„Było ich pięcioro” – świadectwo Ks. Jana Skiby

Z CYKLU ZADUSZKI PATRIOTYCZNE

PANORAMA PRZEMKOWAPrzemków, obecnie powiat Polkowice na Dolnym Śląsku. Zdjęcie z lotu ptaka w kierunku północnym – widok współczesny. W latach sześćdziesiątych 20 wieku, które przywołuje ten wpis, nie było osiedla położonego na pierwszym planie, ani południowej obwodnicy miasteczka. Tutaj, po II Wojnie Światowej, nasza rodzina znalazła na 20 lat schronienie i miejsce odpoczynku po trudach i niebezpieczeństwach wojennej tułaczki. Zamieszkaliśmy na Młynowie, zaułek ul. Fabryczna 7, a widoczne po lewej stronie w środku zdjęcia akweny, to stawy rybne „Kompleksu Kąpielisko”, należące do nieistniejącego już dziś Państwowego Gospodarstwa Rybnego, gdzie znalazł zatrudnienie nasz Ojciec w swoim zawodzie rybaka stawowego. Duża plama zieleni po lewej stronie, to park przemkowski – łączący się w kierunku zachodnim i południowym z wielkim obszarem Borów Dolnośląskich. Na północ od miasta, rozległa Dolina rzeki Szprotawy. Po prawej stronie widoczny zachodni kraniec wielkich stawów przemkowskich, które obecnie wchodzą w skład obszaru Parku Krajobrazowego ” Bagno Przemkowskie”. Na horyzoncie – podwyższony teren, to „Kocie Góry” – linia moren czołowych Zlodowacenia Środkowopolskiego (o ile, czwartorzędowi geolodzy nadal tak uważają). Foto ze strony http://www.przemkow.pl/ Kliknij w zdjęcie, aby je powiększyć.

Te przemkowskie lata, po doświadczeniach czasu wojny i wojennej tułaczki, były dla naszej rodziny jak przysłowiowe „u Pana Boga za piecem”. Materialnie wprawdzie skromnie, bo rodzina była duża, ale dzięki pracowitości naszego Ojca Piotra i staraniom Matki Heleny, żyliśmy (dzieciarnia i młodzież) w miarę beztrosko, nie całkiem świadomi poranień minionego czasu, jakie dotknęły wiele takich rodzin jak nasza.
Żyliśmy niejako „w cieniu” naszego Kościoła Parafialnego p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Nasze życie układało się według kalendarza liturgicznego Kościoła – niemalże jak owo benedyktyńskie „ora et labora”. Ojciec, po dniu ciężkiej pracy, czasami słuchał „Wolnej Europy”, Matka odmawiała różaniec, a ja maszerowałem sam, albo ze starszym bratem, do kościoła na wieczorną mszę św., majowe, a w październiku na różaniec, gdyż byłem ministrantem; najpierw za probostwa Ks. Stanisław Kamińskiego, którego bardzo lubiłem, a później – do czasu naszego wyjazdu z Przemkowa w lipcu 1969r. – u ks. dr Jana Skiby.
Ksiądz Skiba był człowiekiem gołębiego serca; bardzo łagodny, uprzejmy, o ujmującym – niezwykle ciepłym stosunku do ludzi. Mój ostatni okres ministranckiej posługi, to był czas matury i pierwszego roku studiów. Otrzymywałem w tym czasie od Księdza Jana wiele pouczeń i rad duchowych, bo wiedział, że wkrótce nasza rodzina może opuścić Parafię na dłużej, może na zawsze. Było to więc, Jego przygotowanie nas na długą wyprawę w nieznane.  I tak się też stało.
Postać, uczucia, ciepłe słowa i Jego wiara, wyrażana z niezłomną delikatnością, towarzyszą mi po dziś dzień. Zmarł w dzień parafialnego odpusty 15 sierpnia 1993 roku, podczas odpustowej sumy (informacja wymagająca potwierdzenia i uściślenia).
foto Ks. Jan SkibaNa zdjęciu Ks. dr Jan Skibasiedzi pierwszy od lewej. W środku Ojciec Misjonarz – Redemptorysta, nie zapamiętanego imienia i nazwiska, prawdopodobnie z Krakowa, lub Tuchowa (informacja wymagająca uzupełnienia). Po prawej stronie brat Księdza Skiby. Zdjęcie wykonane z okazji peregrynacji kopi Jasnogórskiego Obrazu w Przemkowskiej Parafii w roku 1964, (data niepewna, wymagająca uściślenia). Stoją przedstawiciele przemkowskiej młodzieży męskiej; od lewej trzej koledzy niezapamiętanego imienia i nazwiska (informacja wymagająca uzupełnienia), w środku (najwyższy) Stanisław Kuczyński, dalej na prawo Lisik, i Janek Kmita ( mój serdeczny przyjaciel – zmarł wkrótce na przewlekłe zapalenie płuc). Drugi od prawej stoi kolega o niezapamiętanym imieniu i nazwisku (informacja wymagająca uzupełnienia). Ostatni po prawej; autor wpisu. Ta grupa męskiej młodzieży stanowiła asystę Obrazu NMP. (Foto: „Foto – pstryk” – Stanisław Staszkiewicz, Przemków).

Nie tak dawno, szukając informacji o Ks. dr Janie Skiba, natrafiłem na kilka artykułów, w których przywoływane jest świadectwo Ks. Skiby. który jeszcze przed moim spotkaniem z Nim w 1992r. przekazał je w formie nagrania dla Polskiego Radia i TVP Oddział Wrocław, skąd trafiły później do Instytutu Pamięci Narodowej Oddział Wrocławski. Pracownicy tego Oddziału, Tomasz Balbus i Stanisław Antoni Bogaczewicz piszą:
„Sugestywną relację na temat wykonywania egzekucji w więzieniu we Wrocławiu w latach 1946-1947 pozostawił tamtejszy kapelan więzienny. Ksiądz Jan Skiba był wówczas wikariuszem parafii św. Bonifacego we Wrocławiu. Kierował również parafialnym oddziałem „Caritasu” i jednocześnie pełnił obowiązki kapelana więziennego przy ul. Kleczkowskiej. Z racji obowiązków duszpasterskich obserwował kilkadziesiąt egzekucji wykonanych na dziedzińcu wrocławskiego więzienia. W swoich wspomnieniach pisał: Na więziennym podwórku stała szubienica. Na ścianach pozostały ślady po kulach i krwi rozstrzelanych. Więźniów trzymano w nie ogrzewanych celach. Wielu miało na sobie tylko bieliznę. Nieliczni zdołali przeżyć takie warunki i tortury stosowane podczas śledztwa. Najwięcej było młodych ludzi. Po dwadzieścia, trzydzieści lat. Byli skazywani na śmierć tylko za to, że w czasie wojny należeli do organizacji walczących z Niemcami.”  – http://nowezycie.archidiecezja.wroc.pl/numery/022002/06.html

A na stronie http://wroclaw.naszemiasto.pl/archiwum/bardzo-plytki-grob,1556248,art,t,id,tm.html czytamy:
„– Któregoś dnia było ich pięcioro – wspominał ks. Skiba. – Wśród nich 18-letnia dziewczyna, która miała w kieszonce książeczkę do nabożeństwa, modliła się żarliwie. Zwykle rozstrzeliwano na dziedzińcu więziennym, wtedy jednak skierowali nas do jakiejś szopy. Ustawili ich przy filarach, opaska na oczy, ręce do tyłu. Prokurator odczytał akt oskarżenia i wyrok, a oni śpiewali „Pod Twoją obronę”. Podałem krzyżyk do pocałowania, a oni jak na komendę krzyknęli „Jeszcze Polska nie zginęła”. W tej samej chwili oficer dał komendę do strzału. A potem jeden jedyny okrzyk – mamo!!!. Ten okrzyk prześladował mnie po nocach. Modliłem się za nich, odprawiałem msze w ich intencji, cierpiałem z nimi”.

Z informacji zawartych w wywiadzie dr Krzysztofa Szwagrzyka, pracownika Wrocławskiego Oddziału IPN z listopada 2007 r., na stronie http://wroclaw.naszemiasto.pl/archiwum/bardzo-plytki-grob,1556248,art,t,id,tm.html , dowiadujemy się, że „Skazani to członkowie tzw. grupy Franciszka Olszówki Otta: Dziuńka – Helena Motykówna, w rzeczywistości starsza o trzy lata, niż zapamiętał to ks. Skiba, Śmigus – Edward Szemberski, Wiarus – Roman Roszowski i Pantera – Idzi Piszczałka.
W zachowanych dokumentach z procesu przed Wojskowym Sądem Rejonowym we Wrocławiu można przeczytać, że latem 1945 roku na pograniczu województw poznańskiego, łódzkiego i dolnośląskiego zaczęła działać „banda AK, której zadaniem było obalić rząd, zmienić ustrój demokratyczny na reakcyjno-faszystowski”. […] Przed wojskowym sądem we Wrocławiu stanęli w marcu 1946 roku. Wpadli w lutym, 18 lutego nad ranem, po akcji na stacji w Czastarach, gdzie zaatakowali pociąg osobowy z Poznania do Krakowa. W czasie potyczki zginęło dziewięciu żołnierzy Armii Czerwonej, jeden ranny zmarł w szpitalu.
Na stacji w Czastarach była też Helena. Ranna w nogę, w czasie śledztwa przyznała się tylko do tego, że miała przy sobie broń. Za przynależność do grupy Otta skazano ją na karę śmierci. Wyrok uzasadniono tak: „Przy wymiarze kary sąd wziął pod uwagę bierność, z jaką poddała się rozkazom dowódców bandy i solidaryzowanie się jej z działalnością bandy w ostatnim napadzie na pociąg oraz fakt, że podczas napadu dokonano mordu 10 żołnierzy armii sojuszniczej, przez co mogło nastąpić pogorszenie stosunków z zaprzyjaźnionym państwem ZSRR”.
Wojskowy sąd nie wziął pod uwagę, że Helena do grupy Otta przyłączyła się zaledwie dwa tygodnie wcześniej. 3 lutego poszła na zabawę. Tam poznała Franka Olszówkę i jego kolegów. Najwyraźniej zafascynowana nimi nie wróciła już do domu. Nigdy.

Powyższe relacje, i inne podobne, słyszałem z ust Ks. dr Jana Skiby, szeptane po cichu, niemal do ucha, zawsze bez świadków, jeszcze wtedy, w połowie lat sześćdziesiątych ub. wieku. Czy byłem jedynym powiernikiem ks. Skiby w tej sprawie? – nie wiem, przypuszczam, że nie. Cennym uzupełnieniem tego wpisu byłoby potwierdzenie, że Ks. Skiba starał się na różne sposoby przekazać te informacje, aby Jego wiedza o heroizmie i zbrodni tamtego czasu została zachowana, i mogła kiedyś dotrzeć do naszej zbiorowej świadomości.
Ostatni raz spotkałem się z Ks. dr Janem Skibą na rok przed Jego śmiercią, w czasie mego krótkiego pobytu w Przemkowie w 1992 r.
Powiedział wtedy, że przekazał Instytutowi Pamięci Narodowej informacje o tamtych wydarzeniach, których był świadkiem. Nadal wspominał z wyraźnym cierpieniem tamte doświadczenia, które, jak dziś sobie uświadamiam, zapewne towarzyszyły mu do końca Jego dni.

WAŻNE UZUPEŁNIENIE
Powyższe informacje, cytowane za IPN Wrocław, zgadzają się z tym co usłyszałem z ust ks. dr Jana Skiby, przekazane w wielkiej dyskrecji pod koniec lat sześćdziesiątych u.b. wieku. Ale słyszałem wtedy również relację Księdza o jeszcze jednym drastycznym wydarzeniu, którego był świadkiem we wrocławskim więzieniu przy ul. Kleczkowskiej. Nigdzie jej nie znalazłem w publikacjach internetowych, nie znają jej również przemkowscy wolontariusze opiekujący się Imieniem ks. Skiby. Przekazuję ją tak jak słyszałem, i jak po latach zapamiętałem:
Któregoś razu spotkali się na więziennym korytarzu, w wąskim przejściu, idący naprzeciw siebie; wysokiej rangi dowódca więzienia (może Rosjanin? – nie pamiętam); a z drugiej strony więzień, prowadzony z przesłuchania przez strażnika. Według obowiązujących tam więziennych regulaminów, więzień powinien był stanąć przy ścianie; zrobić przejście i oddać oficerowi honory. Ale ten tego nie zrobił. Możliwe, że po przesłuchaniu, na którym mógł być bity i maltretowany, był w takim stanie, że nie kontaktował z otoczeniem. Oficer zatrzymał ich, zdjął z ramienia strażnika pepeszę (krótki pistolet maszynowy z okrągłą ładownicą, rosyjskiej produkcji) i puścił serię w więźnia, który zginął na miejscu.
Tyle ks. dr. Jan Skiba w przekazanej mi ustnej relacji, z pełnym dramatycznego cierpienia nakazem zapamiętania. Czy tylko ja słyszałem z Jego ust tą relację, nie wiem.
Jeśli jest ktoś, kto również ją słyszał, to proszę o potwierdzenie, i ewentualne sprostowanie.
Osoby mogące uzupełnić, lub sprostować, informacje podane w tym wpisie, proszę o kontakt – adres mailowy na dole strony.
Czesław Wójcik – Uglis

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.