Siła słabości

Do ośrodka przyjechał na leczenie nowy pacjent. Był wysoki, barczysty, z mocnymi ramionami, na które spadały długie blond włosy. Patrzył na wszystko oczyma zdziwionego dziecka. Regularna ładna twarz podobna była do buźki dużego, niewinnego, bobasa, jakby z kolorowego folderu reklamującego, coś absolutnie koniecznego do kupienia, a cała postać, dziś – gdy go po latach wspominam – mogłaby się kojarzyć z polskim hydraulikiem z plakatów, niedawno rozwieszanych we Francji. Rysiek – bo tak się przedstawił – rzeczywiście wyglądał nietypowo jak na narkomana. W tamtym czasie przybywali do ośrodka ludzie wyniszczeni przez narkotyki. Od razu było widać na co chorują.
Początkowo Rysiek, zanim nie został oficjalnie przyjęty, był kimś w rodzaju rezydenta, który czekał na swoją kolej. Chodził po ośrodku, wszystkiemu się przyglądał, poznawał tutejsze życie i pomagał w pracach domowych. Miała go na oku Służba Ochrony Ośrodka, zorganizowana przez samych pacjentów, którzy pilnowali, aby do ośrodka nie przenikały żadne narkotyki, i systematycznie sprawdzali, czy nie została naruszona przez leczących się abstynencja narkotykowa. Patrzyliśmy na niego z uwagą, aby ustalić, gdzie pod tą piękną powłoką kryje się jego choroba. Sam zresztą dostarczał nam informacji swoim zachowaniem. Wchodził do dyżurki, gdzie była maszyna do pisania, wkładał do niej kartkę papieru, coś na niej pisał, a później wieszał na korytarzu i patrzył na nasze reakcje. Były to ogłoszenia w rodzaju: „Sturmbannfuhrer Otto Korzenny uwolnił Duce! Na dziś wieczór zwołuję zebranie mojej grupy w Wilczym Szańcu. Ogłaszam stan pełnej gotowości! Bić Żydów i Cyganów.”
Rysiek, ze swoją ideologią siły, przynależał do kręgu subkultury tak zwanych faszystów. Miał esesmańskie tatuaże – na ramieniu swastykę w kółku, a pod pachą „SS”. Dodatkowo z tyłu, na piętach, na jednej nodze miał napis „NIE, a na drugiej „BUDZIĆ”. Toteż gdy spał, i z pod kołdry wystawały obie nogi, to można było odczytać całość: „NIE BUDZIĆ”. Chodziliśmy to oglądać i śmialiśmy się z niego, a ten śmiech i żarty były częścią naszego planu. Pochodził z dobrze sytuowanej rodziny. Duży, ładny chłopak rósł jak pączek w maśle. Gdy poczuł się silny chciał mierzyć się z całym światem. Chętnie bił się i sam wszczynał bójki. Był silny i przeważnie wygrywał. Potrzeba poczucia siły i mocnych wrażeń stale rosła. Podobny był do młodego, silnego łosia w okresie godowym, który idąc przez las jest gotowy brać na rogi wszystko co napotka na swojej drodze. Swawolny, nieposkromiony hulaka, w tym wszystkim niepozbawiony także sowizdrzalskiej fantazji i ciężkiego, głupiego dowcipu. Wszystko to przybliżało go coraz bardziej do granicy nienormalnych zachowań.
Szczególnie odczuwała to jego młodziutka, kochająca żona. Kiedyś, dla żartów wyszedł przez balkon, i z czwartego piętra, gdzie mieszkali, zszedł po piorunochronie na dół. Położył się na trawniku twarzą do ziemi i przejmującym głosem krzyknął „Ooooojjjjjjjj!!!” Przerażona na balkonie żona narobiła krzyku. Zaczęli zbiegać się ludzie. Gdy tłum zgęstniał, zaczęto naradzać się jak go ratować, ktoś pobiegł dzwonić po karetkę, a przejęta rozpaczą żona pochylała się nad nim, aby sprawdzić czy jeszcze żyje. Nagle, ku zdumieniu wszystkich, wstał, otrzepał pióra, wziął ją na ręce i tryumfalnie zaniósł po schodach do mieszkania.
Życie z tak wesołym i swawolnym człowiekiem zaczynało być trudne do zniesienia, zwłaszcza, że po pewnym czasie zaczął brać narkotyki. Pojawiły się też kłopoty z milicją i prawem. Za bójki i awantury wyrzucono go z pracy i groził mu wyrok za pobicie. Rodzice przestraszyli się na dobre. W sądzie ustalono, że wyrok zostanie zawieszony, jeśli podejmie leczenie w ośrodku. Jego żona za trzy miesiące miała urodzić dziecko, a on właśnie przybył do naszego ośrodka na leczenie.
Łatwo powiedziane; „przybył na leczenie”. Narkomani i ciężkich patologii nie leczy się tak prosto jak symulantów w austriackiej armii. Żaden zwykły zabieg medyczny, według sprawdzonych zasad i schematów, nie jest tu możliwy, bo to jest choroba wolnej woli człowieka.
Żaden lekarz, ani terapeuta, ani rodzic, ani małżonek, ani nikt nie może narzucić uzależnionemu wyleczenia z nałogu i zmusić go podjęcia terapii, jeśli on sam nie zaangażuje w ten proces swojej woli. Krótko mówiąc – jeśli on sam tego nie zechce. Paradoksalnie, to właśnie  uzależnienia odsłaniają mniej znane strony wolności, i wskazują na jej wyjątkowa wartość – jako części nienaruszalnej autonomii człowieka. Szanuje ją i nie narusza jej nawet Bóg, mimo, że jest ona Jego darem. Bóg nie zbawia na siłę, nie dokonuje uzdrowień wbrew woli człowieka , ale czeka i płacze w ukryciu – jak Dobry Ojciec nad losem swojego syna marnotrawnego. Czeka aż ten przyjdzie i powie „pomóż mi”. Nie – „załatw to za mnie”- lecz „POMÓŻ MI”.
Rysiek niewiele wiedział o Bogu, gdyż w jego domu bardziej dbano o pieniądze niż o wychowanie religijne. I z taką właśnie prośbą, ale kierowaną do ludzi, i nie w pełni jeszcze uświadomioną, właśnie do nas przyjechał. Na razie pisał na kartkach swoje ogłoszenia, które odbieraliśmy jako swoisty przekaz: „Oto taki jestem, i co wy na to?”. Jurek, młody wychowawca – neofita, który niedawno skończył leczenie i był żywym dowodem możliwości pokonania narkomani – nieduży, czarniawy ze smagła cerą, nie wytrzymał nerwowo i na zebraniu kadry powiedział: ”Ten Rysiek to ciężki psychopata, trzeba coś z nim zrobić”. Po oficjalnym przyjęciu, przez pierwsze dwa tygodnie Rysiek miał upewnić się, czy zechce pozostać tu na dłużej. Na razie pracował z innymi, wszystko bacznie obserwował i próbował zorientować się, o co tu chodzi? Czasem podchodziłem do niego, poklepywałem przyjaźnie po ramieniu, i po ojcowsku głaskałem po głowie. Stał wtedy zbaraniały – ten wielki dryblas przed małym wychowawcą. A ja wtedy myślałem: „Nie chciałbym, ty drągalu, mierzyć się sam na sam z twoją siłą i zaglądać w ciemne zakamarki twojej psychiki, gdzie wylęgły się nękające cię potwory – nieposkromiona chęć bijatyk, twój osobisty faszyzm i narkomania. Ale niedługo zmierzymy się z tobą, a ty będziesz musiał zmierzyć się z nami, bo po to tu jesteśmy, i ty po to tu przyjechałeś, chociaż teraz jeszcze tego nie wiesz.”
Co właściwie szeptał Święty Franciszek do ucha wilkowi, gdy gładził jego nastroszoną sierść, klepał po łbie, i drapał za uchem, że ten przymykał ślepia, podkulał ogon, i może nawet byłby gotowy jeść słomę zamiast baraniego mięsa? Czym jest zło, dające poczucie pozornej siły, i czym jest siła Miłość powstająca z pokonywania słabości?
Życiowa filozofia Ryśka była prosta: „Jestem kimś bo jestem silny, reszta jest mniej ważna. Słabość, jeśli jest , to po to abym ja na jej tle dobrze wypadał”. I w zasadzie nie znał innych wartości poza siłą, nawet, gdyby miała okazać się ona niszczycielska dla innych. Jego ojciec, który dobrze zadbał o materialne zabezpieczenie rodziny, nie zadbał o wychowanie syna, zwłaszcza w zakresie tych wartości, które młodego osiłka przekształcają w odpowiedzialnego, zdolnego do poświęceń mężczyznę.
Szybko wypadło nam zmierzyć się z nim, lecz nie na zasadzie konfrontacji dwóch sił fizycznych. Na początku była to siła naszego śmiech przeciw sile jego mięśni. Któregoś dnia dyżurny pacjent, który rozdzielał pracę, kazał Ryśkowi wykopać dół na odpadki. Ten jakby czekał na takie zadanie. Zaraz po śniadaniu wziął szpadel i zabrał się do roboty w wyznaczonym miejscu. W czasie pracy nikt się nim, poza Służbą Ochrony Ośrodka, za bardzo nie interesował. Toteż gdy przyszła pora obiadu, a Ryśka jeszcze nie było, któryś z wychowawców wysłał dyżurnego z kuchni aby go zawołał. Dyżurny szybko wrócił i z wielkim zdziwieniem powiedział, że Rysiek nie może wyjść z dołu!!
– Jak to nie może wyjść? – Pytano dyżurnego.
– To idźcie zobaczyć.
Zaciekawieni wychowawcy poszli oglądać, dlaczego Rysiek nie może wyjść z dołu, a do nich szybko dołączył cały ośrodek, gdyż wszyscy zwietrzyli, że wydarzyło się coś niezwykłego. To, co zobaczyli przeszło ich najśmielsze wyobrażenia; ogromny, szeroki i głęboki dół, a na jego dnie stał bez koszuli Rysiek. Jego czoło i tors były mokre od potu, a ramiona pokrywała warstwa żółtego piachu opadłego z góry. Dół był głęboki. Zrobił więc w środku sporą półkę, na którą najpierw z dna wyrzucał piach, a później z półki na powierzchnię. Dodatkowo wrażenie głębokości powiększały wysokie zwały wyrzuconego piachu. Widok był niezwykły, i o samodzielnym wyjściu Ryśka z dołu nie było mowy. Trudno było powstrzymać się od śmiechu, a całe to zdarzenie nabrało wymiaru symbolicznego; oto siłą swoich mięśni, na których tak bardzo polegał, stworzył sytuację w której sam nie mógł sobie poradzić!
– Niech ktoś skoczy po drabinę, bo bez nas zostanie w tym dole na zawsze – podsumował całą sytuację któryś z wychowawców.
Po tym wydarzeniu Rysiek był bardzo zdezorientowany. Tak się starał. Dał z siebie wszystko na co było go stać (w wywijaniu łopatą), liczył na uznanie i oklaski – a oni się śmieją!
– Słyszałem, że tutaj jest terapia pracą – mówił zdziwiony na społeczności.
– Owszem, niektórzy leczą się pracą, ale ty będziesz musiał leczyć się inaczej – usłyszał w odpowiedzi – bo, jak widzisz, w kopaniu dołów jesteś dobry, ale to nie uchroniło cię od brania!
Długo nie mógł zrozumieć czego od niego wymagają, i w ogóle, o co tutaj chodzi? Przeżywał – może po raz pierwszy – niepokój i niepewność gruntu, po którym trzeba było inaczej się poruszać. Widział, że inni zbierają pochwały i popychają swoje sprawy do przodu, i on też tego bardzo pragnął. To dobrze – myśleliśmy. Jest jakiś punkt zaczepienia. Uznaliśmy, że trzeba mu po prostu zmienić jego system wartości, i że jest to bardziej problem wychowawczy niż medyczny. Dotąd jego głównym atutem była sprawność i siła fizyczna, którą chętnie się posługiwał, aby się dowartościować. To stąd brało się pozowanie na twardego, silnego faceta i to całe jego groteskowe esesmaństwo. Nikt dotąd nie powiedział mu wyraźnie, że są jeszcze inne rodzaje siły, i to takie, które pochodzą z pokonywania swoich słabości.
– Chcesz być naprawdę silny to ucz się pokory i cierpliwości. Pomagaj innym. Ochraniaj słabszych, nie kłam, i bądź uczciwy – wkładaliśmy mu do głowy bez końca, cały ten system wartości od którego szatanom robi się słabo, a dla tych, którzy chcą żyć i kochać, jest jak lina rzucona nad przepaścią. Chętnie słuchał, pytał i przychodził na rozmowy.
Polubił ośrodek, i czuł się tu coraz lepiej. Liczyliśmy na to, że tutaj znajdzie w sobie nowy rodzaj,nieznanej mu dotąd, siły… Po pewnym czasie skrócił włosy, usunął tatuaże, i razem z grupą pacjentów z ośrodka podjął w wieczorowym Liceum wcześniej przerwaną naukę. Był aktywny na społecznościach terapeutycznych i coraz bardziej lubiany w grupie. Z nadzieją upartego siewcy na jałowym gruncie, czekaliśmy, co wyrośnie z tych naszych działań. Wkrótce miało to zostać sprawdzone w zupełnie nowej sytuacji dla Ryśka i dla nas wszystkich. Daleko, na drugim końcu Polski, jego żona, pod opieką swoich i jego rodziców, czekała na rozwiązanie, którego czas już się przybliżał. I gdy urodziła im się córeczka, postanowiliśmy matkę z dzieckiem sprowadzić do ośrodka. Było to konieczne dla dobra ich rodziny, aby zdrowiejący Rysiek poczuł się na trzeźwo mężem i ojcem – jeszcze pod naszą opieką.
Ponieważ w głównym budynku ośrodka nie było miejsca, i zawsze wrzało tam jak w ulu, wygospodarowaliśmy w położonym nieco na uboczu budynku administracji jeden pokój, w którym Rysiek urządził małe mieszkanko. Wyniósł biurowe meble, pomalował ściany, okno, i starał się go urządzić. W jakiś czas po tym mama z maleństwem przyjechała do ośrodka, a dla Ryśka zaczął się nowy, trudniejszy okres leczenia. Został zwolniony z niektórych zajęć, aby mieć czas dla żony i dziecka, ale nadal pozostał w ścisłym związku ze społecznością terapeutyczna, która kontrolowała i prowadziła jego dalsze leczenie. Szczęśliwie wytworzył się stan właściwej równowagi między jego udziałem w żuciu grupy i zaangażowaniem w sprawy własnej rodziny, trudny często do osiągnięcia w podobnych sytuacjach. Zresztą Rysiek bardzo się o to starał. Z pewną nieporadnością, ale za to z wielkim zaangażowaniem, pomagał żonie przy dziecku; prał pieluchy, w czasie kąpieli trzymał niemowlę na swych wielkich dłoniach, karmił je z butelki, bujał, kołysał i chodził na spacery. Zalecaliśmy im podział obowiązków, tak aby młoda mama, która znalazła się z dzieckiem w trudnej dla siebie sytuacji, miała czas na odpoczynek i choćby jakąś odrobinę życia towarzyskiego.
Czasem wieczorem chodziliśmy patrzeć przez okno jak Rysiek usypia swoją córeczkę. Nie żeby kontrolować, ale z ciekawości, bo widok był niezwykły; maleństwo leżało w kołysce, a nad nią pochylony ojciec grał na gitarze – ten wielki, i wydawało się jeszcze niedawno, że tak groźny osiłek – i śpiewał jej kołysanki. Gdy ktoś w tym czasie wchodził do pokoju, Rysiek milczącym gestem pokazywał krzesło nie przerywając swojej improwizowanej usypianki. Można było wtedy chwilę u nich posiedzieć, ale bez rozmowy…, bo tu teraz rozkwitało ojcostwo! I nawet mogłoby się wydawać, że takie to proste i tak łatwo osiągalne. Ale za tą sielanką krył się wielki wysiłek obojga małżonków.
Czas płynął szybko. Dzieciątko rosło, a Rysiek robił postępy w leczeniu. Jego żona, dzięki swemu poświęceniu, przywykła do tej trudnej sytuacji ich wspólnego życia w ośrodku. Ale na horyzoncie leczenia i życia małżeńskiego Ryśka, w sposób prawie niezauważalny, zaczęło pojawiać się to, tak bardzo niedoceniane niebezpieczeństwo, o które potknął się i rozbił nie jeden talent i powołanie dobrze zapowiadającego się artysty, lekarza, nauczyciela, polityka, i wielu zwykłych ludzi spełniających się w małżeństwie i rodzinie. Jest to prawie niewidoczne i podstępne monstrum, nieślubne dziecko pychy i zaniedbania, które gardząc przenikliwością, pyszni się samozadowoleniem z siebie, swoimi sukcesami i pochwałami. Na imię mu RUTYNA!
Pokusy, jako zagrożenia życia biologicznego i duchowego, były zawsze, i są jak zarazki w powietrzu. Nie da się ich uniknąć, ale można się na nie uodpornić i przezwyciężać je siłą pokonanych słabości. Rysiek nie był jeszcze dostatecznie silny i doświadczony w zmaganiu się z sobą samym.
W ośrodku obowiązywała, jako jeden z elementów leczenia i wychowania, nie tylko abstynencja od środków uzależniających, ale także abstynencja seksualna, co nie dotyczyło jego życia małżeńskiego. Ośrodek był koedukacyjny, a wspólne zamieszkanie kształtowane było na wzór dużej, wielodzietnej, rodziny. Rzadko, ale zdarzały się incydentalne odstępstwa od tej reguły. Traktowane były wtedy jako poważne i niebezpieczne złamanie zasad leczenia, zagrażające powrotem do choroby. W brudzie, kłamstwie, moralnym nieporządku, braku odpowiedzialnej miłości, i w fałszywych jej namiastkach, rodzi się niemal cała nędza człowieka – wśród nich narkomania i inne uzależnienia.
Wiedzieli o tym dobrze wszyscy pacjenci ośrodka, bo to było, jak pacierz, codziennie przypominane i rozważane na wszystkie możliwe sposoby. Jeśli ktoś w ośrodku dopuścił się   poważnego złamania którejś z naczelnych zasad leczenia, to ukrywając to przed społecznością, prędzej czy później, opuszczał ośrodek, gdyż po prostu nie mógł żyć w rozdwojeniu, „służyć dwom panom” – ukrywanej niegodziwości, która szybko stawała się kłamstwem przed prawdą o swojej chorobie, codziennie ujawnianej przez leczące się otoczenie. Zupełnie podobnie jest też z duchowym życiem każdego człowieka. Są ludzie, którzy popełniwszy grzech nie mogą się modlić. W grzechu nie potrafią stawać przed Bogiem i rozmawiać z nim. I cóż wtedy? – Jeśli są uczciwi i myślący, staja przed wyborem – pozostać w tym zaczątku egoizmem i błędów, czy wziąć na odwagę i pokornie uznać prawdę o sobie?
Pierwszy wybór spowoduje powstawanie niekiedy bardzo finezyjnych i rozbudowanych struktur usprawiedliwiania siebie, niezłomnie wznoszonych budowli kłamstwa, zmyśleń, fantazji i mitów, zagłuszających nieśmiały i cichy głos sumienia, a jeśli to nie pomoże, to aż do wewnętrznego terroru kłamstwa, aż do próby zabicia prawdy. Drugi wybór wymaga odwagi i pokonywania swojej słabości. Pierwszy zamyka możliwość rozwoju, skazuje na konieczność ciągłego kręcenia się wokół osi własnego „ja” – drugi jest nowym rozdaniem i otwiera nowe możliwości. Ostatecznie pierwszy wybór wprowadza człowieka w krąg śmierci – drugi w krąg życia.
W leczeniu uzależnień próbowano nieraz zastępowanie jednej trucizny inna trucizną, jednej postaci zła innym złem, ale zawsze kończyły się to tak, jak zamiana jednego szatana na innego. Metodą prób i błędów (za które wielu zapłaciło najwyższą cenę), intuicyjnych natchnień, i szukania pomocy u autentycznych mistrzów walki duchowej, doszliśmy w ośrodku do świadomości, że koniecznym warunkiem pokonania jednostkowego kryzysu, jak i w ogóle wejścia na prawidłowa drogę leczenia, jest wydobycie na światło dzienne popełnionego zła, i pokorne (czytaj odważne) uznanie prawdy o sobie. Może to nie wiele, ale w zakłamanej rzeczywistości narkomańskiego świata była to prosta i praktyczna prawda przydatna w leczeniu. A chodziło nam nie o jakieś okresowe utrzymanie abstynencji, lecz – jeśli to możliwe – o całkowite i trwałe wyjście z uzależnienia i wyprostowanie, jakże często pokręconych osobowości. Toteż często widzieliśmy, jak starsi, bardziej doświadczeni pacjenci, byli wrażliwi na tą sprawę i przestrzegali jej czasem z nadgorliwością.
Ale lepsza była tu przesada, poddana kontroli prawidłowo rozwijającej się grupy, niż choćby jedno niewielkie kłamstwo, skrzętnie zamiecione pod dywan, zdawałoby się, pięknego wnętrza. W ukryciu, nawet z pozoru małe świństewko, pozostawione samo sobie, z czasem przeobraża się w dzikiego, niebezpiecznego odyńca, który przyczajony, może zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Wiedział o tym również Rysiek, który już prawie rok był w ośrodku, w tym około pół roku wspólnie, z żoną i dzieckiem.
Któregoś popołudnia zadzwonił dzwonek na społeczność. Ktoś wzywał pomocy! Okazało się, że społeczność zwołał Rysiek. Powiedział, że nie radzi sobie ze swoimi problemami, i że jego dalsze leczenie jest zagrożone. Myśleliśmy, że nie radzi sobie z opieką nad dzieckiem, gdyż jego żona nie tak dawno pojechała odwiedzić swoich rodziców, a dziecko zostało pod jego opieką. Ale sprawa była znacznie poważniejsza. Rysiek powiedział, że złamał abstynencję seksualną, z siedzącą tu na sali koleżanką z grupy, której imię wymienił. Obecni zaniemówili, a dziewczyna, której to dotyczyło, chętnie zapadła by się pod ziemie. Grupa niewiele tu miała do zrobienia. On sam, tym jednym ruchem przeciął splot kłamstw i krętactw, który zaczęły zaciskać się wokół niego i jego małżeństwa – niczym powróz na szyi skazańca. Prawidłowo zadziałał mechanizm wewnętrznej samoobrony, którego Rysiek użył aby ratować się w sytuacji poważnego zagrożenia. Sprowadzał się on do prostego zalecenia; żadnych układów ze złem – wydobyć gada na powierzchnię, uciąć mu łeb, i patrzeć czy nie odrasta coś nowego.
O!! Słychać już głosy „postępowych” piewców „nowej” pedagogiki, że to brzmi bardzo nietolerancyjnie, nienowocześnie, i nie po „europejsku”. I w ogóle, nie pasuje do wolności człowieka i jego prawa do wolnych wyborów; jak się chce, kiedy się chce i z kim się chce!
O ile nie warto dyskutować z ideologią, zwłaszcza niedojrzałą, to warto, a nawet trzeba dyskutować i oceniać skutki jej zastosowania. Rozważmy to na przykładzie matematyki, którą się posługujemy, a w której dwa dodać dwa jest cztery. Ale gdyby tak to założenie zmienić, stosując powyższą ideologię wolnych wyborów, i przyjąć, że dwa dodać dwa, to nie cztery, ale, dajmy na to siedem. Przecież człowiek w swojej wolności może dokonywać różnych wyborów i zmieniać ustalenia, także dowolne ustalenie w matematyce, która nadal będzie matematyką, ale inną od tej naszej. Będzie ona po swojemu funkcjonować, tyle, że przy jej zastosowaniu może okazać się, że nie można podzielić cztery chleby na czterech głodnych! Podobnie jest z wychowaniem. Jeśli jest ono oparte na dekalogu, czy choćby ogólniej, na prawie naturalnym, to mimo różnych trudności, czasami po krętej drodze, poprowadzi jednak ono człowieka ku pełnej wolności i wznoszenia się na wyżyny prawdziwej Miłości.
Gdy jednak w wychowaniu posłużymy się jakimś własnym, ludzkim zmyśleniem, które stanie się nowa bazą do działań wychowawczych – to otrzymamy wynik na miarę wartości tego zmyślenia. Jeśli założenie będzie obciążone błędem, najczęściej błędem ludzkiej pychy, to i cały wynik wychowania będzie miał piętno tego błędu – będzie to wchodzeniem w nowe zniewolenia i poplątania – w nowe kłamstwa i choroby psychiczne.
Historia eksperymentowania na wychowaniu potwierdza to licznymi przykładami: w czasach nowszych chociażby od Pawlika Morozowa i Hitlerjugend do tragicznej w skutkach proklamacji w 1967 roku „ery miłości i nowej religii” ogłoszonej przez wielkiego swawolnika i zwodziciela młodzieży, wykładowcę psychologii na Harvardzie – Timoty Leary’ego, który był jednym z ideologów ruchu hippisowskiego. Ruch ten przyniósł wielkie żniwo śmierci, najpierw w Stanach Zjednoczonych, później na całym Zachodzie, i spowodował masowe rozprzestrzenienie się narkomani na cały świat, która do tego czasu rozwijała się jeszcze nieśmiało w małych, izolowanych enklawach.
Rysiek, był wtedy daleki od tych wszystkich zaułków myśli pedagogicznej – podobnie jak pacjent przed operacją, który, aby być zdrowym, nie koniecznie musi znać wszystkie detale zastosowanej terapii. Zwołując społeczność stworzył nową, lepszą sytuacji do dalszego leczenia się dla siebie, jak i tej dziewczyny, której ta sprawa dotyczyła. Również cała grupa poczuła się wzmacnia po pokonaniu tego kryzysu.
Najważniejsze jednak było to, że dokonał zasadniczego zwrotu w swoim leczeniu, i nabrał nowego rozpędu do jej kontynuacji. Na razie jednak jego sprawy małżeńskie nie wyglądały dobrze. Ujawniając to zdarzenie przed grupą, automatycznie wyznawał je przed swoją żoną, która nic jeszcze o sprawie nie wiedziała z powodu swojej nieobecności w ośrodku. Ale tak było tylko do jej powrotu, który wkrótce nastąpił. Rysiek sam jej o tym powiedział i przepraszał tak, jak najszczerszej potrafił. Ta, nie rozpakowawszy jeszcze walizek, zaczęła zbierać rzeczy i szykować się do szybkiego odjazdu. Nastał sądny dzień w ich życiu małżeńskim – łzy, rozczarowanie, beznadzieja…, i niekończące się przepraszanie Ryśka. Pomagała im w przełamaniu tego kryzysu cała grupa, tak jak mogła najlepiej. Na początek udało się ostudzić ich emocje i tymczasowo powstrzymać wyjazd jego żony z dzieckiem z ośrodka. Liczyliśmy na to, że czas w tej sytuacji pomoże leczyć rany.
Czy zabliźniły się one do końca? Pozostało to tajemnicą ich małżeństwa i jego żony, która wybaczyła mężowi zdradę. Z upływem czasu zaczęła następować stabilizacja w ich życiu rodzinnym w ośrodku. Po tym burzliwym wydarzeniu, które jak ognista kula wtargnęło w ich życie małżeńskie, Rysiek pozostał wierny swej żonie. Nie było już w tej sprawie wątpliwości. Bardzo aktywnie uczestniczył teraz w życiu ośrodka. Chętnie słuchał i pomagał tym, którzy dopiero rozpoczynali swój nowicjat. Ściągnął na leczenie swego kolegę Marka, który później stał się gorliwym i bardzo zasłużonym terapeutą. Niedługo po tych wydarzeniach Rysiek odwiedził swoich rodziców. Po powrocie opowiadał jaką miał rozmowę ze swoim ojcem, który pytał co u niego słychać. Opowiedział ojcu w szczegółach całe wydarzenie, które tak bardzo wstrząsnęły nim i jego małżeństwem, ale zapewniał ojca, że już wszystko jest w porządku, że czuje się po tej sprawie mocniejszy. Ojciec, nie akceptując jego prawdomówności i otwartości, powiedział do syna:
– Jesteś wyjątkowym idiotą. To może zdarzyć się mężczyźnie, ale żeby o tym mówić?!!
Rysiek we wczesnej młodości nie znalazł w swojej rodzinie wsparcia i siły potrzebnej do bezpiecznego pokonania niebezpieczeństw związanych z wchodzeniem w dorosłość. Na jakiś czas znalazł je w ośrodku. Ale czy to wystarczy? I czy wystarczy na długo? Ważne pytania, które skłaniają do zauważenia następnego, jeszcze ważniejszego problemu: Czy jakikolwiek, choćby najlepszy ośrodek, wspólnota, doświadczony psycholog, szkoła, sekta, niemieckie przedszkole, związek homoseksualistów, czy inny – choćby najbardziej wymyślny zamiennik – może zastąpić normalną, zdrową rodzinę? Odpowiedź jest tylko jedna; rodzina była, jest i pozostanie jedynym miejscem, w którym dokonuje się pełny rozwój człowieka zdolnego, dzięki niej, wzrastać ku pełni zdrowia i miłości. Jeśli zniszczy się rodzinę, zniszczy się również człowieka.
Przyszedł moment szczęśliwego pożegnania się Ryśka i jego żony z ośrodkiem. Wrócili do swego miasta, a on, na razie, powrócił do pracy w swoim zakładzie. Pracował tam jako kierowca w zaopatrzeniu. Zaczął otrzymywać pochwały za pracowitość, rzetelność i uczciwość. Sam zwracał uwagę kolegom w zakładzie by nie kradli – gdyż jak wiadomo – komuna stała nie tylko na kłamstwie ale i na złodziejstwie. Robił to z przekonaniem i wiarą w słuszność sprawy, że nie budziło to wątpliwości jego otoczenia. Później mój kontakt z nim, i z ośrodkiem, urwał się na wiele lat. Dochodziły mnie czasem jakieś dalekie głosy, że zachowuje abstynencję, i dobrze sobie radzi, także materialnie. I to wystarczyłoby może na tak zwane szczęśliwe zakończenie, gdyby nie fakt, że nie jest to zmyślona opowieść, ale kilka okruchów rzeczywistych wydarzeń, próbujących ratować się od zapomnienia.
Odnalazłem go przez telefon. Był gdzieś daleko za granicą. Umówiliśmy się na rozmowę, która odbyła się po jego powrocie do Polski. Ucieszył się z tego nieoczekiwanego odnowienia kontaktu po latach, Tak, pamiętał nasze rozmowy z tamtego czasu, najbardziej te o zdobywaniu niedostępnych rubieży polarnych – coś, co dzielni chłopcy lubią najbardziej! Najpierw zapytałem jak radzi sobie bez narkotyków? Powiedział, że przez te wszystkie lata zachował całkowitą abstynencję i czuje się z tego powodu bardzo szczęśliwy. Pokonał też problem alkoholu, który występuje często u neofitów, bardziej wyczulonych na niebezpieczeństwo narkotyków, a niedoceniający zagrożenia ze strony alkoholu.
– Być wolnym od tych uzależnień, ta tak, jakby odzyskać utracone życie. – Mówił przez telefon.
-A żona? A Rodzina? – Pytałem.
– Z żoną rozwiedliśmy się. Nie pasowaliśmy do siebie.
– Dawno?
– Niedawno. Czekałem aż podrosną dzieci, bo urodził nam się jeszcze syn. Ona była taka, że jej zawsze było wszystko jedno, a mnie ciągnęło do świata, do ciekawych ludzi. Nie mamy z sobą kontaktu. Dzieci są już dorosłe, a ona wyjechała do Stanów.
Słuchałem jego słów, słuchałam… I nagle uświadomiłem sobie, że przez ćwierć wieku, jakie minęło od naszego pierwszego spotkania w ośrodku, spirala czasu dokonała jakiegoś bolesnego skrętu. I znów ujrzałem go w dole, który teraz wydawał się jeszcze głębszy, wspanialszy, i jakby bardziej godny podziwu. Wydobywał z niego rzeczy mogące budzić zachwyt, a może nawet zazdrość. Usypywał je dookoła na powierzchni, jak przed laty wysokie pryzmy żółtego piachu. Była tam sieć dobrze prosperujących hurtowni, dwa domy, niedawno nabyte nowe grunty, nowa – lepsza i mądrzejsza żona, urlop na Karaibach, elitarne towarzystwo, sukcesy dzieci… Słuchając tego myślałem: Kto teraz poda mu drabinę?
– Czasem przychodzi do mnie pewien ksiądz, rozmawiamy. Ale zawsze odchodzi zdenerwowany. Ja w Boga wierzę, ale nie uznaję żadnych dogmatów, zwłaszcza ustanowionych przez Kościół – odpowiada na moje pytanie o znaczeniu religii i Boga w jego życiu.
W tym dole pan Ryszard nie jest sam. Przed nim było tam już wielu, a zaczęło się wszystko od pierwszego Adama z żoną, którzy nie uznali „dogmatu” o zakazanym owocu. Wielu jaszcze ustawia się w kolejkę, z nadzieją, że odnajdą tam swoje szczęście, jak przysłowiowy skarb ukryty w ziemi. W tym tłumie uwijają się niezłomni księża z jakubowymi drabinami do Nieba, i niepozorni wolontariusze, którzy, wbrew swej słabości, zbierają siły aby kogoś z tej pułapki wydobyć. Do dna głębokiego dołu przebija się niewielki, okrągły skrawek Nieba – im głębiej, tym jest on mniejszy. Dopiero na powierzchni – daleko, aż po horyzont – zobaczyć można zrównoważoną proporcję obszaru Nieba i Ziemi, na okręgu których teraz żyjemy.
Czesław Wójcik – Uglis

Skrócona wersja tekstu została opublikowana w: „Polskie rozstania”, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2009, s. 42 – 55.  
Tekst ten przedstawia wydarzenia prawdziwe, imiona bohaterów zostały zmienione.


 

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.