Ile miejsca trzeba na Krzyż?

Michał Wywiórski (Gorstkin) Krzyz_na_rozstaju                                                             Michał Wywiórski (Gorstkin) – „Krzyż na rozstaju”

 

ILE MIEJSCA TRZEBA NA KRZYŻ?
Człowiek wędrujący (Homo viator) – człowiek podróżnik, człowiek tułacz, człowiek pielgrzym – szuka jakiegoś miejsca, w którym mógłby odpocząć, i zebrać siły do dalszej wędrówki. Szczęśliwy, kto umiera we wsi, w której się urodził. Ale szczęśliwy jest także wędrowiec, który znajduje, na jakiś czas, przystań przed dalszą drogą.
Los naszej rodziny – rodziny polskich nomadów – przeganianych z miejsca na miejsce zmiennymi wichrami wojen i niepokojów, prowadził z Mazowsza na Wschodnie Kresy; do nieprzebytej Puszczy Litewskiej; dalej przez podmokłe lasy pogranicza Polesia i Wołynia; do rozległych Borów Dolnośląskich – by w końcu znów powrócić do nadwiślańskich sosnowych lasów Mazowsza.
I dziękować Bogu, że ominął nas szlak cierpienia, łez i śmierci przez syberyjską tajgę, wiecznie zmarzniętą głębię tundry, czy bezleśne stepy Kazachstanu – jak stało się to udziałem setek tysięcy polskich rodzin.
-To Pan kupił tutaj, taki mały mająteczek – skomentowała ze znawstwem jedna z tutejszych gospodyń, gdy zobaczyła tą wędrującą biedę, brodząca wokół swej nowo – nabytej posiadłości. Ten „mająteczek”, składał się ze sporej połaci piaszczystej ziemi i starej glinianej chatki, przykrytej strzechą, którą przed laty zbudował – na ostatnie dni życia – jeden z tutejszych drwali.
Zaiste; słoma, glina i patyki – to tworzywo, którego chyba użył Bóg do ulepienia człowieka. Jej stan ostrzegał, że silny chłop, gdyby się zdenerwował, mógłby rozwalić ją miotłą.
Ale sądzone jej było trwać i przetrwać, bo ta gliniana bieda, chyląca się ku upadkowi, była jednocześnie obrazem stanu nowego właściciela. Zaczęło się, więc wzajemne podpieranie, podmurowywanie, wzmacnianie fundamentów i łatanie dziur.  W stanie wojennym przyjechał kiedyś na „Emzetce” miejscowy milicjant. Trudno powiedzieć, czy kierował się tylko własną ciekawością, czy może ktoś kazał mu sprawdzić, co robi tutaj, ta uczona bida z miasta? Popatrzył zrezygnowanym wzrokiem, pokiwał głową, na koniec odpalił swoja maszynę, i już więcej się nie pojawił.

Jakby z wielkiej ciszy, wypełnionej modlitwą i pracą, przybliżyło się do tej starej chałupy życie lasu; poranne modlitwy ptaków; poszumy wiatru w igliwiu; fanfary żurawi na łące; niekiedy przewalające się w gęstwinie dzikie grubiaństwo; basowe pohukiwanie łosi i szczekliwe nawoływania koziołków. Nawet dudek, który koniecznie chciał wlecieć do domu – i chociaż znany ze swej płochliwości, siadał na parapecie i dziobał szyby.
I jeszcze wąż pod podłogą podsłuchujący modlitwę, szerszenie na strychu, i… gałązka czeremchy rozmigotana na słońcu, i każda sosnowa szpilka – i wszystko, wszystko – chwaliło i nadal chwali w lesie swojego Stwórcę.
I w tym wszystkim człowiek z pragnieniem, aby dołączyć do tego chóru…, i Bóg, który lubi przechadzać się po ogrodach swego Edenu – szukający człowieka – aby podjąć z nim niekończący się dialog o Miłości…
Któregoś dnia, przyjechał „Żukiem” Michał. Przywiózł dwie belki z jakiejś zakończonej socjalistycznej budowy:
– Przydadzą ci się, bo pewnie będziesz się budował – i dodał – od czegoś trzeba zacząć.
Te dwie belki; jedna dłuższa, druga krótsza, ze śladami gwoździ i długiego użytkowania, ale jeszcze zdrowe, to trochę za mało, żeby rozpocząć budowę. Niech czekają. Myśl jednak została rzucona…
No dobrze, ale budowę czego? Prawdziwe dzieła nie zawsze powstają z przetworzenia mnogiej materii, lecz z wielkości planu. Człowiek nie potrafi, ale Bóg z nicości, ba – nawet z grzechu i słabości – tworzy dzieła.
Tam – na Pamiętnym Wzgórzu, i w Pamiętnym Czasie – po jednej stronie była nienawiść i grzechy całego świata, po drugiej bezgraniczna i wszechmocna Miłość. A po środku – tylko dwie belki.
I wtedy została przeorana Ziemia, i cały Kosmos…

Belka dłuższa – pionowa, i krótsza – pozioma, miały właściwy wymiar. Nie trzeba było żadnej przycinać. Zaczęło się więc, ręczne szlifowanie papierem ściernym, później nasączanie gorącym pokostem, na koniec malowanie białą farbą.
Biały krzyż na tle zieleni i brązów sosnowego lasu, przy starej leśnej drodze, którą od pradawna chodzili ludzie – miejscowi i wędrowni tułacze. I dziki zwierz rogaty, chętniej biegnący luźną przestrzenią niż leśną gęstwiną. I myśliwy ze strzelbą, szukający celu dla swej dwururki. I drwal umęczony ciężka pracą z siekierą na ramieniu. I przemykająca złodziejska furmanka z kradzionym drewnem.
W czasie okupacji przejeżdżał tędy rowerem butny niemiecki policjant. Może i powstaniec chadzał tędy pod osłoną nocy. A niedaleko od tego miejsca, na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdzieś w tych okolicach dogorywał dramat działaczy „Solidarności”, ściganych przez zbrojne ZOMO, Milicję, ORMO i donosicieli – bowiem w gęstych zagajnikach, w najbardziej niedostępnych miejscach, zabłąkany grzybiarz napotykał wtedy ukryte ludzkie legowiska, wymoszczone igliwiem i foliowymi workami.
Tak, przy tej drodze, cała przyroda i cała ludzka wielkość, i cała ludzka nędza; jawiła się; przemijała; pojawiała się na nowo dawniej – tak i teraz – pod krzyżem.
Zmontowany krzyż pomógł dowieść wozem rolnik z odległych, bezleśnych, pól – o pięknym imieniu Gabriel – który przyjeżdżał do lasu, by na tutejszych polanach robić siano dla swego bydła. Obydwaj wznieśliśmy krzyż ponad żelazne kotwy. Był bardzo ciężki, ale utrzymaliśmy go w pionie i umieścili w fundamentowe leże. Zaraz, po jego umocnieniu, pomodliliśmy się obydwaj na głos, polecając Bogu siebie i całą okolicę.
Jakiś czas krzyż stał niepoświęcony. Uroczyste poświęcenie odbyło się latem 1999 roku, którego dokonał prefekt miejscowej Parafii – ks. Rafał (iluż to podopiecznych Twoich Aniołów przysłałeś Panie do tej świętej roboty?!). Przyszli sąsiedzi z leśnej osady – drwale z rodzinami, i pani Leśniczyna – razem około dwadzieścia osób. Po modlitwie i dobrym słowie, ksiądz Rafał skropił najpierw obficie święconą wodą krzyż, później wszystkich zebranych i wszystko dookoła…
W tamtym czasie była w Radio „Maryja” audycja „Dobre nowiny”. Polegała na tym, że do Radia dzwonili słuchacze i informowali o różnych ważnych, dobrych, sprawach. Zadzwoniłem również, aby opowiedzieć o poświęceniu tego leśnego krzyża. Audycję prowadził nieżyjący już o. Jan Mikrut, znany z krótkiej, trafnej, riposty. Cierpliwie słuchał mojej relacji, wreszcie przerwał ją prostym pytaniem:
-Tak pan opowiada, opowiada – to ile pan przeznaczył metrów pod ten krzyż?
Chyba nie odpowiedziałem nic mądrego na tak postawione pytanie. Bo przecież, w materialnej przestrzeni, niewiele trzeba miejsca na krzyż, albo na postawienie przydrożnej figury. Czasami wystarczy jeden metr. Ale, ile potrzeba miejsca w naszej duchowej przestrzeni, w ludzkim sercu – aby przyjąć i postawić nasz osobisty krzyż, który w mozole ziemskiego życia, staje się częścią Krzyża Chrystusowego?
Pytanie ponadczasowe, dotyczące każdego człowieka – zawsze i wszędzie: Ile miejsca trzeba na Krzyż?
(14 września 2014r. – w Święto Podwyższenia Krzyża Świętego)
Czesław Wójcik – Uglis

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.