Obrona Jasnej Góry w 1655 roku – część IV: Dziwne „przypadki”

GDY PYTAMY O CUD NAD WISŁĄ W 1920 ROKU, NAJPIERW ZATRZYMAJMY SIĘ PRZY FENOMENIE CUDOWNEJ OBRONY JASNEJ GÓRY W CZASIE POTOPU SZWEDZKIEGO.

Zapraszam do przeczytania wcześniejszych części tego opracowania; niżej na stronie głównej; lub w zakładce „Jasna Góra”.

Słownik Języka Polskiego określa przypadek jako „zdarzenie, lub zjawisko, których nie da się przewidzieć”. Nie czas i miejsce, aby tutaj roztrząsać nieprecyzyjność tego określenia.

Od strony naukowej zajmuje się tym teoria prawdopodobieństwa, będąca działem matematyki, badającym zdarzenia losowe. I chociaż jej rozwój przyniósł nauce dużo korzyści, na przykład otworzył drogę do rozwoju fizyki kwantowej, to jednak ze względu na pojawianie się licznych paradoksów, teoria ta nie stwarza możliwości wyjaśniania wszystkiego, co dotyczy człowieka na poziomie egzystencji materialnej, a tym bardziej na poziomie jego życia duchowego.

W sferze paranaukowej przeważa pogląd, że coś takiego jak przypadek nie istnieje. Może najdobitniej wyraził to już w starożytności Demokryt: „Ludzie z przypadku uczynili mamidło, którym usprawiedliwiają swą własną głupotę”.
Z trafną intuicją potraktował przypadek Friedrich Schiller: „Przypadków nie ma; to, co jawi się nam jako ślepy traf, pochodzi właśnie z najgłębszych źródeł.” – chociaż mogą pojawić się trudności w ustaleniu, co dla Schillera oznaczają „najgłębsze źródła”?

Trzeba więc, stwierdzić: Nie ma przypadków dziwnych, ani szczególnych, ani przypadków zwykłych, ani niezwykłych – bo nie ma żadnych przypadków. Gdyby były, to byłyby zaprzeczeniem mocy Boga, który jest także Panem przypadków.
Są tylko zdarzenia, których natury nie rozumiejąc, nazywamy przypadkami. Wiele takich zdarzeń znajdujemy w opisie walk, w pamiętniku o. Augustyna Kordeckiego – Przeora Jasnej Góry.

Oblężenie klasztoru jasnogórskiego - obraz ze zbiorów jasnogórskich              „Oblężenie Klasztoru Jasnogórskiego” – obraz ze zbiorów jasnogórskich.

ZNISZCZENIE SZWEDZKIEJ PÓŁKARTAUNY.
Jednym z takich wypadków, które skłaniają do refleksji nad ich naturą i przyczyną, jest cytowany już we wcześniejszych wpisach zniszczenie drugiego działa burzącego; 24 – funtowej półkartauny, która rozpękła się w czasie intensywnej nawały artyleryjskiej na Jasną Górę, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Jeszcze raz odnośny fragment z pamiętnika o. Kordeckiego:

Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dżbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa, i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli działo zdruzgotanym a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula owa, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej – była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano; o czym Okrasa jako klasztorny bywalec dobrze wiedział.

To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taka siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej tego dnia, ani w żadnym następnym, huku dział nie słyszano, tak iż się zdaje, że jakaś wielka, cudowna a nieprzyjacielowi szkodząca potęga koniec oblężenia Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli.” (A. Kordecki, „Pamiętnik oblężenia Częstochowy”, Częstochowa 1982, s. 77 – 78)
Szwedzi posiadali dwie takie półkartauny. Pierwsza została zniszczona celnym strzałem armatnim z Jasnej Góry 14 grudnia. Tak więc, obydwa, tak niebezpieczne dla jasnogórskiej fortecy ciężki działa przeznaczone do burzenia murów, zostały wyeliminowane z walki. Wyżej opisane zniszczenie drugiej półkartauny może budzić w umysłach mniej wyrobionych zdumienie – a dla dociekliwych i krytycznych – wzmożoną chęć poznania prawdy, o ile będzie ona w całej pełni udostępniona umysłowi ludzkiemu. Bo tam, gdzie „Boży Palec dotyka Ziemi”, nie wszystko jest poznawalne ludzkim rozumem.

UKARANIE BLUŹNIERSTWA I ŚWIĘTOKRADZTWA.
”W […] samą uroczystość Niepokalanego poczęcia N. Panny Maryi żołnierz Szwedzki, zacięty nieprzyjaciel Bogarodzicy, wracając do obozu z Rędzin, wioski Pana Tomasza Przerombskiego, w którego domu bluźnił był bezecnymi usty przeciw czci Najświętszej Panny, poległ przed kościołem Św. Barbary od kuli działowej, innym kierunkiem niż sobie puszkarz [artylerzysta – CWU] zamierzał lecącej i od śniegu odskakującej. Tak tedy poniósł słuszną karę z ręki Boga, jako niegodny oglądać słońca, który Najświętszej Rodzicielce wiekuistej jasności i chwały uwłaczał.” (Tamże, s. 51).

Podobnie zdarzyło się polskiemu żołnierzowi – zdrajcy. W pierwszym okresie szwedzkiego potopu, część Wojska Polskiego przeszła na służbę króla szwedzkiego. Wojska takie wchodziły także w skład korpusu Millera, pełniąc w czasie oblężenia Jasnej Góry na ogół rolę pasywną.
„W tym czasie żołnierz z oddziału wojska Polskiego ugodzony kulą z rusznicy, poniósł karę za to: że przemyśliwał o dopuszczeniu się gwałtu na Miejscu Świętym i zostawił tym samym przykład dla późnej potomności. Ten bowiem ohydną żądzą zysku zapalony, obiecywał sobie i swym współtowarzyszom obfity łup z rozlicznych bogactw Jasnej Góry.
Właśnie w tej chwili, kiedy odwodzącym go od świętokradzkich zamiarów rzekł: Godzić się nam, to którzy po stronie Szweda walczymy, w tej właśnie chwili kula z murów puszczona uderza go w głowę, mówiącego strąca z konia na ziemię i razem z życiem gasi świętokradzką żądzę łupu.”
(s.24).

ZDUMIEWAJĄCA NIESKUTECZNOŚĆ SZWEDZKICH ATAKÓW.
Dziwili się sami Szwedzi, że ich ataki są tak mało skuteczne, chociaż bardzo starali się podpalić klasztor. Za przykład niech posłuży fragment z cytowanego już wcześniej opis artyleryjskiego ataku na klasztor, w niedzielę 24 listopada:
Stali na murach nieustraszeni obrońcy z równą gotowością do wytrzymania niebezpieczeństwa ze strony nieprzyjaciela, jak do niesienia takowego; stali z tym większą odwagą, skoro spostrzegli, że wiele pocisków pada bezskutecznie chybiając celu – niektóre lekko tylko dotykają się murów – inne blisko nich upadają – inne (o cudzie!) od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakują, inne z nich wreszcie, nic nie zrobiwszy przenosiły i więcej szkody swoim z przeciwnej strony szturm przypuszczającym sprawiły niż oblężonym.” (tamże, s. 29 – 30).

Podobnie było nazajutrz i w dni następne: ”Niekiedy przecież kule wpadłszy między belki dachów groziły istotnym niebezpieczeństwem pożaru, lecz czuwająca bezustannie straż porywała je zaraz i zrzucała, postrzegłszy dym lub płomień. I zaiste, tylko Opatrzności Boskiej przypisać należy, że dachy drewniane (przy całym swym obszernym rozgałęzieniu i rozłożeniu) dostarczając dla ognia suchego żywiołu, nie stał się pastwą płomieni. Również i to było następnej nocy cudownym zjawiskiem; że kula rozpalona wpadłszy pod dach, odbiła się od komina i padła obok kolebki dziecięcia, lecz ani samego niemowlęcia nie uszkodziła, ani kolebki jego nie zapaliła.” (s.30 – 31).

SZWEDZKIE KULE WRACAJĄ DO ICH OBOZU.
Niezwykłe są też zapiski Ojca Kordeckiego o szwedzkich kulach godzących w ich własny obóz. Działo się to w dwojaki sposób; albo na skutek przestrzelenia – gdy pociski przelatywały ponad klasztorem, czyniąc szkodę własnym wojskom po drugiej stronie twierdzy, albo – co bardziej zdumiewające – odbijały się od murów i wracały do Szwedów, niejednokrotnie czyniąc im spustoszenie. Tutaj znów warto ponownie zatrzymać się, przy opisie zniszczenia drugiej szwedzkiej półkartauny w pierwszy dzień Świat Bożego Narodzenia, w którym czytamy: „Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały” – czytaj więcej wyżej – w tym wpisie pierwszy cytat z pamiętnika o. Kordeckiego.

Musiały takie zdarzenia powtarzać się często, gdyż mówili o tym sami Szwedzi: „Wielu wiary godnych mężów ze Szlachty zeznało: jako miedzy opowiadaniami Szwedów oblężonych to szczególniej uwagi godnego z ich ust usłyszeli: „Często (mówili Szwedzi), gdyśmy się zabierali szturmowania klasztoru burzącymi działami, pokazywała się mgła, którą otoczona góra zwodniczym cieniem wzrok patrzącym łudziła – zdawało się, że góra z klasztorem wysoko w powietrze poszła, dokąd gdy strzały z dział kierowano, pociski do obranego w powietrzu celu zrzucone przenosiły klasztor nie szkodząc mu bynajmniej.
Niekiedy zaś, wśród tej ciemnej i podobnież łudzącej wzrok mgły, widzieliśmy klasztor na niskim pagórku stojący; gdy tedy nasi puszkarze ciemnością złudzeni tak przedstawiający się klasztor na cel brali, kule przed murami twierdzy padały a odbijając się od zmarzłej wtenczas ziemi z wielkim zapędem na powrót leciały”.
(s. 89 – 90).

W innym miejscu czytamy: „Tu zdarzyło się także to pamięci godne: że gdy z nieprzyjacielskiego obozu kilka kul ognistych rzucono na klasztor, jedna z nich utkwiła wprawdzie w dachu kaplicy Matki Boskiej, lecz nagle odszkoczyła; druga z boku do uświęconego Miejsca zmierzając, jak gdyby siłą ukrytą odtrącona zwróciła się ku obozowi, po powietrzu straszliwy ogień rozrzucając.” (s.32).

NIEJASNE OKOLICZNOŚCI ŚMIERCI SIOSTRZEŃCA GEN. MILLERA.
”Zdarzyło się tego dnia, o zmierzchu [12 grudnia – CWU], iż przywódca dział Szwedzkich wystrzelił że śmigownicy we dnie ustawionej i nabitej ku stanowisku Millera, tak iż kładącego się spać siostrzeńca jego w brzuch kulą ugodził i na łożu wuja trupem położył. Przypadek ten byłby samego Millera spotkał, gdyby nie był ustąpił owego nieszczęsnego łoża siostrzeńcowi, którego ten zaszczyt drogo kosztował, bo go życiem przepłacił. Ciało z wydartymi wnętrznościami smutny przedstawiało widok, nie potrafiło jednak wstrzymać Millera w przedsięwziętym zuchwalstwie i dzikości. Nie zastanawiał się nad tym, że tylko przypadkiem uniknął wielkiego niebezpieczeństwa i nie lękał się, aby go podobna dosięgła kara. Owszem ciężka boleść serca podniecała go do próbowania wszelkich środków, jakie tylko mściwy umysł mógł wynaleźć, do zniszczenia i zrównania z ziemia klasztoru.” (s. 55).

Powyższa informacja Ojca Kordeckiego o okolicznościach śmierci siostrzeńca gen. Millera jest nie całkiem jasna. Wątpliwości nie ulega, że zginął on od kuli armatniej. Ale czyja to była kula? Jeśli było tak, jak czytamy w polskim wydaniu pamiętnika, to oznaczałoby to zamach ze strony własnego wojska Millera. Ale gen. Miller nie podjął żadnych działań przeciwko swoim.
Prawdopodobnie zacytowany tekst z pamiętnika o. Kordeckiego został nieprawidłowo przetłumaczony z łaciny, i jest chyba błędem edytorskim wydania, które posłużyło nam do sporządzenia tego wpisu.
Tak, czy inaczej – śmierć siostrzeńca Millera, w łóżku swojego wuja, trzeba uznać za zdarzenie bardzo niezwykłe. Miller i jego obsługa mieli wystarczające doświadczenie wojenne, aby wiedzieć gdzie i w jakiej odległości, należy rozbić namiot naczelnego dowódcy, aby zagwarantować mu bezpieczeństwo w czasie zmagań artyleryjskich. A jednak…

RÓWNIEŻ INNE SZWEDZKIE PRÓBY OPANOWANIA JASNEJ GÓRY SPEŁZŁY NA NICZYM.
Nieskuteczne okazały się prowadzone bez powodzenia podkopy w celu wysadzenia klasztoru w powietrze, z powodu dużej twardości skał wapiennych (tzw. jurajskie wapienie skaliste) oraz wycięcie podziemnej brygady górników w czasie jednego z wypadów obrońców klasztoru.

Podobnie nieskuteczne okazały się próby bezpośredniego ataku na mury, dzięki skutecznemu ostrzałowi artyleryjskiemu z Jasnej Góry – likwidującemu podciągane machiny oblężnicze.

W końcu, do zdarzeń niezwykłych, trzeba też zaliczyć rzadko spotykaną niezłomność, cierpliwość, wyjątkowy hart ducha i niezwykłe zdolności dyplomatyczne dowódcy obrony jasnogórskiej – Ojca Augustyna Kordeckiego.
Jego przedłużanie pertraktacji w sprawie poddania klasztoru, a w końcowym okresie obrony odrzucenia żądania zapłacenia okupu za odstąpienie Szwedów od Jasnej Góry – były działaniem o nie mniejszym znaczeniu niż wysiłek zbrojny.
Czesław Wójcik – Uglis

                                                   Ciąg dalszy nastąpi

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.