Walka (epizod 3) – kontratak

W poluWiększość publikacji na temat wojny polsko – bolszewickiej rysuje jej obraz niemal idylliczny; „jak to na wojence ładnie…”.
Piszący o tym publicyści – męczennicy klawiatury –  pisywali, i nadal pisują – często niewiele więcej wiedząc na ten temat niż ich czytelnicy, że nie było tak źle. Owszem – czasami z krwawą daniną życia i cierpienia bohaterskich Polaków, ale przecież nasi byli tacy dzielni, tacy młodzi, pełni entuzjazmu i wiary w zwycięstwo, bo nad nimi czuwały; jeśli nawet nie Boża Opatrzność, to na pewno geniusz i nieomylność Naczelnego Wodza.
Podobnie jest i z badaczami zawodowymi – historykami. Z kolei ich obraz w dużym stopniu zależny od ich stosunku do tak zwanej poprawności politycznej, zmiennej w czasie, zależnie od koniunktury politycznej i postępującej degrengolady życia uniwersyteckiego.

Taki obraz obowiązywał w II Rzeczpospolitej, a i dzisiaj pozostaje dominujący, zwłaszcza w przedstawianiu wydarzeń z przełomowych dni sierpnia 1920 r. Na scenie żywej historii nie ma już ostatnich uczestników i świadków tamtych wydarzeń. Teraz pozostaje już tylko poszukiwanie dobrej lektury i rzetelnych źródeł.
Zadanie to spełnia w jakimś stopniu pozostawiona nam wojenna beletrystyka Stanisława Rembeka, żołnierza tej wojny i wiernego świadka wydarzeń. I chociaż Jego epickie opisy w istocie nie mogą być bezpośrednio dla historyka materiałem źródłowym, to jednak ich porównanie do jego „Dzienników” – na gorąco notowanych na froncie – wskazuje na wielką wiarygodność obrazów tej wojny, zarysowanych rembekowskim piórem.
W powieści „W polu” przedstawia On całkowitą zagładę jednej z kompani 10 Dywizji gen. Lucjana Żeligowskiego, w czasie odwrotu na polskim Froncie Północno – Wschodnim w lipcu 1920 roku.
Zachęcam najpierw do przeczytania dwu wcześniejszych fragmentów tej powieści, cytowanych poniżej na tej stronie, a po nich do opisu polskiego kontrataku na bolszewicki oddział, który opanował wieś Śmigalszczyznę, w trakcie którego polski oficer spotyka rannego bolszewickiego komisarza. Scena niezwykła, opis niezwykły, myśli, skojarzenia i pytania niezwykłe – i lektura niezwykła. Zapraszam. CWU.

”Ludzie biegli u kresu sił, fioletowi ze zmęczenia, ze zwisającą u otwartych ust gęstą, jadowitą śliną. Nie widzieli już nic z poza czerwonych plam i czarnego deszczu cętek latających im przed oczyma. Kiedy zaś jeszcze bolszewikom udało się ściągnąć na skraj lasu za Śmigalszczyzną ciężkie karabiny maszynowe, które na kształt potężnej, o niewidzialnych ostrzach żniwiarki zaczęły kosić zboża i krzaki, stanowiące osłonę polskich tyralierek – zupełny pogrom odciętych kompani zdawał się nieunikniony. W ostatniej jednak chwili przeciwuderzenie odwodów pułkowych wyparło nieprzyjaciela z płonącej wioski i wyrównało z powrotem niebezpiecznie zagiętą linie bojową.” ( S. Rembek, „W polu”, Warszawa 1993, s.14).

”Za nim zaczęli posuwać się inni. Szło to z początku opieszale, gdy jednak osiągnęli szczyt fałdy ziemnej oddzielającej ich od wioski, a gdzie ogień bolszewicki stawał się gęstszy i skuteczniejszy, ruchy strzelców nabrały tej niesamowitej zręczności i błyskawiczności, jaka cechuje wszystkie stworzenia w niebezpieczeństwie. Ukazywali się zawsze nagle i niespodzianie jak podrywające się na widok myśliwego kuropatwy; przemykali od zasłony do zasłony szybko i nieuchwytnie dla oka, niby spłoszone jaszczurki; aż wreszcie, gdy przebiegali łan stratowanego i splątanego owsa i gdy w oczy uderzył ich żar płonącej wioski – zamrowili się na łączce przed nią, jakby z pod ziemi wyrośli, i z ogromnym rykiem runęli do szturmu.
Przez jeden tylko moment ustawiony pod jakimś płotem karabin maszynowy zabłysnął im w twarz pośpieszna serią, w tejże chwili Piesik nie wstrzymując pędu i nie zamachnąwszy się nawet rzucił granat jajowy. Wykonał to tak słabo i niezręcznie jak pensjonarka z wstępnej klasy, nie mniej trzej bolszewicy obsługi prysnęli w tył jak zdmuchnięci. Nim jednak opadł kurz po wybuchu, czwarty bolszewik w czarnej papasze dopadł opuszczonej maszynki i skierował ja znowu w twarze nadbiegających.
– Bij takiego syna! Bij takiego syna! – wrzasnął nieludzkim głosem plutonowy Zajączkowski.
Gruby Rudajewski na swych krótkich i krzywych nóżkach wykonał nieprawdopodobny nie notowany chyba w kronikach sportowych skok i całym swym ciężarem spadł na nieustraszonego czerwonogwardzistę. Reszta atakujących przemknęła nad nimi jak porwane wichrem liście.
Uciekający bolszewicy, którym drogę zagrodziła ognista ściana płonącej wioski, porzucili karabiny i biegiem zawracali z podniesionymi rękami, wrzeszcząc przeraźliwie:
– Pan wasz! Pan, nie strielaj! Pan, zdajuś!
Fala atakujących wyminęła ich w pędzie, jak w kontredansie, nie spojrzawszy nawet. Jeden Piesik szturchnął w tył kolbą najbliższego.
Obie kompanie wpadły już miedzy zabudowania. Chałupy i stodoły płonęły objęte płomieniami ze wszystkich stron. Czarno – czerwone grzywy ognia i dymu łopotały na strzechach, wysuwały się znienacka drzwiami i oknami, rzekłbyś; stado uwięzionych potwornych wężów. Szrapnele błyskały nad nimi trupio blade, szybkie i bezgłośne w tym ogólnym szumie i gwarze. Na zaciągniętej pajęczynami dymów ulicy szarzały rozsypane dość gęsto trupy Polaków i bolszewików, wypisując jak hieroglifami historie ataków i kontrataków, które przez wieś przechodziły.
Nowa grupka bolszewików zerwała się w opłotkach z podniesionymi rękami i krzycząc: „Nie strielaj, pan!” – przemknęła pomiędzy nacierającymi, byle jak najprędzej wyjść z tego piekła.
Zwycięscy zatrzymali się, rozglądając się z bystrością i czujnością zwierząt leśnych węszących niebezpieczeństwo.
Powietrze pełne było świstu i brzęczenia kul nadlatujących ze wszystkich stron oraz jęku i pogwarku pękających wysoko polskich szrapneli. Dalsze zapędy powstrzymywała ognista ściana, promieniująca tak silnie, iż zbliżającym się do niej zdawało się, że lada chwila roztopią się i rozlecą jak rozlutowanie garnki. Już też „kombinatorzy” i „dekownicy” zaczęli zawracać i wymykać się na tyły, odprowadzając jeńców czy rannych towarzyszy.
Paprosiński, który dobiegł tu ze swoim plutonem, stał z rozpiętym mundurze, z pistoletem w dłoni, spocony i zziajany, nie mogąc złapać powietrza w duszącym żarze.
– Naprzód, chłopcy! Naprzód! – nawoływał bez przekonania, choć wiedział doskonale, że nie ma prawa spocząć na wawrzynach, dopóki przeciwległy skraj wioski nie znajdzie się w jego rękach.
Ale w tym celu należało przebyć ulicę, która w tej chwili wydawała się potwornych rozmiarów paleniskiem.
Zdecydował się jednak i skoczył.
W jednej chwili oślepł na oba oczy, które zaprószyły mu gorące sadze. Zasłonił lewą ręką rozbolałe powieki i posuwał się naprzód patrząc jedynie przez szparę miedzy palcami, zasnutą matową szybą łez. Nie oddychał zupełnie, jak przystało na nurka, zagłębiającego się w obcy sobie żywioł. Nie cofał się jednak, dostrzegł bowiem przedzierające się przez kłęby sinego dymu poskręcane postacie strzelców swojego plutonu. Niektórzy z nich strzelali po drodze i błyski wystrzałów ukazywały się upiornie białe.
Wreszcie wypadł na przestrzeń wolniejszą nieco od dymu. Mógł nareszcie oddychać.
Ulica rozwiodła się tu, tworząc mały trójkątny placyk. Górował nad nim stojący na rozstaju czarny popękany krzyż z daszkiem i małym fartuszkiem uwiązanym w połowie jego wysokości. Krzyż płonął. Rude ogniki wyskakiwały co chwila spoza niego niby goniące się po sośnie wiewiórki. Ocalały cudem dotąd fartuszek łopotał rozpaczliwie szybko. Było coś wstrząsającego w tym ruchliwym małym strzępie na tle szkarłatnych płomieni oraz brudnych zwałów dymu i w tym strachu przed zagładą martwego przedmiotu w obliczu rozsypanych ma drodze trupów ludzkich.
Pod krzyżem stało nieruchomo paru bolszewików z podniesionymi pionowi rękami.
Strzelcy rozbiegli się, węsząc na wszystkie strony niby stado wilków plądrujących uśpiona wioskę. Było ich najwyżej dziesięciu.
– Komisarz! – wrzasnął naraz Piesik, który wysunął się pierwszy w kierunku prawej odnogi ulicy.
Na progu okazałej chaty ze strzechą, całkowicie już objętą płomieniem, siedziała jakaś skulona postać. Paru żołnierzy skoczyło ku niej z podniesionymi kolbami jakby ujrzeli wściekłego psa. Palce i szczęki chwycił im nagły spazm pierwotnej nienawiści, nienawiści ptactwa dziennego do puchacza lub sowy. Nawet Paprosiński, patrząc na tę scenę, uczuł przez jedną zbiegłą mu z pod kontroli chwilę w gruczołach ślinowych i trzewiach lubieżną radość oczekiwania momentu, gdy zacznie się miażdżenie i rwanie na kawały tego osobnika drapieżnego gatunku, krwiożerczego jak pantera, a jak żmija pełnego jadu nienawiści. Takie bowiem wyobrażenie powziął o komisarzach rewolucji na podstawie gazet i sprawozdań uciekinierów z Rosji.
A ów siedział nadal, skulony, w obcisłych czarnych butach, w czarnej kurcie skórzanej i w czarnej czapce, którą zsunął na tył dłonią podpierającą mu skroń, jak człowiek , którego spotkało wielkie nieszczęście. Nie poruszył się nawet wtedy, gdy zawisły nad nim kolby niosących mu śmierć wrogów, ale za to jeńcy bolszewiccy, którzy zazwyczaj sami wydawali zemście komunistów, teraz ryknęli w obłąkanym przerażeniu:
-Nie trogać jewo! Nie trogać! On raniennyj!
Polacy odskoczyli jak od miny mającej wybuchnąć lada chwila. Teraz dopiero spostrzegli, że komisarz był ranny. Kula karabinowa czy szrapnelowa odłupała mu kawałek czaszki. Miedzy palcami sączyła mu się krew i blade gruzełki mózgu. Jedno gwałtowniejsze poruszenie mogło spowodować opróżnienie tej dziurawej skorupy z substancji, która tworzyła z niej głowę człowieka.
Litość, zrodzona z obrzydzenia i grozy, wykrzywiła twarze.
– Może da się go jakoś odnieść do ambulansu? – powiedział plutonowy Zajączkowski podchodząc ostrożnie do nieszczęśliwego.
– Nie ruszać go! – wrzasnął histerycznie Paprosiński.
Obserwował on pogrążonego w straszliwej zadumie komunistę z piekącą ciekawością. O czym może myśleć człowiek, któremu nagle do czaszki zajrzało światło wschodzącego słońca? Co czuje, gdy mu w obnażone zwoje uderzy szum pożaru, trzask karabinów i huk pękających szrapneli? Czy tą żałosną resztką okaleczonego organu świadomości obejmuje teraz bezsens swojego życia?
Tym swoim naganem, którego pusta pochwa zwisa mu u pasa, niejedną zapewne rozłupał czaszkę, w której snuły się inne niż w jego kombinacje urządzenia wspólnego życia ludzkości. Nieraz bez wątpienia tłumił w sobie litość i zgrozę na widok tchórzów, którzy wlekli mu się u nóg błagając o życie, szaleńców, którzy mordowani ryczeli o ratunek, bohaterów czekających spokojnie na śmiertelny wystrzał jego rewolweru z nieludzkim wysiłkiem zamierającego serca. Nieraz miażdżył głos swojego sumienia na widok rodzin skazanych, spazmujących, mdlejących i przeklinających go, gdy nie mogły wyżebrać u niego życia najdroższych sobie osób – wszystko w imię nieomylności i doskonałości tej obrzydliwej mazi, która teraz oto ściekała mu po brudnych palcach? Czy tak samo widzi te sprawy, gdy jego świadomość wyjrzała na świat z tej łupiny, w której była dotychczas zamknięta?…
W tej chwili płonący nad głową siedzącego dach zapadł się z hukiem do wewnątrz chaty; dwa czarne ramiona dymu buchnęły oknami, zasłaniając go zupełnie. Gdy ukazał się znowu, płonęło już na nim ubranie. Nie poruszył się mimo to, jakby nawet śmierć sama nie zdołała go wyrwać z jego ponurej zadumy.
Nikt już nie skoczył, aby go wyrwać ze szponów ostatecznej zagłady.” (S. Rembek, tamże, s. 111 – 115).

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.