Boże Miłosierdzie na polu walki

„Miłosierdzie to aktywna forma współczucia, wyrażająca się w konkretnym działaniu, polegającym na bezinteresownej pomocy. Samo współczucie nie przekładające się na działanie miłosierdziem jeszcze nie jest. Termin ten wywodzi się z Biblii.

Miłosierdzie jest jednym z najważniejszych przymiotów Boga, tak jak jest on opisywany w Biblii. Jego aktem jest już sama kreacja świata, opieka Boża nad ludem Izrael i co najważniejsze dla chrześcijan śmierć Jezusa. Krew i woda jakie miały wypłynąć wówczas z boku Chrystusowego uważa się w katolicyzmie za zdroje Bożego miłosierdzia, które zmazały ludzkie winy. Chrystus bardzo często mówi w Nowym Testamencie o miłosierdziu: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”. W opowieści o miłosiernym samarytaninie, dał przykład praktycznej realizacji miłosierdzia.” (Wikipedia)

MiłosierdzieBoże Miłosierdzie przybliżone zostało w naszych czasach za pośrednictwem św. Siostry Faustyny Kowalskiej:
”Napisz to: Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy , przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia.” („Dzienniczek” – 83).
”Wnikaj w tajemnice moje i poznasz przepaść miłosierdzia mojego ku stworzeniom i niezgłębioną dobroć moją […]” („Dzienniczek” – 438)

Czy na polu walki – pomiędzy wrotami piekła i bramą Nieba – może być miejsce dla Bożego Miłosierdzia?
Napisał o tym Stanisław Rembek w opublikowanej po wojnie polsko – bolszewickiej powieści „Nagan” (pierwsza publikacja 1927r.):
”Gdy myślimy, że jesteśmy zupełnie opuszczeni w życiu; gdy nie możemy znaleźć ani okruchu dobra i piękna w otaczającym nas świecie; gdy już nam się zdaje, że ambicje, namiętności i chłodny rozum, piszący krwią istot żywych teorie szczęścia urojonej ludzkości, zdają wytworzyć zupełne piekło na ziemi – zawsze wtedy zjawia się miłosierdzie boże pod postacią dobrego człowieka.” (S. Rembek, „Nagan”, Warszawa 1990, s. 99).
Jest to komentarz autora do niezwykłej sytuacji, opisanej w tej powieści, gdy ciężko ranną polską siostrę miłosierdzia, posługującą rannym żołnierzom na froncie, opatruje obrzydliwy z wyglądu bolszewicki sanitariusz, który zresztą wkrótce ginie od polskie kuli w przypadkowej strzelaninie.
Nie wiadomo do jakiego stopnia opisana sytuacja była znana autorowi z autopsji, żołnierzowi tej wojny, a ile w tym literackiej fikcji. Ale podobna sytuacja wydarzyła się na polu walki 18 sierpnia 1920 roku, na północ od Płocka, koło Trzepowa, kiedy to wracający z pod Włocławka, po nieudanych próbach zajęcia miasta, Korpus Konny Gaja – Chana Brzyskiana, w sile kilku tysięcy szabel i dywizji piechoty, postanowił popróbować lepszego szczęścia w Płocku. Pod Trzepowem bolszewicka kawaleria otoczyła i wycięła w pień polski batalion piechoty, w którym znajdował się 14 – to letni harcerz Józef Kaczmarski z Płocka. W batalionie pełnił rolę ochotnika łącznikowego i donosił amunicje na pozycję.
” W boju otrzymał jedna ranę postrzałową w twarz, drugą w pierś, trzecią ciętą w głowę, czwartą w usta. Gdy po rozbiciu naszej kompanji, nad leżącym we krwi, półprzytomnym chłopcem stanęli dwaj bolszewicy, jeden „spróbował nahajką”, czy ranny żyje; zauważywszy jego ruch pod wpływem bólu chciał go zabić, wołając, że to szkodliwy chłopak. Drugi – wzruszony w głębi uczciwszej widocznie duszy – obronił chłopca, czyniąc uwagę, że mimo szkodliwości jest to jednak dzielny chłopak (wrednyj, a wsio taki maładiec). Wywieziony przez bolszewików do Sierpca, został tam przez nich porzucony w szpitalu w chwili ucieczki […] („O uczniu żołnierzu”, Warszawa – Lwów, b.r.w., s.167).
Wydarzenie to podobnie opisuje korespondent wojenny Adam Grzymała – Siedlecki, na podstawie relacji jego rodziców:
”Gdy dziecko to leżało na polu bitwy, poranione od kul i szabel, podszedł doń sanitariusz bolszewicki i zaczął go starannie opatrywać. W czasie tych chirurgicznych zabiegów zbliżył sie doń jakiś żołdak i zauważył:
– Dobić go raczej malczyszkę, szkodnika („złowriednowo”) należało, nie zaś opatrywać.
Na to zaś ów sanitariusz, nie przerywając roboty, odpowiedział flegmatycznie cedząc słowa:
– Być może, że on i wrednyj, ale bądź co bądź gieroj (bohater).

Nigdy, oczywiście, i nijakim sposobem nie dowiemy się, kto był zacz ten sanitariusz, co go zapędziło do armii sowieckiej, jaki przymus, jaki dramat. Dość, że te przekazane nam słowa jego zalśniły mi jakimś promieniem beznadziejnie zanurzonym w krwawe błocko bolszewickiej psychiki. Więc jednak i tam można czasem, rzadko – o, jakże rzadko – odnaleźć jakąś mikroskopijna iskrę człowieczeństwa. Więc nawet tam, w tej otchłani zdziczenia, trafi się dusza, która czasem, w wyjątkowych okolicznościach coś doprowadzi do stanów, jakie powinny być regułą odczuwania ludzkiego.” (A. Grzymała – Siedlecki, „Cud Wisły”, Warszawa 1921, reprint Warszawa 1990, s. 161).

Warto może pomyśleć, czy po latach tamtych i późniejszych doświadczeń ludzie (ludzkość) zrobiła postęp i przybliżyła się do stanów „jakie powinny być regułą odczuwania ludzkiego”?
Co do ludzkiego postępu w tej sprawie można mieć nadal wątpliwości. Tylko Bóg od tamtego czasu starał się z jeszcze większą cierpliwością przybliżyć do nas wiedze o Jego niezgłębionym Miłosierdziu.

Prawidłowo przyciety

Kapelan udzielający ostatniej posługi rannemu żołnierzowi na polu walki w 1920 roku.

 

 

 

 

 

 
To zdjęcie zawiera pewną tajemnicę, i będzie przedmiotem osobnego wpisu na tej stronie

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.