Walka (epizod 4) – obrona Ossowa

TEN WPIS PRZYBLIŻA DO PRAWDY O CUDZIE NAD WISŁĄ W 1920 ROKUGutowski - obraz ks. Ignacego

Wiktor Gutowski – „Ks. Ignacy Skorupka prowadzący do ataku”

Każdy, kto chce poznać prawdę o wydarzeniach z przełomowych dni sierpnia 1920 roku w Polsce, i zada sobie nieco trudu, aby przybliżyć się do niej, zauważy, że w tej sprawie funkcjonują co najmniej dwie wersje wydarzeń.
Wersja oficjalna – podobna do szerokiego, dobrze udeptanego „traktu”, na którym wszystkie pozytywne zdarzenia prowadzące do polskiego zwycięstwa bez skrępowania są wyjaśniane metodą myślenia racjonalnego, przede wszystkim jako skutek geniuszu Naczelnego Wodza. Budowa tego „traktu” rozpoczęła się zaraz po zakończeniu wojny polsko – bolszewickiej, i trwa do dzisiaj.
Dla odróżnienia wersja nieoficjalna, podobna jest do wąskiej ścieżki wijącej się przez gąszcz niedomówień, pominięć, manipulacji, półprawd, a często także i całych kłamstw.
Dotyczy to nie tylko do końca niepoznawalnej w sposób racjonalny natury Cudu nad Wisłą („Ja sam nie wiem, jak myśmy tą bitwę wygrali” – słowa Józefa Piłsudskiego do Kardynała Aleksandra Kakowskiego), ale i prawdy o okolicznościach śmierci ks. Ignacego Skorupki, przebiegu Bitwy pod Ossowem, przebiegu i znaczeniu Bitwy nad Wkrą, znaczeniu polskiej kontrakcji znad Wieprza, a także o drugoplanowej roli Józefa Piłsudskiego w przełomowym okresie Bitwy, który na jej początku złożył dymisję z pełnionych funkcji.

Zapraszam do zapoznania się z relacja jednego z młodocianych uczestników obrony Ossowa. Ta relacja, i jej podobne, są na ogół pomijane w oficjalnych opisach obrony Warszawy w 1920 roku. I chociaż nie zawiera ona ogólniejszego zarysy taktycznego boju pod Ossowem, to jest sugestywnym obrazem z pierwszej linii walk i cenną, bezpośrednią informacją o psychice i duchu walki młodziutkich obrońców Ossowa. Była to bitwa niezwykła, w wigilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, kiedy to najsłabsi – pokonali najmocniejszych, zapoczątkowując ciąg pomyślnych wydarzeń na Froncie Północno – Wschodnim, aż do zwycięskiego zakończenia wojny. CWU

RELACJA druha J. W. ŁADY, kaprala 236 p.p. A. O., UCZESTNIKA BITWY POD OSSOWEM 14 sierpnia 1920 r.

”Szybko rozwinęła sie nasza tyraljera. Karabiny maszynowe (bolszewickie – CWU) narazie ucichły, tylko kule karabinowe brzęczały koło nas jak osy, ale po chwili karabiny maszynowe znowu zagrały. Tyraljera padła, tylko od skrzydeł zaczęli chłopcy przebiegać po kilkanaście kroków małemi gromadkami zrzadka, z daleka jeden od drugiego. Jedna gromadka przebiegła, upadła i daje ognia. Wtedy druga robi to samo; leżący upatruje przed sobą miejsca na nowy skok, potem zrywa się i znowu biegnie. I tak dalej i dalej. Tu każdy kamyk, każdy pniak, grudka ziemi, krzaczek drobny, stanowi „tarczę” dla atakującego piechura. Już znajdujemy się o 60 – 70 kroków od okopów nieprzyjacielskich, po chwili tylko 40 kroków dzieli nas od nich. Warkot karabinów maszynowych wzmógł się i ani na chwilę nie przestają ziać one ogniem morderczym. Kule lecą nad nami, padają obok nas, przed nami. Leżę za kamieniem, lufa do czerwoności rozgrzana od strzałów, ani mowy teraz o strzelaniu; tak leżę, niecierpliwiąc się – co nowy rozkaz przyniesie; wtem „pęc” – kula uderza przed samym kamieniem, obsypując mi oczy piaskiem, po chwili druga odbiła się od kamienia, krzesząc słup iskier, po chwili pada trzecia, czwarta. To mnie zaczyna denerwować, oglądam się w lewo i z przerażeniem widzę biednego „skauciaka” Grotta, jak leży na wznak, nieruchomy, tylko z czoła bucha strumień krwi, zmieniając twarz nie do poznania, a z prawej strony jakiś uczeń, którego nazwiska nie pamiętam, leżąc twarzą do ziemi, drze się wniebogłosy „sanitariusz, sanitariusz!”, a tu ani myśleć nie można, aby się ruszyć do którego z pomocą. Za mną leży porucznik ( prawdopodobnie ppor. Mieczysław Słowikowski – dowódca 1 kompani i całego batalionu – CWU), coś kreśląc spokojnie ołówkiem na mapie, kule coraz gęściej nas zasypują, więc odzywam sie do porucznika:
– Panie poruczniku! te dranie chcą nas sprzątnąć!
A on na to spokojnie:
-Nic nie szkodzi, zaczem oni nas zdążą sprzątnąć, to my ich stamtąd wykurzymy!
I wkrótce, jak błyskawica, przelatuje przez naszą linie rozkaz „bagnet na broń!” Ogień nasz słabnie, tylko od strony nieprzyjacielskiej wzmaga się, jakby wrogowie przewidywali, że następuje ostateczna chwila rozprawy. Po chwili porucznik do mnie mówi: „zaczynamy!” Zerwaliśmy się. Ostatni skok i cała tyraljera z wrzaskiem „hura, hura!” pędząc w ogniu krzyżowym karabinów maszynowych, ścielących wały trupów i rannych, wpada na linję bolszewicką. Tu zaczyna sie walka wręcz, słychać krzyki, błagalne głosy, wzywanie imienia Bożego, przekleństwa i złorzeczenia, sapanie zmęczonych płuc, szczęk bagnetów…
Podczas ataku nie zdaję sobie sprawy z tego gdzie jestem, co się koło mnie dzieje – to piekło…
Ludzie nie rozumieją i nie myślą co czynią; instynkt działa, a nerwy podtrzymują. Jak długo podniecenie takie trwać może, nie wiem. Lecz zdaje się, całe godziny, dni, nawet i tygodnie. Człowiek nie czuje zmęczenia, głodu i braku snu.
Setki walczących, przepojonych jedną myślą, jednym zamiarem i jednym pragnieniem – przedrzeć się przez wroga, zgnieść go, potem niech się dzieje co chce…
To był nasz chrzest ogniowy.
Takich ataków mieliśmy 7, trwających od godziny 3 ½ rano do godziny 4 – ej po południu (Zgodnie ze źródłami urzędowymi – przypis autora tekstu), a wieś Osów z rąk do rąk przechodziła, tak samo, jak u naszych pradziadów Olszynka Grochowska. Mężnie szła za każdym razem brać na bagnety, strzelać nie można było, bo lufy rozgrzewały sie od strzałów, a zamki pozacinały sie od piasku, od częstego „padnij”. Człowiek był więcej do wściekłego zwierzęcia podobny, aniżeli do ludzkiej istoty. Brudny, wprost czarny, krwią zbryzgany, z rozwichrzonym włosem, z oczami krwią nabiegłemi, a w piersiach dawał się słyszeć skrzyp wychodzącego powietrza ze zmęczonych płuc.
Taki był bój pod Osowem – obrona Warszawy i siedem brawurowych ataków młodzieńczego bataljonu na przeważające siły bolszewików, posiadających znaczną ilość karabinów maszynowych, gdy z naszej strony nie było ani jednego.

Ilu w ostatnim ataku dobiegło do linji bolszewickie i wzięło udział w dalszej kontrofensywie armji polskiej – nie wiem. Gdy po walce ranny i nieprzytomny przywieziony zostałem na punkt opatrunkowy do Ząbek, spotkałem kilku „skauciaków” tak jak i ja poobwijanych w bandaże, ale na szczęście niezbyt ciężko rannych, którzy z prawdziwą miłością braterską opiekowali sie mną, gdy przewożono mnie czołówką do szpitala w Warszawie.

Kapelan, druh ks. Ignacy Skorupka, padł przeszyty kulami w pierwszym ataku, idąc na czele tyraljery, pod Osowem.

A nas „skauciaków” z całej poprzedniej gromadki zostało tylko czterech…
Bataljon nasz po walkach, które toczył pomiędzy wsiami Turowem, Osowem i Leśniakowizną prawie cały został wybity (szacunkowe dane mówią o około 300 zabitych w 800 – osobowym batalionie, całości polskich strat pod Ossowem jest szacowana na około 600 zabitych, rannych i zaginionych, po stronie nieprzyjaciela straty porównywalne, lub tylko nieco większe – CWU), a tylko resztki przyłączono do 36 p. p. jako „2 bataljon śmierci”.
W nocy jednak, z dn. 14 na 15 sierpnia, front bolszewicki został przerwany i rozpoczęła się wielka zwycięska ofensywa polska.” (W. Nekrasz, „Harcerze w bojach”, Warszawa 1931, cz. – II, s. 169 – 172).
W cytowanym tekście zachowano pierwotną pisownię.                                                                                                                                                                               

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.