Eugeniusza Małaczewskiego droga na północ – „gdzie polarna gwiazda świeci”

„W roku 1918 nie było lądu na kuli ziemskiej, gdzie by korpusem lub dywizją, pułkiem lub kompanią, plutonem lub wreszcie garstką, z kilku zaledwie ludzi złożoną, lecz noszącą za to głośny tytuł „Oddziału WP”, nie tworzyło się wojsko polskie.
We Włoszech i Francji, na Białej Rusi i Ukrainie, w Murmańsku i na Syberii, w Chinach i Ameryce stawali Polacy do szeregu żołnierskiego. Rzekłbyś: po całym świecie rozgubiony, ziarnko po ziarnku po wszystkich ziemiach rozsnuty różaniec z serc ockniętych nagle zbierał się tu i ówdzie a nizał się szeregami na jakąś nic nierozerwalną, prowadzącą przez wszystkie lądy i morza, góry i rzeki do jedynego celu, do Polski.” – tak pisał żołnierz – tułacz, poeta i pisarz Eugeniusz Małaczewski ( E. Małaczewski, „Utwory zebrane”, Łomianki 2008, s. 336).
Był On świadkiem i uczestnikiem wielkiej epopei i dramatu polskich żołnierzy na obszarze Rosji, zagarniętych w wir bolszewickiej rewolucji:
„Latem roku 1918 po bitwie kaniowskiej biura POW [Polskiej Organizacji Wojskowej – CWU] na Ukrainie wysłały przez Rosję na Murmańsk kilka tysięcy oficerów i żołnierzy. [gdzie przy boku koalicjantów; Anglii i Francji, mieli się skupiać rozproszeni żołnierze polscy przeznaczeni do zasilenia powstającej we Francji Armii gen. Józefa Hallera – CWU] Z tych – kilkuset dotarło do oddziałów murmańskich, przypuszczalnie tyluż przedostało się na Sybir do oddziałów pułkownika Czumy i Jakubowskiego. O reszcie – nic pewnego nie wiadomo. Natomiast chodziły wiadomości o licznych egzekucjach śmierci na Polakach w wiezieniach i czerezwyczajkach czerwonej Rosji. Pastwą bolszewickich okrucieństw przeważnie padali ci z żołnierzy, którzy nie umieli po rosyjsku. A więc byli jeńcy z armii austriackiej, zaś przede wszystkim rozbitkowie drugiej, tzw. „żelaznej” brygady jenerała Hallera. (tamże, s. 368).

Eugeniusz Małaczewski (1895? - 1922)

On także odbył taką drogę na północ. Tak później opisał ją, w jednym z prywatnych listów: „[…] na Murman dostałem się nie łatwo. Wpierw odsiedziało się we wszystkich wiezieniach miejskich, jakie są po drodze od Jarosławia do Archangielska. Spacerowało się po ulicy pod widelcami (bagnetami). Było się pod sądem wojennym, sądem polowym. Poznało się całą, rzeczywiście b. [ardzo] mądrą i sprężystą administrację policyjną Sowietów. Było się w końcu skazanym na rozstrzelanie. Ale krętactwo, do któregom się przypatrzył za młodu w kancelariach mecenasów (gdzie po śmierci ojca pracował jako praktykant – pomocnik adwokata), wybawiło mnie z tych opresyj. Umiałem się bronić słowem […], gdzie to nie pomogło, kogoś się przetrąciło jego własną kolbą i jazda dalej na północ śladem Hallera, gdzie polarna gwiazda świeci. (Tamże, s.10).
To przywołanie gwiazdy polarnej może nie było w pełni świadomą metaforą jego drogi życiowej i życiowego przeznaczenia. Przez nieprawdopodobne trudy, upokorzenia, cierpienia, rany, fronty, bitwy i choroby – miał przybliżać się (z rodzinnej Kijowszczyzny) nie tylko do wymarzonej wolnej Polski, ale i  do celów wyższych niż Ojczyzna.
Zanim powaliła go na łoże śmierci gruźlica, której nabawił się w bolszewickich wiezieniach i na bagnach Murmania, wydał jeden tom wierszy i jeden zbiór opowiadań („Koń na wzgórzu”). Ale za to jakich opowiadań!! Uznano, że jego proza dorównuje sienkiewiczowskiej. Żeromski podpisał się w liście do Niego z wyszukaną uniżonością –  jako „Sługa i brat” (co u Żeromskiego może skrywać pewną dwuznaczność). Z największą czułością mówił o Nim Kornel Makuszyński, a popularny i wspaniały Artur Oppman (Or – Ot) napisał: „Był cichy, pracowity, górny; był w sercu promienny, a w myślach dziewiczo biały. Walczył za Polskę, śpiewał dla Polski i umarł z myślą o Polsce.”

Ale było jeszcze coś ponad Polską, do czego dotarł w swych górnych wędrówkach Eugeniusz Małaczewski. I choć niektórzy autorzy piszący o nim, w nawiązaniu do Jego kontaktów w roku 1921 z twórcami Instytutu Mesjanistycznego w Warszawie,  chcieli by widzieć Go bliżej kręgu tego „zakonu”, gdzie cyrklem mierzy się mądrość, a kielnią klajstruje wiedzę, to jednak Małaczewski nie pozostawił w tym względzie wątpliwości.
Za mało tu miejsca na szerszą prezentacje jego uczuć i myśli, ale może, chociaż ten cytat:
„Bardzo często zaglądam do jednej książeczki starej, która ma prawie dwa tysiące lat. Jej tytuł grecki wykłada się po polsku Dobra Nowina. Książeczka pisana jest słowem podobnym gwiazd, błyskawic, ptaków niebieskich, kwiatów polnych i do naiwnych powiedzeń cudownych dzieci. Ale jej królowanie nad nami wiekuiste zawiera się nie w słowach, lecz w mocy. W ciągu dziewiętnastu wieków tysiące milionów ludzi czerpało ze źródła tej mocy wszystką duszą i sercem całym, lecz źródłom nic nie ubyło z ich wody żywej, podobnie jak rzesze najliczniejsze nie zdołałyby w ciągu wieków, pracując wszystkim mnóstwem swych dłoni, wyczerpać głębin Atlantyku.” (Tamże, s. 442).

Zmarł młodziutko, w wieku 27 (może nawet 25 lat, bo są wątpliwości, co do dokładnej daty urodzin). Czy za wcześnie? Bardzo za wcześnie! I to ściśnięte gardło i serce, że i Takie Perły poszły na ten stos…  Ale ponad tym, są jeszcze sady Boże i Boże plany. Spełnił się pięknie – w doskonałości czynu, myśli i ducha. Nie wolno Jego pięknego życia zapomnieć, bo to ciągle pulsujące miłością Ojczyzny i Boga Polskie Serce. I słowa, które razem z krwią tamtego pokolenia wsiąkły w polski ugór, dzisiaj tak okrutnie zachwaszczony…

Czesław Wójcik – Uglis

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.