Walka (epizod 2) – walka na białą broń

Świt 4 lipca 1920 roku. Niedziela. Początek wielkiej ofensywy bolszewickiej na Froncie Północno – Wschodnim. Z Bramy Smoleńskiej rusza potężne uderzenie Armii Czerwonej, które zostanie zatrzymane dopiero po sześciu tygodniach na przedmościu Warszawy. Nad Autą i Berezyną polskie oddziały starają się powstrzymać atak wroga. W oku tego cyklonu znajduje się 10 Dywizja gen. Lucjana Żeligowskiego. Żołnierze 7 Kompani, broniący wydzielonego odcinka Frontu, odparli już dwa ataki na polskie okopy. Zbliża się trzeci atak, jeszcze bardziej zmasowany, niż dwa poprzednie.
Stanisław Rembek – uczestnik tych walk – przedstawia je w literackim zapisie w powieści „W polu”. Przeczytaj najpierw wcześniejszy fragment tych walk, z pierwszego ataku bolszewickiego.
http://cud1920.pl/kategorie/cud-nad-wisla/walka
Tam również nieco o Stanisławie Rembeku.

„Bolszewicki ogień karabinowy zaczął tymczasem słabnąć. Natomiast odezwały się nawoływania i klątwy. Głosy ludzkie w tym zgiełku maszyn brzmiały dziwnie nikle , ale tym bardziej niepokojąco, były to przecie głosy istot najbardziej krwiożerczych pod słońcem.
Widoczne było, że przygotowuje się nowe uderzenie na bagnety. Okop ogarniała coraz większa groza, a gdy nowy wrzask: „Ura! Ura!” – zerwał się w nie przenikliwych jeszcze mgłach dolinki, strzelcy wyskoczyli ze swych stanowisk i zaczęli tłoczyć się do swych oficerów z gwałtownością stada zwierząt, szukających ratunku u swych przewodników.
– Stać! Stać! Na bagnety! – ryczał nieludzkim głosem Zajączkowski.
– Stać! Stać! – rozległo się ze wszystkich stron w okopie.
Ale żołnierze zwinęli się jak stado spłoszonych koni.
Na Paprosińskiego wpadł z gwałtownością pocisku starszy strzelec Jagusiak.
– Dokąd to? – krzyknął oficer swoim jasnym wyraźnym głosem, chwytając uciekającego za pierś.
Uśmiechnął się przy tym, jakby uważał wszystko, co się działo, za żart jedynie.
Żołnierz spojrzał nań nieprzytomnymi oczyma, z otwartymi białymi ustami, i otrzeźwiał w jednej chwili. Uśmiechnął się również porozumiewawczo i znikło dotychczasowe napięcie w jego członkach i rysach twarzy.
– Na bagnety! – zaczął teraz krzyczeć sam, chwytając oszołomionych żołnierzy.
– Za mną! – wołał Paprosiński wyskakując z rewolwerem w ręku na zaplecze rowu.
Nigdy dotąd nie brał udziału w walce na białą broń, wyobrażał więc ją sobie tylko na podstawie powieści wojennych, pamiętników oraz opowiadań frontowców jako dwa rzędy szturmujących przeciwników. Wskutek tego uznał za korzystniejsze pozostawienie miedzy swymi ludźmi a nieprzyjacielem przegrody w postaci rowu strzeleckiego. Uważał za naturalne, że wyższe stanowisko powinno dać im przewagę. Przeliczył się z jednym. Jego pluton ujrzawszy go wyskakującego z okopu naśladował go tak skwapliwie, że manewr zamienił się w zwykłą ucieczkę.
– Stać! Stać psiakrew! – wrzeszczał chwytając strzelców za rękawy, plecaki i osadzając ich siłą na miejscu.
– Maszynki! – ryczał plutonowy Zajączkowski. – Maszynki, takie syny, zostały w okopie!
Na szczęście kapral Adamek oraz strzelec Sitarek, Jagusiak, Piesik i Gajzler stanęli przy nim i zdołali stłumić w zarodku rodzącą się panikę.
Pluton sformował się o kilkadziesiąt kroków za okopami. Strzelcy dyszeli ciężko, jak ludzie, którzy przeżyli jedna z najstraszniejszych chwil w życiu.
– Cholery! – chrapał Zajączkowski nie mogąc złapać tchu. – Zostawilibyście kolegów i majątek skarbowy!
Rzeczywiście reszta kompanii nie dała się widocznie ogarnąć popłochowi, oba kulomioty bowiem huczały, aż się ziemia trzęsła.
– Naprzód, chłopcy! – skomenderował wobec tego Paprosiński i rzucił się w stronę opuszczonych przed chwilą rowów.
Pluton ruszył za nim. Gdy dobiegł do okopu, po drugiej stronie zobaczył naraz biegnący naprzeciw z kwikiem łańcuch szturmujących.

Nigdy dotychczas Paprosiński nie widział bolszewików na wolności z tak bliska. Skudlone papachy, pomiętoszone i przepocone kaszkiety, zakurzone i podarte czapki z nausznikami, zielonkawe koszulki, pomarszczone w tysiące fałd od mocno ściśniętych pasów, zarzucone na ramiona lub niedbale zwinięte i przewieszone przez piersi długie szynele, porozsychane buty, grube owijacze lub niezmiernie brudne bose stopy i długie karabiny z trójkątnymi grotami bagnetów, nachylonych ku niemu, ukazały się naraz na mętnym tle zamglonych zarośli niby wyskakujący na ekranie obraz kinematograficzny. Ława ich biegła nie prostopadle do okopu, ale ukośnie, z lewa, obchodząc lasem pole obstrzału polskich karabinów maszynowych: szturm więc skierowany był w pierwszym rzędzie na lewoskrzydłowy pluton. 
Dzieliło ich od rowu kilkadziesiąt kroków zaledwie. Sadzili wielkimi susami wrzeszcząc nieprzytomnie, ale na widok okazującego się nagle z zarośli zaplecza lodowego grzebienia bagnetów stracili swój rozpęd widocznie. Ich ruch, dotychczas zdecydowanie jednokierunkowy, zmienił się natychmiast w bieganinę w różne strony. Łańcuch rozpadł się na szereg grupek, ludzie bowiem – jak zwykle przed spotkaniem wręcz – łączyli się po kilku w obawie przed samotnością w ostatecznym momencie. Znać też było ich wahanie. Może myśleli, ze pluton Paprosińskiego jest pierwszym szeregiem nadbiegających do przeciwuderzenia silniejszych odwodów, kryjących się jeszcze we mgle i w zaroślach, dość, że pierwsze zastępy napastników wdarłszy się na wyniosłość, na której znajdowały się okopy, zatrzymały się na kilka lub kilkanaście kroków od nich podskakując w miejscu i wyjąc jak opętane. Pluton również wrzeszczał po drugiej stronie, jakby go obdzierano ze skóry. Nikt nie miał odwagi rozpocząć.
Ale bolszewików roiło się coraz więcej. Wysypywali się z lasu, gramolili się z rzeki i pędzili co tchu na pomoc towarzyszom.
Jakiś ich oficer czy komisarz, w czarnej skórzanej kurtce i takiejże czapce, lśniący od wody, przez którą się przeprawił, biegł na łeb, na szyję z rewolwerem w ręku i krzyczał na całe gardło:
– Wpieriod, towariszczy! Wpieriod!
– Naprzód, chłopcy! – zawołał wobec tego Paprosiński.
Zrobiło mu się jednak miękko koło serca na widok przemocy wroga i jego drapieżności. Był też pewny, że nerwy jego ludzi nie wytrzymają tego widoku. Postanowił więc sobie jak najbardziej twardo, że wycofa się ostatni, jak przystało na polskiego oficera. Postanowienie to zresztą powiększyło tylko jego zdenerwowanie.
– Żeby tylko dość wcześnie zaczęli wiać – myślał skrycie o swoim plutonie.
Nagle wśród tej obustronnej wrzawy buchnął karabinowy wystrzał. Paprosiński obejrzał się instynktownie i zobaczył Piesika. Klęczał on na lewym kolanie ze swym zwykłym uśmiechem roztargnienia na twarzy i palił raz po raz.
Dwóch biegnących bolszewików wywróciło się jeden po drugim, jakby się potknęli niespodzianie. Reszta kłębiła się niby dym ogniska, kiedy wiatr w nie dmuchnie.
– Stój! Stój!…, waszu mać! – wrzasnął dobiegający właśnie do pierwszego szeregu komisarz czy oficer.
Natknąwszy się na odwracającego się właśnie krasnoarmiejca, strzelił mu niespodzianie prosto w twarz. Żołnierz wrzasnął nieludzko i chwyciwszy się oburącz za głowę potoczył mu się pod nogi niby spadający z wysoka tobół.
Paprosińskiemu na ten widok zęby ścierpły z nienawiści. Nie wiedząc nawet kiedy, wypalił ze swego parabellum, aż mu rękę szarpnęło. […] (ten – CWU) zwinął się w jakiś skomplikowany kłąb i trzepnął całym swym ciężarem o ziemię, aż się zakurzyło.
W tymże momencie koło jednej z biegnących grupek bolszewickich błysnął w żółtej chmurze rudy płomień ręcznego granatu i pluton z przeraźliwym rykiem rzucił się na bagnety.
 Nieprzyjaciele nie czekali na uderzenie, Dwóch z nich, dopadniętych w pierwszej chwili, padło pokłutych, a reszta rwała ku swoim, mając ciągle na karkach rozjuszonych strzelców. Pościg jednak urwał się natychmiast, tuż bowiem nad rzeczką przyjął tak jedną, jak drugą stronę wściekły ogień karabinów maszynowych. Widocznie zajadłość bolszewicka nie robiła różnicy miedzy swoimi i wrogami. Wszyscy więc padli na ziemię, przyciskając się do niej tak silnie, aż nie mogli oddychać. A serie siepały łąkę, miejsce koło miejsca.
Wreszcie bolszewicy, którzy znaleźli się prawdziwie miedzy młotem a kowadłem, zaczęli wyczołgiwać się w tył i brnąć przez Autę na druga stronę, nie znajdując w tym żadnych prawie przeszkód ze strony przygwożdżonych do ziemi zwycięzców.
Tych położenie było o wiele gorsze. do nich to przecie skierowany był cały ten ogień, a lekka i naga prawie pochyłość, na której leżeli, podawała ich krwiożerczości zajadłych maszyn. Toteż zakrzepli w nieruchomości, jak ludzie, którzy widząc nieuniknioną śmierć, wola sobie oszczędzić bezcelowych wysiłków dla opóźnienia jej przyjścia.
Martwotę tę przerwał Ławniczak, któremu kula urwała łydkę. Unosząc w górę krwawy kikut ze zwisającymi strzępami poszarpanych owijaczy pomknął on na trzech łapach do okopów chyżo niby ścigana jaszczurka. Przykład ten zrobił swoje. Kto żyw, rzucił się za nim, stawiając życie na jedna kartę, byle wyrwać się z nieznośnego położenia.
Wbrew najśmielszym przewidywaniom wszyscy dostali się do rowu bez uszczerbku, choć Paprosiński – jak był sobie zapowiedział – wrócił ostatni i z godnością, jakby starszy pan postępujący za gromadka rozdokazywanych uczniów, wracających z jakiejś niewinnej wycieczki.” (S. Rembek, „W polu”, Warszawa 1993, s. 90 – 95).

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.