WIGILIA ŻOŁNIERSKA 1918 – WEDŁUG EUGENIUSZA MAŁACZEWSKIEGO

Małaczewski Eugeniusz

Eugeniusz Małaczewski (1895? – 1922) – żołnierz – tułacz, Murmańczyk 1918 – 1919, w roku 1920 żołnierz – dziennikarz i literat w służbie walczącego narodu – jest może już znany czytelnikom tej strony. Wcześniej było o Nim tutaj:
http://cud1920.pl/740/eugeniusza-malaczewskiego-droga-na-polnoc

W opowiadaniu „Blokhauz pod Syreną” opisał niezwykłą Wigilię polskich żołnierzy na Murmaniu w roku 1918. Polscy Murmańczycy, to żołnierze z rozbitych w roku 1918 Polskich Korpusów Wschodnich, którym udało się, jako nielicznym, przedrzeć w rejon Morza Białego, gdzie z kilku kompani utworzono u boku Anglików Polski Batalion, liczący pod koniec 1919 roku około 300 oficerów i żołnierzy. Zanim zostali ewakuowani drogą morską do Francji pod koniec 1919 roku, i zanim dotarli do Polski w grudniu, zdążyli jeszcze wziąć udział w toczącej się wojnie polsko – bolszewickiej. Na Murmaniu wsławili się bohaterską i niezłomną postawą walecznych – jak ich nazywano – Lwów Północy, którzy przyczynili się skutecznie do wyzwolenia Archangielska i Pobrzeża Morza Białego, z ujściem Wołogdy i Dźwiny Północnej.

„Blokhauz pod Syreną”, jak i wszystkie teksty Małaczewskiego – napisany jest niebanalnym językiem; pełnym swobodnych wzlotów; z frazą szeroką i śpiewną jak woń pól kresowych, gdzie współrodził się polski język i sarmacka fantazja; z metaforą, którą mogła powstać tylko na takiej ziemi, gdzie krew pomieszana z winem, pachniała świeżo pieczonym chleba i wonią nieznanych nad Wisła kwitów, a śmierć wydawała się tylko niekoniecznym dodatkiem do życia.
O Anglikach na Murmaniu napisał tak:
”Anglicy jak bociany przyszczódłowali po bagnach na front, zajęli zdobyte już obszary i „nastąpiła” tam Anglia. Rozlegała się angielska komenda; wojacy na warcie stali, a raczej siedzieli z fajka w zębach, czytając Timesa; noga co krok potykała się o blaszanki po zjedzonych konserwach, w których mądrość brytyjska zamarynowała w glicerynie i occie to wszystko dla swojej armii, co na świecie da się wypić i zjeść. A więc; od mięs z afrykańskich małp i kangurów Australii (autentyczne – E. M.) aż do kompotów z brzoskwini kalifornijskiej. […]
Jenerałów angielskich doświadczenie poucza, że w zawojowanym kraju dzikich ludzi buduje się małe fortece, tak zwane blokhauzy, osadza się tam Szkotów wraz ze stosem małpich konserw, odrutowuje się to wszystko kolczastym drutem i – czeka.” (E. Małaczewski, „Koń na wzgórzu”, Warszawa 1991, s. 19).

Polaków na Murmaniu tak przedstawia:
”Żołnierz, powiedziałem, był od angielskiego różny. Oddział w jednej połowie składał się z wąsatych wiarusów, którzy w ciągu wielkiej wojny kolejno jedli chleb z pieca wielu europejskich armij; zaś w drugiej połowie – ze skautów, młodzików zapatrzonych w starszych towarzyszów broni jak w tęczę. Od czasu wojen napoleońskich świat nie widział takiego żołnierza”. (Tamże, s.20 – 21).

Polacy otrzymali również rozkaz wybudowania własnego blokhauzu, Jak to zrobili w ciągu jednego dnia, trudno dociec nawet z samego tekstu Małaczewskiego, niewątpliwe jest tylko to, że zaangażowali sobie tylko znanymi sposobami do tej sprawy miejscową ludność, która ochoczo przystąpiła do współdziałania i „Zanim zapadł zmierzch, co w tamtejszym kraju bywa zimą o pierwszej po południu, na pododcinku polskim stał już blokhauz, jakiego Wielka Brytania ani jej kolonie nie pamiętały od wieków. Budowla spękacona ziemnym obsypem, wznosiła się jak kurhan pośród potrójnego pierścienia kołków gęsto zaprzędzonych włochatym drutem kolczastym. Z daleka czerniło się to jak olbrzymi opasły pająk, co się rozsiadł i czyha na otoczu grubo zakopconej pajęczyny. Z tego pająka na zimowe powietrze coś ulatywało jak siny oddech. To w blokhauzie palił się już piec i dymił jak komin fabryczny. „Biełyje orły” smażyli na ognisku upolowana gęś dziką i również upolowane, ale swojskie prosię.” (tamże. s. 21 – 22).

Gulgotała woda na herbatę (Małaczewski użył tu rosyjskiego słowa „czaj”, którego ja w tej sytuacji unikam, bo spędziwszy kilka lat wśród leczących się narkomanów, przyswoiłem mniej pozytywne znaczenie tego słowa jako używki stosowanej w zastępstwie innych środków do trucia) i zagulgotał gliniany, pękaty, gąsior, wypełniony rumem.
Tymczasem angielskie placówki, którym nijak nie udawało się naruszyć zgromadzonych i powalonych na kupy bali „[…] musiały spędzić polarną noc na śniegu. [ z mrozem dochodzącym już do 25 stopni – CWU]. W tę noc wielkiej i twórczej rasie robiło się jeszcze smutniej gdy w polskim blokhauzie widzieli światło i słyszeli stamtąd na całogardłowy śpiew, w którym wciąż i wciąż się powtarzał śmieszący angielskie ucho nawrót: Hopaj – Siupaj – Dana! (tamże. s. 23). […] Czas płynął jak wartka rzeka. Ani się nie obejrzano, jak nadszedł dwudziesty czwarty grudnia….

Wojciech Kossak - Gwiazdka legionowa - do druku                                       Wojciech Kossak – „Gwiazdka legionowa”

Ciągnijmy dalej wigilijną opowieść Eugeniusza Małaczewskiego na dalekim Murmaniu – gdyż, jak mówi współczesny Poeta (Poeta przez duże „P”) :

będziemy wracać wszyscy do wspomnień
do tamtych śniegów i trudnych świąt
gdy naszych Ojców tułaczy żywot
rzucał w najdalszy na ziemi kąt

gdy na Syberii odarci z bliskich

z aniołem śmierci z lodowych piór
niczym zwierzęta w tamtej stajence
tworzyli smutny i głodny chór
Kazimierz Józef Węgrzyn – „Wigilia Polska” (fragment)

”Było polarne południe zimowe. Słońce znajdowało się u szczytu tego małego półkola, które zakreśla się teraz co dnia tuż nad samym horyzontem zatraconym w śniegu. Dokoła bielała pustynia śnieżna. Gdzieś na linii widnokręgu bór, malejący w skutek oddalenia, czernił jak wąska tasiemka aksamitu. Na dookolnym placu różowiał i fiolecił się od niskiego światła słonecznego śnieg gruby na par łokci. Odcinały się na nim czarno – zielone wierzchołki świerków zawianych prawie do szczytu. Tam i sam biegł i krzyżował się wklęsły ślad stóp ludzi, którzy tędy przebrnęli. (E. Małaczewski, op. cit. S.24 – 25). A gdy żołnierze zaczęli gromadzić się w swoim blokhauzie […] do śladów już istniejących dodały się nowe, takie same, ale jeszcze więcej sieroce jakieś.
Za chwilę wojacy uplacowali się w blokhauzie i ogarnął ich zadumany smutek, mający w sobie coś uroczystego. Przecie była dziś Wigilia. Myśli z niesfornych głów pomknęły daleko, daleko przez zaśnieżony obszar tysięcy mil, jak jaskółki rozświegotane tkliwie. W dniu powszednim mieli czas zajęty ciężką służbą lub beztroskim próżniactwem żołnierskim i nie zabijali sobie głowy byle czym. Wieści o kraju nie dochodziło żadnych. W listopadzie dowiedzieli się wprawdzie z komunikatów angielskich, że Niemcy wojnę przegrali, ale o Polsce nie było nic. Co więcej, chodziły bajędy o wielkiej anarchii i głodzie w kraju. Więc chłopcy ścisnęli zęby na łacniejsze wytrwanie, splunęli w garść, aby lepiej wyobracać karabinem, i robili dalej to, co dobremu żołnierzowi przystoi: nie mędrkować, lecz strzelać i kłuć, kogo rozkażą. Czasami wydawało się im, że zaborczości angielskiej wysługują się po próżnicy. […]
Wnet stół nakryto sztuką namiotu. Nie omieszkano pod improwizowany obrus nasłać siana. W kącie lokalu ustawiono snopek żytniej słomy, zdradzający jednak, że go wydarto po barbarzyńsku z nowego poszycia cudzej strzechy. Na okrytym stole porządnie rozłożono pożyczone od tubylców talerze i sztućce. Trochę tylko dziwnie wyglądał ten wigilijny stół polskiego żołnierza: w pośrodku nakryć stał kulomiot (karabin maszynowy – CWU) na sprytnie rozstawionych nóżkach rusztowania firmy Wickers et Co., niby potworny konik polny, wysuwający na dwór przez strzelnicę jadowity pyszczek lufy z muszką na końcu. Z boku trajkotliwego owada zwieszała się, niby pięknie fryzowany pas, wstęga nabojów lśniąca niklem i mosiądzem. (Tamże, s. 25 – 26)
Sierżant Hurma – chłop z pod Inowrocławia – mający w tym dniu służbę w blokhauzie, rozumował prosto: „ […] przychodzi Wigilia, to jest Wigilia i zachować ją trzeba jak należy. Więc wszystko ma się odbyć pod biegunem tak samo jak pod Inowrocławiem, jak u polskiego chłopa odbywało sie od wieków.” (Tamże, s.25).

Zarządziwszy opisane wyżej przygotowania, sierżant znikł jeszcze na jakiś czas, „ O zmierzchu powrócił, niosąc pieczołowicie pod pachą coś zawiniętego w ręcznik. […] Hurma przystąpiwszy do stołu, jął odwijać owo coś. Oczom zaciekawionych żołnierzy ukazał się omszały starością obraz Matki Boskiej Częstochowskiej , zatulonej z Dzieciątkiem w metalowe „rizy” w stylu bizantyjskiego prawosławia. Lecz podwójna blizna, wymalowana na Jej obliczu, świadczyła o przynależności do innego kościoła.
– Wzionem tu u popa tych brodaczów – wyjaśnił Hurma . – Gadają, że święty jakisiś obraz i cuda rozliczne okazywał. Hale! Jeszcze by cudów nie było – toż nasza polska Matka Boska! […]
Wtem posterunek wystawiony na zewnątrz doniósł, że na niebie zalśniła już wyczekiwana „pierwsza gwiazda”.

Wówczas Hurma wziął ze stołu talerz, w którym były pokruszone białe galety angielskie. Zebrał dokoła siebie podkomendnych, z biskupim majestatem przeżegnał pszenne okruchy i przełamał się nimi, jak opłatkiem, ze swoją sekcją. Spoważnieli wszyscy. Po czym zasiedli do stołu udekorowanego kulomiotem. Spożyto barszcz z uszkami, osobiście ugotowany przez Hurmę. Zabrano się do pieczonych i faszerowanych ryb z gatunków miejscowych. O tych rybach Hurma mawiał, że ani jedna nie nazywa się po ludzku; istotnie nazwy brzmiały po samojedzku.
Za stołem długi czas panowało milczenie. Nie wieczerza to była, lecz raczej msza dusz polskich, wpół tylko obecnych tam gdzie ciało. Ale wszystkie piersi rozpierała smętna wielkość roztęsknionego tułactwa w imię tej, co nie zginęła, a zmartwychwstać miała. […] Przy którymś daniu Hurma dał hasło do picia, umoczywszy wiechcie wąsów w kubku z rumem. Nastrój od alkoholu się rozchwiał. Rozwiązały się języki. Rozmowa była niejako echem poprzedniej zadumy. (Tamże, s. 28 – 29).
A była to odwieczna rozmowa Polaków: O wolności; o daremnym wysługiwaniu się obcym, z nadzieja na ich pomoc, O San Domingo, o Verdun, o tym jak ubóstwiany Napoleon nabił nas w butelkę, o ich obecnej wysłudze Anglikom za „podły rum i marynowaną małpę”.
Te rozmowy przerwało pojawienie się dowódca oddziału, znanego z długich sążnistych przemów, które były powodem do żartów ze strony jego podkomendnych. Jakoż „Komendant odchrząknął i otworzył już usta w sposób będący zapowiedzią nie byle jak utoczonego okresu… Wtem machnął ręką i głęboko wzruszonym głosem zawołał:
– At, co tu gadać! Dajcie, moi chłopcy, lepiej pyska! Tylko co otrzymałem wiadomość. Polska jest wolna i wielka. Wszystko co wiemy – łgarstwo!

I chwytając żołnierzy po kolei w ramiona, sypał w międzychwilach słowami:
-Komendant Piłsudski w Warszawie. – Jest rząd. – Sztubacy porozbrajali Niemców w całej Kongresówce. – Armia maszeruje na Wilno – Poznań nasz. – Muśnicki grzmoci Szwabów. – Polska będzie od morza do morza! – Trzymajcie mnie, bo zwariuję!!
I zwariował – o ile łzy, ciurkiem płynące po twarzy żołnierza, są szaleństwem. Za przykładem dowódcy powariowali żołnierze. Szarże w zgromadzeniu znikły. Ściskano się i całowano bez względu na nie. […] I z gardzieli założonych szlochem szczęścia wyrwała się razem u wszystkich – pieśń zrodzona w godzinie najgłębszej niedoli Narodu. Jej znana melodia jest posępna jak psalm nieszporny. Lecz pieśń, oskrzydlona bezdennym zapałem młodych dusz, brzmiała fanfarami, jakich w sobie nie ma nawet płomienna Marsylianka. A słowa:
                                        „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz!”
rozległy się pełnią triumfu, a zarazem groźby niezłomnej […]
I wariowali tej nocy do rana, śpiewając, krzycząc, śmiejąc się, płacząc, tańcząc, tarzając się po śniegu, przepijając do pomalowanej syreny, chodząc po blokhauzie i dokoła niego na rękach, na głowach.

Była to w ich życiu Wigilia najpiękniejsza. I najpiękniejszą zostanie, bo się wielki cud w życiu nie powtarza” (Tamże, s. 30 – 31).

Pomódl się Bracie za Polskę
Pomódl się za Ojczyznę

Pomódl się za Polskę, która jest Królestwem Najświętszej  Maryi Panny. Pomódl się szczególnie teraz, i w czasie najbliższym; w Nowym Roku 2016 i na dalsze lata. Bo znów plują nam w twarz obcy, i swoi zdrajcy. Bo znów nikczemność sięga po władzę, chce podeptać Polskiego Ducha, zawładnąć naszymi umysłami, zasiąść na ołtarzach, i na zawsze pozbawić nas wolności – tak wytęsknionej, i tak krwawo opłaconej przez minione pokolenia.
Dobry
          Kazimierz Alchimowicz – „Boże Narodzenie – pokłon pasterzy” (węgiel na papierze)

Czytelnikom tej strony i całej, niepodzielonej, Polsce, życzę błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia i Bożego Błogosławieństwa.
Czesław Wójcik – Uglis

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.