„Płonący obraz” – świadectwo z wojny polsko – bolszewickiej 1919 – 1920

W sierpniu 1920 roku Polska doznała szczególnej opieki Matki Bożej – Królowej Polski. W chwili największego zagrożenia uratowana została Armia, Naród, i dopiero co wskrzeszone Państwo Polskie. Ale Maryja ratowała także pojedynczych żołnierzy. Oto jedno z takich zdarzeń, przekazane nam przez naszego Ojca – Piotra Wójcika – uczestnika tej wojny.
Po ciężkich walkach, i długich, wyczerpujących marszach, umęczony żołnierz zapadł w głęboki sen. Położył się przy leśnej drodze, na której pojawili się Kozacy na koniach. Jechali w jego stronę. Byli jeszcze daleko i nie widzieli śpiącego polskiego żołnierza. Wtedy właśnie zobaczył we śnie płonący obraz Matki Najświętszej. Płonęła jego rama, a iskry i ogniste żagwie spadały z góry na jego mundur, ręce i twarz…

ZE WSI MAZOWIECKIEJ. Świadectwo to dotyczy naszego ojca Piotra Wójcika, chłopskiego syna Adama i Stanisławy z Trzcińskich, urodzonego 29 czerwca 1901 roku na Mazowszu, we wsi Skwary, Parafia Naruszewo, w Dekanacie Płońskim, w Diecezji Płockiej. Został on powołany do wojska z obowiązującego poboru na początku 1919 roku i wcielony do formującej się 1 Dywizji Piechoty Legionowej Wojska Polskiego. Dywizja ta była doborową formacją w Armii gen. Rydza- Śmigłego, i odegrała znaczącą rolę na Froncie Litewsko – Białoruskim, i w walkach na Ukrainie. A od połowy sierpnia 1920 roku w polskiej kontrofensywie znad Wieprza, i później znów na Froncie Północno – Wschodnim.
Piotr Wójcik - zdjęcie z dowodu osobistego do druku
Piotr Wójcik – zdjęcie z Dowodu Osobistego, wydanego w 1934 r. Wcześniejsze fotografie i dokumenty dotyczące Jego służby wojskowej zostały utracone w czasie ucieczki z Wołynia w 1940 r. 

 

BLIZNA NA GŁOWIE. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam bliznę. Była długą na kilka centymetrów, położoną symetrycznie na szczycie głowy, na środku okrągłej łysiny, otoczonej nad uszami wianuszkiem włosów. Blizna była dobrze widoczna, i może, dlatego nie wydawała się czymś szczególnym. Zdawało się, że jest tak naturalna, jak obecność nosa na środku twarzy, i przekonanie, że mają to wszyscy tatusiowie – myślałem wtedy. Dopiero później, przyszła świadomość, że jest to ślad „pocałunku” Ojczyzny, której wtedy wielu z jego pokolenia nie szczędziło ani krwi, ani życia.

ŻOŁNIERSKA CODZIENNOŚĆ. Ojciec często opowiadał o swoich wojennych przeżyciach. W jego wspomnieniach pojawiały się relacje o uciążliwych, długotrwałych marszach, o odparzonych i poranionych nogach, o soli wykrystalizowanej z potu na plecach mundurów, o śnie umęczonych żołnierzy, którzy czasami zasypiali na stojąco, albo w kolumnie marszowej. Wspominał, że żołnierz musiał zmagać się nie tylko z nieprzyjacielem, ale także z piekącym słońcem, deszczem i błotem, a zimą z trzaskającymi mrozami i śniegami po kolana. Dziurawe buty, bród, wszy, głód, pragnienie, oraz niepewność jutra, i częsta zmienność sytuacji frontowych – to był „chleb powszedni” żołnierzy tej wojny.

WIELKIE ZMĘCZENIE. Był rok 1919 lub 1920 (dokładna data i miejsce, uległy niepamięci piszącego te słowa). W czasie ciężkich, wielodniowych, walk młody polski żołnierz stracił kontakt ze swoim oddziałem. Ten osiemnasto – może dziewiętnastoletni – chłopaczyna w mundurze – Piotrek ze Skwar – podobny był chyba do tych młodzików na froncie, których wspominał ranny oficer, uczestnik tej wojny: Widzę dziecinne ręce poborowych osiemnastolatków, wysuwające się z przykrótkich rękawów mundurów, ręce naiwne, zdziwione, niezdarnie trzymające karabin – narzędzie obce.[…] Oto ku tym chłopczynom, zmęczonym i wynędzniałym, niemal bez oficerów, tkwiącym w indywidualnych okopkach, jak stadko kuropatw wkopanych w śniegu, rwie się ta zgraja, której oni nawet nie widzą, o której nie wiedzą zupełnie.” (Melchior Wańkowicz „Ogniem i Mieczem” , [w:] „Tygodnik Ilustrowany” nr 7 –13/1921, cyt. za „Wojna bolszewicka rok 1920”, Warszawa 1990r., s.44.).
O zmęczeniu żołnierzy, ten sam oficer, tak mówił: „Żołnierz wycieńczony ustaje zupełnie. Kładzie się przy drodze, przysiada na głazie polnym i już się nie rusza, głuchy na wszystko, obojętny nawet na czekającą niewolę.” (tamże, s.45).

NIEZWYKŁY SEN. Z wielu przeżyć naszego Ojca szczególnie zapamiętałem, wiele razy wspominane, wydarzenie o nadzwyczajnej pomocy Matki Najświętszej, która – jak był przekonany – uratowała mu życie w chwili śmiertelnego zagrożenia.
Wyczerpany do granic wytrzymałości Piotrek, gdy zorientował się, że jest sam, zapragnął, choćby na chwilę, położyć się i odpocząć… I tam, gdzie stał, legł na poboczu leśnej drogi i twardo usnął. Nie wiedział jak długo spał. Ale we śnie zobaczył nad sobą obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Nigdy nie był w Częstochowie, ale obraz ten znał ze swego kościoła parafialnego w Naruszenie, którego kopia i dzisiaj znajduje się tam w bocznym ołtarzu. A może ktoś dał mu taki obrazek, gdy opuszczał swój dom rodzinny idąc na wojnę? Nie mogła tego zrobić jego Matka – Stanisława – gdyż już od dziesięciu lat nie żyła. Ze wspomnień innych żołnierzy dowiadujemy się, że byli oni, przed wyjazdem na front, serdecznie żegnani przez nieznanych ludzi, i często obdarowani jedzeniem, albo jakąś skromną pamiątką… Często był to medalik, różaniec, albo poświęcony obrazek. Może był to dar któregoś z księży kapelanów, którzy szli z żołnierzami na front?

PŁONĄCY OBRAZ. Obraz Matki Bożej Częstochowskiej we śnie Piotrka był nad nim. On spał, a Maryja czuwała nad jego snem. Ale gdy Ją ujrzał, to był to widok przerażający. Płonęła drewniana rama obrazu, a w dół sypały się na niego iskry i ogniste żagwie. Bał się, że za chwilę zostanie poparzony. Gwałtownie obudził się, i wtedy, zobaczył przez zarośla czterech Kozaków na koniach, jadących w jego stronę. Szybko się zerwał, i na czworakach umknął w gęstwinę. Był uratowany! Nie ma wątpliwości, jaki byłby jego los, gdyby wpadłby w ich ręce. Jeśli Kozacy bardzo by się spieszyli, to zginąłby na miejscu; dla oszczędności naboi, i nie czynienia hałasu – zostałby zasieczony szablami. Gdyby potrzebowali języka, to musiałby biec na powrozie przy koniu, może przez wiele kilometrów. Później przesłuchanie, może bicie i tortury – na koniec śmierć, a w najlepszym razie głód, poniewierka i upodlenie w długotrwałej niewoli. Zawsze był przekonany, że uratowała go Najświętsza Panna, która obudziła go z głębokiego snu w chwili zagrożenia życia. Wspominał to wydarzenie ze szczególną wdzięcznością i nabożeństwem do Matki Najświętszej.

POD ARTYLERYJSKIM OSTRZAŁEM. Dalsze losy wojenne żołnierza Piotra Wójcika podobne były do losu całej Armii Polskiej w1920 roku. Brał udział w wielu ciężkich bojach prowadzonych przez jego Dywizję, do połowy sierpnia przeważnie w odwrocie. W jednej z potyczek, gdy powoził konnym zaprzęgiem, został ciężko ranny w głowę szrapnelem w czasie bolszewickiego ostrzału artyleryjskiego. Zabrano go nieprzytomnego z pola bitwy. Trafił do szpitala na Woli w Warszawie, gdzie przeszedł trepanację czaszki. Wyjęto mu z głowy odłamek, ale leczenie trwało długo, gdyż szpital opuścił dopiero po zakończeniu wojny. Był z tego pokolenia, które „życia swego los” złożyło na ołtarzu Ojczyzny. Bronił jej wolności. Bronił też Kościoła i wiary, gdyż o to toczyła się ta wojna.

Rodzice zmniejszony do drukuPiotr Wójcik z żoną Heleną z Uglisów. Zdjęcie wykonane w Maniewiczach (?), lub w Kowlu około 1935 roku.

 

JESZCZE JEDEN OŁTARZ OFIARNY. Jest jeszcze coś, co charakteryzuje jego postać. Jak wielu z jego pokolenia – całe życie ciężko pracował na utrzymanie rodziny i wychowanie ośmiorga dzieci. Ręce miał spracowane, pełne odcisków, i po skończonej pracy czasami prosił, aby wyjąć mu z dłoni drzazgę albo kolec ostu. Matkę mieliśmy taką, która uczyła nas, aby te ręce całować…
Miewał też niewielkie słabostki. Niekiedy prosił któreś z dzieci, najczęściej najmłodsze, aby w czasie drzemki podrapać mu stopy. Zapewne poprawiało to krążenie w jego umęczonych nogach. Ale, może także był to jakiś rodzaj terapii, jakiejś osobistej medytacji i zamyślenia nad swoimi przeżyciami. Mawiał wtedy;                    O, gdybyś wiedział gdzie te nogi chodziły i bywało to początkiem nowych wspomnień.
Nie dożył czasu, w którym mógłby głośno mówić o swoim udziale w tej wojnie.    Zmarł w lipcu 1969 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu w Dobrzyniu nad Drwęcą.
To świadectwo, które pochodzi od Niego, i dołączone o Nim wspomnienie, niech pozostanie w zgodzie z myślą katolickiego pisarza i filozofa Jeana Guittona, który napisał, że „każdy okruch [prawdy – CWU] wyrwany zapomnieniu staje się święty”.
Piotr 1968 do drukuOdpoczynek w czasie pracy. Jedno z ostatnich zdjęć Piotra Wójcika – Przemków, wrzesień 1968 r. Do końca poświęcający się rodzinie, i w młodości nie skąpiący swej krwi Ojczyźnie w potrzebie – jak wielu podobnych do Niego (foto
: Copyright © Czesław Wójcik – Uglis)

Czesław Wójcik – Uglis
Świadectwo to zostało przekazane do Archiwum Jasnogórskiego w Częstochowie.

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.