Dwa brzegi – Aneks do Hymnu o Miłości

Poranne słońce rzucało długie cienie drzew daleko, w stronę drugiego brzegu. Nad wodą unosiły się resztki nocnych mgieł i oparów. Zapowiadał się pogodny dzień, i nic nie wskazywało, że przyniesie on komuś dramatyczne wydarzenia podobne do tych, jakie przeżywa niedoświadczony alpinista, gdy nagle odpada od ściany, i wisząc na linie musi podjąć decyzję, co dalej; rezygnować z wysiłku i w dół, ku śmierci – czy mozolnie, od nowa, podjąć jeszcze trudniejsze dźwiganie się ku górze.
Po śniadaniem, na odprawie, przydzielone zostały zajęcia na cały dzień, tak, aby każdy miał się czym zająć na wypadek, gdyby mu przyszły głupie myśli do głowy. Letni obóz leczących się narkomanów, płynących kajakami po mazurskich jeziorach i rzekach, musiał mieć, tak jak i w macierzystym ośrodku, dobrze pomyślany i dopracowany regulamin, w którym wszystko było podporządkowane jednemu celowi; leczeniu i wychodzeniu ze śmiertelnego narkotycznego uzależnienia. Gdy już podzielono wszystkich na mniejsze grupki, tak, aby się wzajemnie kontrolować i wzajemnie sobie pomagać, zabierano się do pracy. Komuś wypadło zadanie nagromadzenia gałęzi i rąbanie drzewa na ognisko. Ktoś miał kontynuować wczoraj rozpoczętą budowę pomostu na brzegu jeziora. Inni naprawiali przeciekające kajaki. Dyżurni kuchenni zaczęli przygotowywać obiad, a kto takiego dyżuru nie miał szedł w grupie kąpać się w jeziorze, albo na pieszą wycieczkę do lasu, lub kajakiem wzdłuż brzegu jeziora.
Dziadek i Mały popłynęli kilka kilometrów w górę rzeki, która uchodziła do jeziora w pobliżu miejsca gdzie rozbił się obóz. Mieli zadanie kupić, w niedużej pegeerowskiej wsi, zamówiony wcześniej chleb dla całego obozu. Dziadek był najstarszy wiekiem i narkomańskim stażem pacjentem ośrodka. Miał już trzydzieści lat życia i ponad dziesięć lat brania. Starszych narkomanów z taką przeszłością rzadko się spotykało, gdyż najczęściej nie dożywali takiego wieku. Miał silną motywację do wyjścia z uzależnienia. Pomagała mu w tym kochająca żona i trójka wspaniałych dzieci, które wiedziały, że tatuś jest chory, że jest w ośrodku, że trzeba go kochać i modlić się, aby się wyleczył. Miał własny pogląd na leczenie. Nie akceptował wszystkich aspektów życia w grupie terapeutycznej, czasem bywało to na granicy buntu i wtedy mawiał: „ Owszem, ośrodek czasem mi pomaga, ale to ja sam ze sobą muszę wykonać największą pracę.” Miał, bowiem duże poczucie niezależności. Był indywidualnością! Zresztą, kto w ośrodku nie był indywidualnością? Cały ośrodek był jak rozgrzany tygiel pulsujących indywidualności, które w podwyższonej temperaturze leczenia, po odstawieniu narkotyków, ujawniały w czasie tego trzeźwienia całą wielkość, i całą ludzką nędzę. Odbywało się to prawie zawsze w cierpieniu i wymagało wielkiej cierpliwości i samozaparcia. Bardzo pasują do tej sprawy słowa Jezusa: „Kto chce iść za mną niech się zaprze siebie samego i weźmie swój krzyż…”. Nie trzeba, więc chyba udowadniać, jak ważną rolę w leczeniu narkomanii odgrywa wspomagająca miłość, serdeczność i akceptacja otoczenia. Ale ta miłość musi być uzbrojona w mądrość i skuteczne działanie, tak, aby leczący się narkoman, który codziennie zmaga się z sobą i często jest na krawędzi wyborów ostatecznych, nie wciągnął naiwnej miłości, i nadopiekuńczej dobroci, w ciemne obszary swojej choroby, nie zawładnął nimi, i nie zniszczył tak, jak giną perły rzucone w błoto. Prawdziwą perłą, jaką dysponował Dziadek, to była jego rodzina.
Natomiast Mały był jednym z kilku wychowawców w ośrodku. Nie lubił tego określenia. Mawiał „Nie jestem wychowawcą, ani żadnym psychoterapeutą – co najwyżej jestem świadkiem tego, co tutaj się dzieje, i tego, co jeszcze zdarzyć się może”- kończył filozoficznie. Był niedużego wzrostu, szybki w mowie, jeszcze szybszy w myśleniu. W społecznej strukturze ośrodka nie zajmował wysokiej pozycji, raczej stał często z boku – człowiek z drugiej linii, trochę jako obserwator, pomagający wtedy, gdy kogoś ważniejszego zabrakło. Lubili się z Dziadkiem i mieli wspólne pomysły, tak jak i teraz, gdy napotkali w zakolu rzeki część drewnianego mostu, który wpadł do rzeki i utknął w krzakach. „Zabierzemy go do obozu, przyda się do budowy pomostu” – zaproponował Dziadek. Gdy wracali z kupionym już chlebem, wciągnęli na niego kajaki i płynęli wolno jak flisacy na tratwie, odpychając się na zakrętach wiosłami od brzegu. Bawili się jak dzieci, bo to był czas zabawy. Po drodze zabrali jeszcze zabitą żmiję, którą ktoś powiesił na nadbrzeżnym krzaku ku przestrodze przepływających kajakarzy. Chcieli pokazać ją w obozie i pochwalić się swoimi zdobyczami. Cała ta wyprawa trwała dosyć długo, tak, że gdy dopływali do obozowiska było już dobrze po południu. Ale w obozie zastali zmienioną atmosferę. Panowało jakieś napięcie i zdenerwowanie. Nim zdążyli zapytać, co się stało, już im ktoś powiedział, że wyjeżdża Paweł.
Boże! Wyjeżdża?! Takie wydarzenie jest zawsze silnym wstrząsem dla całej grupy. Wszyscy przeżywają bardzo mocno taką decyzję, gdyż leczenie odbywa się w grupie terapeutycznej i poprzez tę grupę. Wzmacnia ją każdy sukces i osłabia każda porażka. A szczególnie taka porażka! Nie da się jej porównać do nieudanej operacji chirurgicznej przeprowadzonej w dobrym zespole lekarzy. Tutaj sami pacjenci po części stają się lekarzami. Szczegółowo wspólnie przeprowadzają diagnozę. Ustalają przyczynę narkomanii każdego nowego pacjenta przyjętego do grupy, stopień degradacji jego osobowości, sytuację rodzinną, wpływ środowiska, cechy indywidualne, i wszystkie inne szczegółowe informacje. Później ustalają jego sposób leczenia, który będzie zastosowany, poprawiany, i oceniany w grupie. Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Wzajemne więzi w dobrej grupie terapeutycznej są tak silne, że stanowi ona jakby jeden organizm, zdolny do powolnego oczyszczania i wyzwalania się poszczególnych jednostek z choroby.
Ale leczenie narkomani, i uwalnianie się z jej pęt, nie jest zabawą w ciuciubabkę. To jest śmiertelna choroba, której leczenie dokonuje się nieraz w jakimś dramatycznym balansie na granicy życia i śmierci. Decyzja leczącego się narkomana o przerwaniu leczenia, gdzieś na początku, albo w połowie tego procesu, oznacza prawie zawsze powrót do brania, i to jeszcze silniejszego niż wcześniej. Oznacza jeszcze głębsze wejście w chorobę, a u heroinistów często śmierć z przedawkowania, nierzadko zadaną sobie świadomie. Takie wydarzenie osłabia też motywację leczenia pozostałych osób; „On zrezygnował, nie musi się już męczyć i walczyć ze sobą. Jakie to proste. Ja też tak zrobię”. Zdarzało się czasem, zwłaszcza w słabszych grupach, że jeden wyjeżdżający pociągał za sobą kilku innych, i to bez umawiania się. Znikali z ośrodka tak, jakby odpadali od skalistej ściany w czasie wspinaczki. Leczenie w ośrodku nie odbywało się bowiem pod kluczem. Gdyby można było leczyć narkomanów pod przymusem, w odizolowaniu od narkotyków i złych wpływów środowiska, to wystarczyłoby pozamykać narkomanów w więzieniu, najlepiej w izolatkach. Praktyka więzienna wskazuje jednak na coś zupełnie odwrotnego. Pierwszą rzeczą, jaką bardzo często robi więzień – narkoman po zwolnieniu z więzienia, lub na przepustce, to wizyta na melinie, lub u dealera narkotyków. Leczenie narkomani to dobrowolna i świadoma walka duchowa z sobą samym, w której grupa wiele może pomóc i sama przez to wiele zyskać.
Dziadek i Mały, po powrocie do obozu, dowiedzieli się, że w czasie ich nieobecności zebrała się społeczność, na której oceniono dotychczasowe leczenie Pawła. Ocena wypadła źle.  Paweł tego nie wytrzymał, i mimo długotrwałych i dramatycznych wysiłków grupy, zaparł się i postanowił natychmiast wyjechać. Na przeszkodzie stał tylko fakt, że trzeba przepłynąć jezioro kajakiem, a sam Paweł nie może płynąć, bo wtedy kajak zostałby na drugim brzegu. Uradzono, że najlepiej będzie, jeżeli z Pawłem popłynie Mały, gdy już wróci z Dziadkiem z wyprawy po chleb. Mały zaprzyjaźnił się z Pawłem, a poza tym, nie uczestniczył w społeczności, i nie miał tych wszystkich emocji i napięcia, które tak dramatycznie, w ostatnich godzinach, zaważyły nad całą grupą. Może, więc jeszcze po drodze porozmawia z nim? Może jeszcze pojawi się jakaś szansa ratunku? Zdarzały się przecież takie sytuacje. Kiedyś jeden z wychowawców wybiegł z ośrodka w kapciach, aby ratować w podobnej sytuacji Tadzia z Lublina. Ale Tadziu był sierotą, wychowankiem domu dziecka, i jak zobaczył wychowawcę w skarpetkach, bo kapcie się gdzieś po drodze pogubiły, a skarpetki na nogach wychowawcy były dziurawe od trzykilometrowego biegu po asfalcie, to pomyślał, że jednak chyba komuś na nim zależy. I wrócił. I wszystko dobrze się skończyło. A Paweł? Gdy do obozu powrócił Mały, stał już spakowany z plecakiem przy kajakach i czekał. Mały podszedł do Niego i powiedział:
-Nie wygłupiaj się, wszystko da się jeszcze rozważyć, ułożyć od nowa.
-Nie, wyjeżdżam- odpowiedział krótko Paweł.
-Spokojnie, nie zacinaj się tak. Nie było mnie, ale teraz będę cię bronił, będę Cię wspomagał. Zostań – nalegał Mały.
-Nie, wyjeżdżam – powtórzył Paweł – odwieź mnie na drugi brzeg.
-Dobrze, jeśli tak chcesz to cię odwiozę – uległ Mały.
Paweł był już trzy miesiące w ośrodku. To najtrudniejszy, pierwszy okres leczenia, zwany nowicjatem. Właśnie w tym dniu jego nowicjat miał się zakończyć oceną i ustaleniem zadań na dalszy okres leczenia. Coś jednak w organizacji tej społeczności na temat Pawła nie zagrało, skoro odbyła się ona bez udziału Małego, któremu udało się trochę zbliżyć do bardzo nieufnego i zamkniętego Pawła. Może rano zapomniano, że to dziś Paweł kończy nowicjat, bo on się przecież z tym nie wychylał? Może trzeba było podkręcić atmosferę w grupie, dla której wszelki luz i rozprężenie zawsze były sygnałem do podjęcia aktywnego działania, a najlepszym sposobem na to było zwołanie społeczności? A może przyczyniła się do tego zbyt duża pewność siebie liderujących wychowawców, i za śmiałe sterowanie grupą? Taka grupa czasem przypomina rozpędzoną lokomotywę, która ciągnie wszystkie wagony, jakie się do niej doczepi. Powiezie wszystkich, którzy do nich wskoczą. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś jest za słaby, aby w biegu skakać. Tak właśnie chyba było z Pawłem.
Przyjechał do ośrodka z niedużego miasta na Zachodzie Polski. Pochodził z rozbitej rodziny. Miał za sobą kilka lat ostrego brania, i gdy znalazł się na równi pochyłej, zdecydował się z dużymi oporami i lękiem na leczenie w ośrodku. Wszystko zaczęło się kilkanaście lat wcześniej, gdy odszedł od nich jego ojciec i zniknął gdzieś z pola widzenia. Matka bardzo kochała syna, ale do samodzielnego lotu w dojrzałość potrzebne było jeszcze drugie, ojcowskie, skrzydło. Paweł szukał więc wsparcia u starszych kolegów, a ci szybko wprowadzili go w złudny świat narkotyków. Szybko też popadł w konflikt z prawem, tak, że, jak mówił o sobie, „milicjanci otwierali moją głową wszystkie posterunki w mieście”. Przesiedział też jakiś czas w więzieniu.    Z natury był skryty i zakompleksiony. Zwłaszcza dużo przykrych przeżyć sprawiały mu jego rude włosy, które były od dzieciństwa powodem złośliwych docinków i wyśmiewania. Kilka lat brania narkotyków, i coraz dłuższe ciągi, spowodowały, że gdy zjawił się w ośrodku był już prawie cieniem człowieka. Nie wiedział dokładnie, na czym polega leczenie, ale chciał się ratować. Wielu jego kolegów, którzy nie podjęli leczenia, szybko rozstało się z tym światem. Po dwóch tygodniach pobytu w ośrodku, kiedy to nie tylko nie brał narkotyków, ale i nie zapalił ani jednego papierosa, powiedział Małemu:
-Wiesz, przez dwa tygodnie wytrzymałem bez papierosów, to może nie jestem taką ostatnią szmatą?
Ale leczyć trzeba się nie tylko przez dwa tygodnie, ale codziennie – a w tamtym czasie leczenie trwało dwa, trzy lata. Wspomagał go i podtrzymywał na duchu Mały, bo Paweł był tak skryty i niedostępny, że nikt nie wiedział, co on przeżywa, jakie ma myśli i plany. Mały też tego nie wiedział, ale patrząc na niego przeżywał jakiś dziwny rodzaj nieobojętności, gdyż Paweł był chodzącym cierpieniem i ludzką nędzą, a przy tym nie skarżył się na swój stan, i nie był agresywny, jak często zdarzało się to nowicjuszom. Był jak pokąsany pies rzucony w wartki nurt, i biernie poddawał się płynącemu prądowi. Ale taki stan nie mógł trwać długo. Kryzys musiał nastąpić prędzej czy później. Nastąpił w fatalnym momencie, gdy grupa próbowała ocenić i zakończyć jego nowicjat. Załamały go negatywne oceny i zabrakło sił, aby walczyć z sobą dalej – stąd wzięła się decyzja aby uciekać. Postanowił wrócić do swojego domu i do narkotyków. W takim właśnie stanie zastał go Mały po powrocie do obozu i pozostało mu już tylko, w tej dramatycznej sytuacji, spełnienie „ostatniej posługi” zgodnie z życzeniem grupy.
Wypłynęli, i wkrótce znaleźli się na środku jeziora. Widać było w równej odległości dwa brzegi. Na wysokiej skarpie, wśród sosen, rozbite były namioty obozu, a od ogniska ciągnęły nad wodą smugi niebieskawego dymu. Dochodził ich gwar obozowiska i obydwaj mieli świadomość, że teraz, z daleka, wszyscy na nich patrzą. Z drugiej strony była linia niskiego brzegu, ze zwartą zielenią, ponad którą górowały dachy domów z czerwonej cegły. Tam był przystanek PKS-u, z którego Paweł miał nadzieję zabrać się do najbliższego miasta, i łapać nocny pociąg do Warszawy lub Łodzi, a dalej jak się uda… I wtedy na wodzie, przy cichym akompaniamencie zanurzających się wioseł, odbyła się rozmowa jakby wyjęta z klasycznego kanonu o życiu i śmierci:
-Dokąd płyniemy?- bardziej stwierdził niż zapytał Mały – przecież to co przed nami to brzeg śmierci.
-Tak, to jest brzeg śmierci – odpowiedział Paweł.
-Brzeg życia jest za nami. Wracajmy!
-Nie. Płyniemy dalej.
-To nie jest twój brzeg. Wracajmy – powiedział Mały.
-Nie. To jest mój brzeg – odpowiedział na to Paweł.
-Ja mogę przewieźć Cię z powrotem, na brzeg życia – Mały pokazał na obóz.
-To jest twój brzeg, a mój jest przed nami, tam płyniemy – odrzekł Paweł.
Na wodzie zapanowała cisza. I wtedy w tej ciszy, i w tym zawieszeniu między dwoma brzegami, między życiem i śmiercią, rozległo się głośne wołanie Małego. Z całej siły, z całą żarliwością i gdzieś z głębi swojego serca zaczął głośno krzyczeć, najmocniej jak tylko potrafił: „Jezu Chryste, Ty, który jesteś Panem życia i śmierci, pomóż mu! Nie proszę dla siebie, może za mało Cię kochałem, nie byłem Ci wierny, zaniedbywałem Cię tyle razy, więc nie proszę dla siebie. Jego uratuj! Pokaż mu swoją Miłość. Nie pozostaw go samego w tej sytuacji. Uratuj od śmierci.” Tak modlił się Mały i mimo, że nie otwierał ust, to wołał coraz głośniej, coraz bardziej nieustępliwie. Wołał, a wołanie to unosiło się znad wody ku górze… Nikt nie słyszał tej modlitwy, ani w obozie, ani we wsi na drugim brzegu, ani nie słyszał jej siedzący obok Małego w kajaku Paweł. Odbywała się ona w zupełnej ciszy… A właściwie jakby po drugiej stronie ciszy. Bo skoro w tej chwili było już tylko dwóch ludzi; przewoźnik i przewożony, te dwa brzegi, życie i śmierć, beznadziejny smutek otchłani i gorące tchnienie miłości – to i cisza miała tu swoją antytezę – był nią ten krzyk, i to wołanie do Boga… I tak dopłynęli do drugiego brzegu.
Nie było gdzie się spieszyć. Wyciągnęli kajak na piach i usiedli na trawie. Znów zaczęli rozmawiać. Rozmawiali długo, może ze dwie godziny. Nikt czasu nie liczył. Wszystko zostało powiedziane i wszystko zostało wysłuchane, i nie zmieniło to decyzji Pawła. Powziął ją i nie chciał jej zmieniać:
-Wracam i wiem, że to wszystko wkrótce się skończy, bo teraz powrót do narkotyków zakończy się śmiercią – powiedział bez złudzeń Paweł i dodał – leczenie jest za ciężkie, nie dałem rady, nie wytrzymałem.
Żadne argumenty nie pomagały, wszystkie już zostały użyte, nawet powoływanie się na miłość do Matki, którą bardzo kochał. Nie, Matka jest daleko, a cierpienie jest tu i teraz. Nic z tego. Koniec.
Wstali wreszcie, aby się pożegnać, i w chwili, gdy podawali sobie ręce Paweł zobaczył na twarzy Małego dwie łzy, które powoli zaczęły spływać na dół, a po nich następne… Przez chwilę trwało milczenie, którego nie należałoby przerywać na jakąś płytką analizę psychologiczną tej sytuacji. Psychologia – jeśli nie jest w rękach szalbierców – uczy w takich wypadkach pokory, gdyż kończą się tutaj jej możliwości wnikania w istotę takich wydarzeń. Prawdziwa psychologia uczy pokory wobec Miłości. Coś musiało się wydarzyć. Coś musiało pęknąć w splatanej głębi psychiki Pawła, a co nie było widoczne na zewnątrz, bo po chwili milczenia powiedział: „Wracamy”.
Cały obóz stał na brzegu i z daleka dało się słyszeć ich głosy obwieszczające, że wracają obydwaj Zaraz, mimo późnej pory, odbyła się przy ognisku jeszcze jedna społeczność. Tym razem jej przebieg był inny, bo i inne były reakcje i zachowania Pawła. Radość i powiew nowej nadziei przełamały grobowy nastrój po wcześniejszych wydarzeniach. Paweł mimo surowych ocen otrzymał też gratulacje i słowa krzepiące od całej grupy za pokonanie kryzysu. Jego leczenie weszło w nowy etap, wcale nie łatwiejszy niż ten pierwszy i nie mniej dramatyczny, ale był teraz o jeden krok bliżej życia.
W grupie znaleźli się i tacy, którzy bardzo chcieli dowiedzieć się, co wydarzyło się na wodzie i na tamtym brzegu:
-A co on ci powiedział?- Pytali Pawła.
-Co ty właściwie mu powiedziałeś?- Pytali Małego.
Zawsze znajdzie się ktoś, kto chciałby kontrolować Miłość. Na szczęście Miłość rządzi się innymi relacjami niż psychologia i demokracja. Do wszystkiego, co o Niej wiemy, można jeszcze dodać, że jest nieprzewidywalna. Potrafi zaskoczyć; dąć laur zwycięstwa temu, na którego nikt nie stawiał, i pominąć tych, którzy chcieliby mieć nad Nią jakąś władzę, jakiś rodzaj kontroli…
Od tego czasu minęło ponad dwadzieścia lat. Dziadek pomyślnie ukończył leczenie. Zaraz po tym podjął zaoczne studia humanistyczne i napisał udaną pracę magisterską. Założył niedużą firmę, dzięki której dorobił się wygodnego domu, w którym zamieszkał z całą rodziną. Dzieci dorosły i doczekał się wnuków. Stał się prawdziwym dziadkiem. Tadziu, któremu dziurawe skarpety wychowawcy w krytycznym momencie pomogły uwierzyć w człowieka i w siebie samego, po leczeniu zajął się rękodziełem. Wyrabiał galanterię ze skóry. Był pracowity, więc składał grosz do grosza i w końcu założył własna firmę konserwacji i renowacji zabytkowych mebli. Zamieszkał niedaleko ośrodka, jakby chciał mieć go na oku. A może było to, jakieś do końca nieuświadomione pragnienia posiadania własnego domu, którego wcześniej nie miał, a ośrodek –mimo całego cierpienia i dramatyzmu jego leczenia – był dla niego pierwszym miejscem rozbudzenia nadziei na możliwość odnalezienia Miłości.
Mały, który wcześniej miał w głębokiej pogardzie wszystkich uzależnionych, a najbardziej narkomanów, jeszcze przez kilka lat pracował w ośrodku, później poszedł gdzieś dalej, tylko sobie znanymi drogami swojego życia. Dalsze leczenie Pawła przebiegało nadal bardzo dramatycznie. Nie wytrzymał całego przewidzianego programu terapii i gdzieś po roku wyjechał z ośrodka. Powiedział, że już nie chcę wracać do narkotyków, i że dalej będzie walczył samotnie, gdyż nie znosi życia w ośrodku. Początkowo, gdy znalazł się poza ośrodkiem miał problem z alkoholem, ale pokonał i to zagrożenie. Długo szukał swojej drogi życiowej. Często jeździł w góry i tam szukał wytchnienia i ujścia dla swych przeżyć i swojej wrażliwości. Na którymś ze szlaków poznał odpowiednią dziewczynę, z którą wziął ślub. Było to dawno, dziś stanowią szczęśliwą rodzinę, mają dzieci. Paweł założył firmę usługową, która dobrze prosperuje. I tylko nie wiadomo, czy już wie, kto wtedy na jeziorze, między dwoma brzegami, uratował mu życie? I czy już odpowiedział na tę Miłość?
Nie wszyscy leczący się wytrwali w abstynencji. W tamtym czasie (w latach osiemdziesiątych) wśród uzależnionych od heroiny trwałe zaleczenie osiągała mniej więcej jedna trzecia pacjentów – co uważane było za pewne osiągnięcie ośrodka. Część z nich wracała po jakimś czasie do nałogu, a następne leczenie okazywało się już mniej skuteczne. Wielu zmarło z przedawkowania, albo z wyniszczenia organizmu. Wtedy była inna narkomania. Inni też byli narkomani. Wśród biorących na ogół obowiązywała swoista ideologię. Była to ideologia fałszywa, tworzona na hipisowskiej ideologii. W czasie terapii łatwo dawała się namierzać i neutralizować, a to pomagało leczącym się szybciej wracać do zdrowia, do normalnego życia. Teraz nie ma już żadnej, nawet zastępczej ideologii. Obowiązuje komercja, pieniądz i wariactwo. Nastąpiło, mówiąc ironicznie, „odhumanizowanie” narkomanii i zbliżenie do chaosu – ulubionego stanu tego, który jest twórcą wszelkiego kłamstwa i zła, także i narkomanii. Tylko Miłość pozostaje ta sama: cierpliwa, wyczekująca, gotowa do przebaczenia i pełna dobroci. Na zawsze!
Czesław Wójcik – Uglis

Opisane wydarzenia są zgodne z prawdą, poza tym, że zmienione zostały imiona i przezwiska bohaterów.
Tekst ukazał się w: „Dwa brzegi- pokonać uzależnienia”, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2007, s. 19 – 32.

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.