licznym wojskiem otoczoną? odpowiadali: że często im się ukazywała jakaś osoba w białej szacie z klasztoru wychodząca i dobytym mieczem obozowi Szwedzkiemu grożąc, natychmiast deszcz padał. Dowiedziano się od straży samych, że czterdziestu żołnierzy tym okropnym widzeniem przestraszonych życie straciło.”

Kiedy tegoż szlachcica wspomniani żołnierze z obowiązku i grzeczności powtórnie odwiedzili, opowiadali: „Że sami widzieli kobietę w niebieską szatę odzianą, przeciw której, gdy dwóch braci Ślązaków, rodem z Gerlachowej, nazwiskiem Dudziczowie strzelby swe celowali, jednemu z nich tak do twarzy kolba przylgnęła, iż jej żadną miarą oderwać nie było można i chirurg ją wyrznąć musiał, drugi zaś stwardniał na ciele jak kamień; wojsko Szwedzkie zabrało ich z sobą.” Zeznanie to stwierdził z przysięgą, a rzeczony szlachcic skreślił je i przesłał Jasnogórskim.

Pan Strzałkowski, o którym już wyżej mówiono, maż uczony i poważny, mieszkaniec Wielkopolski, świadczył, iż słyszał także od wielu Szwedów, że spostrzegana na murach klasztornych kobieta albo postacią swą ich przestraszała albo też gęstą mgłą otaczała, wtenczas kiedy najbardziej wytężali siły klasztor zdobyć usiłując. O tym samym donosili poważni mężowie i wiarygodni mieszczanie Częstochowy, którzy to Polscy żołnierze z Wolfem przez Szwedów zabrani opowiadali.

Wielu wiary godnych mężów ze Szlachty zeznało: jako miedzy opowiadaniami Szwedów oblężonych to szczególniej uwagi godnego z ich ust usłyszeli: „Często (mówili Szwedzi), gdyśmy się zabierali szturmowania klasztoru burzącymi działami, pokazywała się mgła, którą otoczona góra zwodniczym cieniem wzrok patrzącym łudziła – zdawało się, że góra z klasztorem wysoko w powietrze poszła, dokąd gdy strzały z dział kierowano, pociski do obranego w powietrzu celu zrzucone przenosiły klasztor nie szkodząc mu bynajmniej.
Niekiedy zaś, wśród tej ciemnej i podobnież łudzącej wzrok mgły, widzieliśmy klasztor na niskim pagórku stojący; gdy tedy nasi puszkarze ciemnością złudzeni tak przedstawiający się klasztor na cel brali, kule przed murami twierdzy padały a odbijając się od zmarzłej wtenczas ziemi z wielkim zapędem na powrót leciały”.
(s. 87 – 90).

Na koniec spisywania tych świadectw Ojciec Augustyn Kordecki dodaje:
”Kilka tych cudownych przykładów postanowiłem do oblężenia Jasnogórskiego dołączyć, aby widocznie okazać, że Góra Najświętszej Panny ręką samego Boga obronioną i ocaloną została. Chociażby tedy więcej cudownych wypadków mową lub pismem przez ludzi o tymże oblężeniu głoszonych dochodziło, zechciej wierzyć roztropny czytelniku, że tu nic dla podniesienia sławy Świętego Miejsca sztucznie wyszukanym nie zostało.
Sądziliśmy bowiem, że dosyć jest dla osiągnięcia naszego zamiaru, a co więcej dla zjednania sławy temu Miejscu, jeżeli wiadomym będzie, że Jasna Góra wspierając
się na pomocy Królowej Niebios zwycięsko wszystkie niebezpieczeństwa przebyła.” (s. 90).

Potrzebni są tylko roztropni czytelnicy…

KPINY KRÓLA GUSTAWA Z GEN. MILLERA.
”Miller trapił się niepomału wyrzutami towarzyszy, a szczególniej starszyzny wojskowej, że się dał oszukać kuglarstwom mnichowskim i odstąpił od zdobycia klasztoru; a nawet mówiono, że sam Król Szwedzki przykre mu często czynił wymówki, że jednej klatki, czyli (jak się z szyderstwem wyrażał) kurnika tak sławny wódz, w tak długim czasie, z tak licznym wojskiem zdobyć nie zdołał! Gdy przeciwnie Król, Kraków stolicę Polski w krótszym przeciągu czasu do poddania się zmusił i całe prawie Królestwo pod swoje berło zagarnął.” (s. 96 – 97).

SAMI SZWEDZI O SWOJEJ KLĘSCE W PRZYSŁOWIACH I POWIEDZENIACH.
”Sami już pokonani nieprzyjaciele wystawili dla triumfującej a strasznej dla nich Jasnogórskiej Dziewicy wieczny pomnik zwycięstwa. Gdy bowiem wracali od oblężenia Częstochowskiego klasztoru, ułożyli sobie niektóre uszczypliwe przysłowia, którymi próżność drugich wyśmiewali lub też przechwalających się swoim męstwem trefnisiów karcili: Kiedyś taki wielki rycerz, idź – że zdobyć Częstochowę; a inne znowu przysłowie, którego złorzecząc nienawistnym osobom używali, było: Precz stąd pod Częstochowę!
A nawet poważni mężowie poświadczali, że gdy się pytali Szwedów, co by też myśleli o Częstochowskim klasztorze i jego zdobywaniu, słyszeli często odpowiedź: Częstochowa to grób najdzielniejszych rycerzy! A rzeczywiście nazwać ją mogli skałą, o którą się potęga Króla Szwedzkiego rozbiła i więcej nie powstała.”
(s. 127 – 128).

W podsumowaniu warto zauważyć krótką opinię Józefa Ignacego Kraszewskiego, wyrażoną w powieści historycznej „Kordecki”, że „Wiek XVII był jeszcze zaprawdę u nas wiekiem szczerej i głębokiej wiary.”
Natomiast o Szwedach powiedział, że wiary w Boga już nie mieli. Wierzyli natomiast w czary, których bardziej się bali, niż Boga.
I to nas wprowadza w czasy dzisiejsze; gdy znów wiele narodów Zachodu i Wschodu, zagubiwszy Boga, zatrzymało się przy współczesnej formie czarów; magii, okultyzmie i rożnych odmianach ezoteryzmu, które należą do opanowującej świat cywilizacji śmierci.

Tylko czy dzisiaj wystarczy nam wiary w Boga i Jego Moc, aby przeciwstawić się współczesnemu pogaństwu, i nie dać się zatopić w nadciągającej zagładzie państw, ludów i narodów?

Czesław Wójcik – Uglis
Ciąg dalszy nastąpi

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Dziwne „przypadki”

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części tego opracowania; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Słownik Języka Polskiego określa przypadek jako „zdarzenie, lub zjawisko, których nie da się przewidzieć”. Nie czas i miejsce, aby tutaj roztrząsać nieprecyzyjność tego określenia.

Od strony naukowej zajmuje się tym teoria prawdopodobieństwa, będąca działem matematyki, badającym zdarzenia losowe. I chociaż jej rozwój przyniósł nauce dużo korzyści, na przykład otworzył drogę do rozwoju fizyki kwantowej, to jednak ze względu na pojawianie się licznych paradoksów, teoria ta nie stwarza możliwości wyjaśniania wszystkiego, co dotyczy człowieka na poziomie egzystencji materialnej, a tym bardziej na poziomie jego życia duchowego.

W sferze paranaukowej przeważa pogląd, że coś takiego jak przypadek nie istnieje. Może najdobitniej wyraził to już w starożytności Demokryt: „Ludzie z przypadku uczynili mamidło, którym usprawiedliwiają swą własną głupotę”.
Z trafną intuicją potraktował przypadek Friedrich Schiller: „Przypadków nie ma; to, co jawi się nam jako ślepy traf, pochodzi właśnie z najgłębszych źródeł.” – chociaż mogą pojawić się trudności w ustaleniu, co dla Schillera oznaczają „najgłębsze źródła”?

Trzeba więc, stwierdzić: Nie ma przypadków dziwnych, ani szczególnych, ani przypadków zwykłych, ani niezwykłych – bo nie ma żadnych przypadków. Gdyby były, to byłyby zaprzeczeniem mocy Boga, który jest także Panem przypadków.
Są tylko zdarzenia, których natury nie rozumiejąc, nazywamy przypadkami. Wiele takich zdarzeń znajdujemy w opisie walk, w pamiętniku o. Augustyna Kordeckiego – Przeora Jasnej Góry.

Oblężenie klasztoru jasnogórskiego - obraz ze zbiorów jasnogórskich              „Oblężenie Klasztoru Jasnogórskiego” – obraz ze zbiorów jasnogórskich.

ZNISZCZENIE SZWEDZKIEJ PÓŁKARTAUNY.
Jednym z takich wypadków, które skłaniają do refleksji nad ich naturą i przyczyną, jest cytowany już we wcześniejszych wpisach zniszczenie drugiego działa burzącego; 24 – funtowej półkartauny, która rozpękła się w czasie intensywnej nawały artyleryjskiej na Jasną Górę, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Jeszcze raz odnośny fragment z pamiętnika o. Kordeckiego:

Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.

To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa 1982, s. 77 – 78)
Szwedzi posiadali dwie takie półkartauny. Pierwsza została zniszczona celnym strzałem armatnim z Jasnej Góry 14 grudnia. Tak więc, obydwa, tak niebezpieczne dla jasnogórskiej fortecy ciężki działa przeznaczone do burzenia murów, zostały wyeliminowane z walki. Wyżej opisane zniszczenie drugiej półkartauny może budzić w umysłach mniej wyrobionych zdumienie – a dla dociekliwych i krytycznych – wzmożoną chęć poznania prawdy, o ile będzie ona w całej pełni udostępniona umysłowi ludzkiemu. Bo tam, gdzie „Boży Palec dotyka Ziemi”, nie wszystko jest poznawalne ludzkim rozumem.

UKARANIE BLUŹNIERSTWA I ŚWIĘTOKRADZTWA.
”W […] samą uroczystość Niepokalanego poczęcia N. Panny Maryi żołnierz Szwedzki, zacięty nieprzyjaciel Bogarodzicy, wracając do obozu z Rędzin, wioski Pana Tomasza Przerombskiego, w którego domu bluźnił był bezecnymi usty przeciw czci Najświętszej Panny, poległ przed kościołem Św. Barbary od kuli działowej, innym kierunkiem niż sobie puszkarz [artylerzysta – CWU] zamierzał lecącej i od śniegu odskakującej. Tak tedy poniósł słuszną karę z ręki Boga, jako niegodny oglądać słońca, który Najświętszej Rodzicielce wiekuistej jasności i chwały uwłaczał.” (Tamże, s. 51).

Podobnie zdarzyło się polskiemu żołnierzowi – zdrajcy. W pierwszym okresie szwedzkiego potopu, część Wojska Polskiego przeszła na służbę króla szwedzkiego. Wojska takie wchodziły także w skład korpusu Millera, pełniąc w czasie oblężenia Jasnej Góry na ogół rolę pasywną.
„W tym czasie żołnierz z oddziału wojska Polskiego ugodzony kulą z rusznicy, poniósł karę za to: że przemyśliwał o dopuszczeniu się gwałtu na Miejscu Świętym i zostawił tym samym przykład dla późnej potomności. Ten bowiem ohydną żądzą zysku zapalony, obiecywał sobie i swym współtowarzyszom obfity łup z rozlicznych bogactw Jasnej Góry.
Właśnie w tej chwili, kiedy odwodzącym go od świętokradzkich zamiarów rzekł: Godzić się nam, to którzy po stronie Szweda walczymy, w tej właśnie chwili kula z murów puszczona uderza go w głowę, mówiącego strąca z konia na ziemię i razem z życiem gasi świętokradzką żądzę łupu.”
(s.24).

ZDUMIEWAJĄCA NIESKUTECZNOŚĆ SZWEDZKICH ATAKÓW.
Dziwili się sami Szwedzi, że ich ataki są tak mało skuteczne, chociaż bardzo starali się podpalić klasztor. Za przykład niech posłuży fragment z cytowanego już wcześniej opis artyleryjskiego ataku na klasztor, w niedzielę 24 listopada:
Stali na murach nieustraszeni obrońcy z równą gotowością do wytrzymania niebezpieczeństwa ze strony nieprzyjaciela, jak do niesienia takowego; stali z tym większą odwagą, skoro spostrzegli, że wiele pocisków pada bezskutecznie chybiając celu – niektóre lekko tylko dotykają się murów – inne blisko nich upadają – inne (o cudzie!) od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakują, inne z nich wreszcie, nic nie zrobiwszy przenosiły i więcej szkody swoim z przeciwnej strony szturm przypuszczającym sprawiły niż oblężonym.” (tamże, s. 29 – 30).

Podobnie było nazajutrz i w dni następne: ”Niekiedy przecież kule wpadłszy między belki dachów groziły istotnym niebezpieczeństwem pożaru, lecz czuwająca bezustannie straż porywała je zaraz i zrzucała, postrzegłszy dym lub płomień. I zaiste, tylko Opatrzności Boskiej przypisać należy, że dachy drewniane (przy całym swym obszernym rozgałęzieniu i rozłożeniu) dostarczając dla ognia suchego żywiołu, nie stał się pastwą płomieni. Również i to było następnej nocy cudownym zjawiskiem; że kula rozpalona wpadłszy pod dach, odbiła się od komina i padła obok kolebki dziecięcia, lecz ani samego niemowlęcia nie uszkodziła, ani kolebki jego nie zapaliła.” (s.30 – 31).

SZWEDZKIE KULE WRACAJĄ DO ICH OBOZU.
Niezwykłe są też zapiski Ojca Kordeckiego o szwedzkich kulach godzących w ich własny obóz. Działo się to w dwojaki sposób; albo na skutek przestrzelenia – gdy pociski przelatywały ponad klasztorem, czyniąc szkodę własnym wojskom po drugiej stronie twierdzy, albo – co bardziej zdumiewające – odbijały się od murów i wracały do Szwedów, niejednokrotnie czyniąc im spustoszenie. Tutaj znów warto ponownie zatrzymać się, przy opisie zniszczenia drugiej szwedzkiej półkartauny w pierwszy dzień Świat Bożego Narodzenia, w którym czytamy: „Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały” – czytaj więcej wyżej – w tym wpisie pierwszy cytat z pamiętnika o. Kordeckiego.

Musiały takie zdarzenia powtarzać się często, gdyż mówili o tym sami Szwedzi: „Wielu wiary godnych mężów ze Szlachty zeznało: jako miedzy opowiadaniami Szwedów oblężonych to szczególniej uwagi godnego z ich ust usłyszeli: „Często (mówili Szwedzi), gdyśmy się zabierali szturmowania klasztoru burzącymi działami, pokazywała się mgła, którą otoczona góra zwodniczym cieniem wzrok patrzącym łudziła – zdawało się, że góra z klasztorem wysoko w powietrze poszła, dokąd gdy strzały z dział kierowano, pociski do obranego w powietrzu celu zrzucone przenosiły klasztor nie szkodząc mu bynajmniej.
Niekiedy zaś, wśród tej ciemnej i podobnież łudzącej wzrok mgły, widzieliśmy klasztor na niskim pagórku stojący; gdy tedy nasi puszkarze ciemnością złudzeni tak przedstawiający się klasztor na cel brali, kule przed murami twierdzy padały a odbijając się od zmarzłej wtenczas ziemi z wielkim zapędem na powrót leciały”.
(s. 89 – 90).

W innym miejscu czytamy: „Tu zdarzyło się także to pamięci godne: że gdy z nieprzyjacielskiego obozu kilka kul ognistych rzucono na klasztor, jedna z nich utkwiła wprawdzie w dachu kaplicy Matki Boskiej, lecz nagle odszkoczyła; druga z boku do uświęconego Miejsca zmierzając, jak gdyby siłą ukrytą odtrącona zwróciła się ku obozowi, po powietrzu straszliwy ogień rozrzucając.” (s.32).

NIEJASNE OKOLICZNOŚCI ŚMIERCI SIOSTRZEŃCA GEN. MILLERA.
”Zdarzyło się tego dnia, o zmierzchu [12 grudnia – CWU], iż przywódca dział Szwedzkich wystrzelił że śmigownicy we dnie ustawionej i nabitej ku stanowisku Millera, tak iż kładącego się spać siostrzeńca jego w brzuch kulą ugodził i na łożu wuja trupem położył. Przypadek ten byłby samego Millera spotkał, gdyby nie był ustąpił owego nieszczęsnego łoża siostrzeńcowi, którego ten zaszczyt drogo kosztował, bo go życiem przepłacił. Ciało z wydartymi wnętrznościami smutny przedstawiało widok, nie potrafiło jednak wstrzymać Millera w przedsięwziętym zuchwalstwie i dzikości. Nie zastanawiał się nad tym, że tylko przypadkiem uniknął wielkiego niebezpieczeństwa i nie lękał się, aby go podobna dosięgła kara. Owszem ciężka boleść serca podniecała go do próbowania wszelkich środków, jakie tylko mściwy umysł mógł wynaleźć, do zniszczenia i zrównania z ziemia klasztoru.” (s. 55).

Powyższa informacja Ojca Kordeckiego o okolicznościach śmierci siostrzeńca gen. Millera jest nie całkiem jasna. Wątpliwości nie ulega, że zginął on od kuli armatniej. Ale czyja to była kula? Jeśli było tak, jak czytamy w polskim wydaniu pamiętnika, to oznaczałoby to zamach ze strony własnego wojska Millera. Ale gen. Miller nie podjął żadnych działań przeciwko swoim.
Prawdopodobnie zacytowany tekst z pamiętnika o. Kordeckiego został nieprawidłowo przetłumaczony z łaciny, i jest chyba błędem edytorskim wydania, które posłużyło nam do sporządzenia tego wpisu.
Tak, czy inaczej – śmierć siostrzeńca Millera, w łóżku swojego wuja, trzeba uznać za zdarzenie bardzo niezwykłe. Miller i jego obsługa mieli wystarczające doświadczenie wojenne, aby wiedzieć gdzie i w jakiej odległości, należy rozbić namiot naczelnego dowódcy, aby zagwarantować mu bezpieczeństwo w czasie zmagań artyleryjskich. A jednak…

RÓWNIEŻ INNE SZWEDZKIE PRÓBY OPANOWANIA JASNEJ GÓRY SPEŁZŁY NA NICZYM.
Nieskuteczne okazały się prowadzone bez powodzenia podkopy w celu wysadzenia klasztoru w powietrze, z powodu dużej twardości skał wapiennych (tzw. jurajskie wapienie skaliste) oraz wycięcie podziemnej brygady górników w czasie jednego z wypadów obrońców klasztoru.

Podobnie nieskuteczne okazały się próby bezpośredniego ataku na mury, dzięki skutecznemu ostrzałowi artyleryjskiemu z Jasnej Góry – likwidującemu podciągane machiny oblężnicze.

W końcu, do zdarzeń niezwykłych, trzeba też zaliczyć rzadko spotykaną niezłomność, cierpliwość, wyjątkowy hart ducha i niezwykłe zdolności dyplomatyczne dowódcy obrony jasnogórskiej – Ojca Augustyna Kordeckiego.
Jego przedłużanie pertraktacji w sprawie poddania klasztoru, a w końcowym okresie obrony odrzucenia żądania zapłacenia okupu za odstąpienie Szwedów od Jasnej Góry – były działaniem o nie mniejszym znaczeniu niż wysiłek zbrojny.
Czesław Wójcik – Uglis

                                                   Ciąg dalszy nastąpi

Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część III: Modlitwa

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Ten wpis warto przeczytać dokładnie, gdyż zawiera klucz do zrozumienia fenomenu cudownej obrony Jasnej Góry 1655 i Cudu nad Wisłą 1920.

Zapraszamy również do przeczytania wcześniejszych wpisów na temat cudownej obrony Jasnej Góry; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Ora et labora – módl się i pracuj. Ta prosta benedyktyńska reguła życia zakonnego, sprawdziła się w czasie pokoju.
Ale w czasie wojny, gdy zagrożone jest życie, wolność i świętość miejsc wybranych przez Boga, przekształca się ona w Oratio et pugna – modlitwa i walka.

Człowiek walczy, Bóg daje zwycięstwo – czytamy w Słowniku Teologicznym. Tak właśnie było na Jasnej Górze, w dniach szwedzkiego oblężenia w 1655 roku, gdy modlitwa i walka przenikały się nawzajem w tajemniczej współpracy.
Modlitwa zdawała się wyprzedzać walkę, i rzeczywiście ją wyprzedzała. Pomagała odnosić zwycięstwa tam, gdzie wydawało się to niemożliwe.
Walka natomiast była częścią modlitwy. Stawała się modlitwą wyrażoną orężem, zbrojnym wysiłkiem i ofiara krwi, która nie ominęła obrońców Jasnej Góry. Mówi o tym pamiętnik Ojca Kordeckiego.
o. Augustyn Kordecki do drukuOjciec Augustyn Kordecki (1603 – 1673) – Przeor Klasztoru Paulinów na Jasnej Górze. Jego niezłomna wiara, modlitwa i wielkie zaufanie pokładane w Bożej Opatrzności, doprowadziły do przezwyciężenia  szwedzkich usiłowań opanowania jasnogórskiego Klasztoru.
To Jego wspominał i przepowiadał pojawienie się takiego przywódcy ks. Ignacy Skorupka, na dwa tygodnie przed swą śmiercią 14 sierpnia 1920 roku, w czasie największego zagrożenia dla Polski ze strony bolszewików, czym nieświadomie zapowiedział swą chwalebną śmierć i rolę potężnego rozbłysku duchowego, elektryzującego cofający się od 6 tygodni polski front. (Obraz ze zbiorów Jasnogórskich)

MODLITWA PRZED WALKĄ
Jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia, Przełożony Jasnej Góry o. Augustyn Kordecki „[…] dnia 18 listopada zwołuje wszystkich Ojców Zgromadzenia zakonnego oraz tych, którzykolwiek ze świeckich osób schronili się do Częstochowy, zachęca ich pobożnie, ażeby byli uczestnikami Mszy Świętej przed ołtarzem N. M. Panny – rozkazuje obnosić Najświętszy Sakrament około murów i warowni wśród publicznych modłów – błogosławi działa większe i mniejsze, kule ołowiane, żelazne i naczynia z prochem.” (A. Kordecki, Pamiętnik oblężenia Częstochowy, Częstochowa, 1982, s. 21 – 22).

W niedzielę 24 listopada, w święto ofiarowania Najświętszej Marii Panny „Chcąc Zakonnicy uroczyściej obchodzić dzień poświęcony swej Opiekunce, do zwykłych ceremonii dodali jeszcze tę uroczystość, iż wewnątrz murów obnoszono naokoło wśród publicznych modłów Najświętszy Sakrament. Pomni na opowieść Pisma, jako dla przestraszenia Filistynów Izrael obnosił arkę Bożą około obozu, zaufali silniej potężnej obronie Boga w swej istocie, niż owi w symbol i figurę Wszechmocnego.” (tamże, s. 28).

PIEŚŃ RELIGIJNA NAD POLEM BITWY.
W tą samą niedzielę, podczas szwedzkiego ataku artyleryjskiego, rozległa się z klasztornej wieży muzyka i pieśń religijna. Niosła się ona nad Jasną Górą i docierała do obozu szwedzkiego: „[…] gdy każdy z największą usilnością i zajęciem wypełnia swoje obowiązki, pokrzepia oblężonych pobożny głos pieśni na szczycie śpiewanej i wygrywanej. Nieprzyjaciele zaś przeciwnie mniemając, że muzyka ta jest na wyszydzenie ich usiłowań i że ich gwałtowne napady są lekceważone, zżymają się z wściekłości i oburzenia. Śpiew ten pobożny tak wielce podniósł ufność i odwagę w mieszkańcach Jasnej Góry, że odtąd weszło w zwyczaj podobną harmonią osładzać sobie niedolę oblężenia i straszliwy krzyk srożącego się wojska […]” (s. 30).

SZWEDZKI DIABOLIZM I WIARA OBROŃCÓW.
Dziwna to była walka i niezwykła obrona, jakich chyba niewiele zapisanych jest w historiach wojen. Szwed bowiem, zdaniem Ojca Kordeckiego, specjalnie wybierał dni świąteczne dla szczególnie uciążliwych ataków na klasztor. Obrońcy natomiast, w te dni świąteczne, nie chwytali za broń, nim nie ukończyli modlitwy i liturgicznych obrządków przewidzianych na taki dzień.
W dniu 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia NMP „Zdawało się, że piekło samo paszczę otwarło przeciw obrazowi świętemu, gdyż, jak tylko dzień zajaśniał, miotały działa burzące tak gęsty i straszliwy ogień od strony północnej i południowej, iż przez ten dzień trzysta czterdzieści kul padło, jak to świeccy zliczyli. Ojcowie bowiem Jasnogórscy zajmowali się przez ten czas nabożeństwem według swego zwyczaju, postanowiono odśpiewać suplikacje przed Najświętszym Sakramentem, z którym gdy po Mszy Świętej procesja wyszła pomiędzy przedmurza, sypały się ogromne złomy murów a świszczące kule (ważące po 26 funtów) przelatywały, nie bez wielkiego przestrachu, ponad głowami modlących się. Nikt przecież w tak okropnym niebezpieczeństwie nie udał się na mury, przed ukończeniem nabożeństwa. Po odbytych dopiero modlitwach, ufni w pomoc Bożą, (co było tylko ludzi płci obojej w klasztorze [ do klasztoru schroniły się także rodziny części świeckich obrońców – CWU], podzielili między siebie obowiązki i każdy podług swoich sił przykładał się jak najdzielniej do obrony.” (s. 52).

EGZORCYZMY PRZECIW CZAROM.
Niekiedy modlitwy przybierały formę egzorcyzmów. W Biblii znajdujemy wyjaśnienie walk i wojen toczonych na Ziemi jako zewnętrznego przejawu walk prowadzonych w świecie duchów. (Zob. Księga Daniela, rozdz.10, J. Bajda, „Objawione słowo… wielka wojna”, Nasz Dziennik, 26-27 sierpnia 2006).
Gdy pod Jasną Górą przez kilka dni i nocy utrzymywały się gęste mgły, ułatwiające Szwedom podprowadzanie pod mury klasztoru potężne machiny oblężnicze, a obrońcy nie mogli użyć artylerii do ich niszczenia z powodu złej widoczności – to dopiero te mgły „[…] stosownymi modlitwami i zażegnaniami rozproszono. Dlatego polecono jednemu z Ojców, ażeby przeciw gusłom nieprzyjacielskim wzywał potęgi Boskiej, powietrze zaciemnione egzorcyzmami oczyszczał i broni oblężonych błogosławił, co tak dalece było skutecznym, iż usunąwszy zabiegi czarodziejskie i wszelkie gusła, ciemności z powietrza ustąpiły, strzały padały znowu skutecznie, a nieprzyjaciel ginął, chociaż niegodziwą pomocą szatana uzbrojony. Z tego powodu mówiono w obozie nieprzyjacielskim: „Częstochowskie mnichy są wielkimi czarownikami, zabijają bowiem naszych najdzielniejszych mężów, którym nic nie pomogły ugody z czartami; otóż sławnego naszego towarzysza (zabito go w pierwszej wycieczce Jasnogórców), mającego siedmiu szatanów przy sobie, który z trzydziestu potyczek wyszedł zwycięsko, włosa nie straciwszy, zabili z wielkim dla nas wszystkich zdumieniem, i nic mu nie pomogły jego czartowskie sztuki, które go kiedy indziej ocalały.”” (s.56 – 57).

WIARA CZYNI CUDA, I NIE CZŁOWIEK ALE SAM BÓG DAJE ZWYCIĘSTWO.
W innym miejscu o. Kordecki zapisał w swoim pamiętniku na dowód ufności w opiekę Boskiej Mocy: „Nazajutrz od śmigownic [śmigownica, to spolszczona nazwa małego działka o długiej lufie – CWU] Jasnogórskich poległo kilku Szwedzkich żołnierzy, nieprzyjaciel cokolwiek zwolnił i żadnej szkody nie przyniósł oblężonym, gdyż Bóg na prośbę Najświętszej Maryi Panny osłaniał swoich wielbicieli cudowną potęgą.” (s.62).

I jeszcze zdanie Ojca Przeora Kordeckiego, nie pozostawiające wątpliwości, kto dokonał tego dzieła: ”Bóg to sam tak rozrządził, ażeby pomiędzy góry niegdyś cudami słynące, w Polsce także i ta Jasna policzoną została, szczególniejszą opieką Boga na prośby Najświętszej Panny obroniona; ażeby nikt z ludzi nie mógł się chlubić jej ocaleniem lub przynajmniej pysznych i chełpliwych powtarzać zwrotów: Ręka nasza to wszystko zrobiła.” (s. 86).

Widać tu wielką pokorę i skromność dowódcy jasnogórskiej obrony, jakiej niestety zabrakło Józefowi Piłsudskiemu w roku 1920 i później, gdy On i jego obóz, konsumowali dla korzyści politycznych niezwykłe zwycięstwo Cudu nad Wisłą 1920.

Wrócimy jeszcze do tego w tym opracowaniu części VI –  „Paralele: Jasna Góra 1655 – Warszawa 1920”.
Ta sprawa już była podjęta na tej stronie w opracowaniu „Jak wojskowy dokumentalista mjr Bolesław Waligóra pomniejszył czyn i zasługę ks. Ignacego Skorupki i warszawskiej młodzieży” (zakładka ”Ignacy Skorupka”)
Czesław Wójcik – Uglis.
Ciąg dalszy nastąpi