„Leśna epitaza” – Czesław Wójcik – Uglis

Epitaza – (z greckiego) według Słownika Wyrazów Obcych; faza narastającego napięcia akcji, poprzedzająca katastrofę w dramacie

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA„Łzy śmiertelnie rannej sosny” – foto: Copyryght © Czesław Wójcik – Uglis

LEŚNA EPITAZA
Szczęśliwe urodziny nastąpiły pod koniec wielkiej wojny.

Pierwszy plac zabaw był na nieostygłych popieliskach spalonych diamentów.
Blaszane hełmy zaczęły służyć wiejskim kobietom do karmienia drobiu,
A ich mężowie (jeśli przeżyli)
Wkładali do armatnich łusek ciężko zarobione pieniądze.
Z ruin wydobywaliśmy na złom porzucone karabiny,
I pogięte wojenne żelastwo.
Za tak zarobione pieniądze,
Matka kupiła mi białą koszulę,
Gdy pierwszy raz szedłem do Komunii.
Ale nie wszystkim tak się poszczęściło,
Niektórzy natrafili na niewypały –
Odbyło się wtedy kilka uroczystych pogrzebów…

W poranionym lesie
Długo jeszcze kryli się zagubieni epigoni tej wojny.
Las był ich matecznikiem…, i ostatnim schronieniem,
Z którego ich uwalniała już tylko śmierć, albo więzienie…
Las jednak szybciej leczył swe rany niż ludzie.

Był las i wrzosowiska.
Był, i ciągle jest jeszcze
(bo czym jest czas przeszły wobec takich wydarzeń?).
Od wrzosowisk do lasu prowadzi gdzieś droga…
W kwietniu pachnie tu żywicą i ostrą terpentyną.
Pod koniec lata wrzosy wylegają na drogę,
Rosną między koleinami,
Skradają się do lasu,
Wciskają na polany.

Pachną wrzosy wrzosowo,
Pachnie las żywicą.
A gdy idziesz wtedy ścieżką,
To wrzosy dotykają nóg,
Obijają się o kolana,
Łaskoczą stopy…

Lecz na rewersie tej sielanki
Zimne syczenie jadu
Ostrzega, by w lesie nie chodzić boso!

Przy ścieżce, wśród gęstych paproci, leżała czaszka.
-Czyja to czaszka!!!!!!?
Tylko trochę starszy braciszek, który już uczył się biologii,
I musiał coś słyszeć o Darwinie, po namyśle powiedział:
-To łatwo rozpoznać po szwach.
Szwy na czaszkach małp są proste,
A u człowieka zygzakowate…
– Ale w tym lesie nie ma małp!!!

Minęło pół wieku lub więcej…,
(wolno tu być niedokładnym wobec bezmiaru istnienia czasu)
Przeszłość spowiła się zapomnieniem,

Ziemia zdążyła już wchłonąć kości poległych,
Rdza wgryzła się w porzuconą wojenną oręż,
A darwinizm wystawił na próbę
Pychę ludzkiego myślenia…

Jeszcze tylko
Niekiedy pamięć (jak niemy wyrzut sumienia)
Daremnie usiłuje wydostać się na powierzchnię sensu istnienia.
I tylko drwale w tej okolicy
Boją się o łańcuchy swych pił,
Gdy w powalonych pniach
Natrafiają na żelazne odłamki pocisków.
Z tego samego powodu,
Niekiedy w tartakach pękają brzeszczoty,
Co niepokoi już tylko specjalistów od higieny pracy,
I księgowych…, prowadzących rejestr wydatków.

W bolesnym uścisku czasu
Doświadczenie tamtej prekluzji
Chyba na niewiele się zdało,
Gdyż coraz częściej giną ludzie
Zanim się zdążą urodzić…

W maltuzjańskim tchnieniu ciemności
Przewidziano również pewną rolę dla lasu;
Może znów będzie niemym świadkiem,
I maskującą dekoracją,
Dla mających nastąpić wydarzeń…
Jak wtedy sosny w Katyniu
I mgła nad lotniskiem Smoleńska.

Las jednak,
Wbrew zamiarom ciemności,
Zachował ślad pierwotnego dotknięcia Miłości,
I nadal utwierdza Nadzieję,
Że przyjdzie czas lepszy dla Niej,
Dla Prawdy,
I Tej drogi
Co nie kończy się nigdy…

To jest mój najstarszy, i najdłużej pisany tekst. Jego pierwotna i bardzo skrócona wersja, ukazała się w 1969, albo 1970, roku w Warszawskim „Politechniku”, i miała wtedy wyraźnie pacyfistyczny wydźwięk. Teraz, mam nadzieję, znajdą w nim coś dla siebie nie tylko drwale (z którymi łączy mnie pewna solidarnościową więź), lecz może i wielu innych poczciwych ludzi, nie wyłączając filozofów i pobożniejszych teologów. Byłoby bowiem raźniej uświadomić sobie, że nie jest się skazanym na samotność w czasie wędrówki tą niezwykłą drogą „co nie kończy się nigdy”, lecz pozostając w Nadziei,  szczęśliwie dotrzeć do Celu.
Czesław Wójcik – Uglis

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.