Popielec Brandstaettera – z dodatkami Wójcika – Uglisa

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA                                    „Zwieńczenie starego grobowca” – Copyryght © Czesław Wójcik – Uglis

Gdzieś, niedaleko, likwidowano cześć mniej poczytnego zbioru parafialnej biblioteki. Ktoś wyjął ze stosu makulatury mocno sfatygowany egzemplarz książki Romana Brandstaettera – „Przypadki mojego życia”. Luźne, pożółkłe, kartki wskazywały, że czas jej książkowego życia dobiega już końca, i tak jak stare statki tnie się na żyletki, tak i stare książki – jeśli nie zostaną spopielone – mogą jeszcze cieszyć się nadzieją, że ich celulozowa materia nabierze nowego życia w jakimś nowym wydaniu – i byłby to chyba jedyny dowód na istnienie reinkarnacji – ograniczonej, co najwyżej, do starych książek i starych statków.
A jednak! Stare książki zawierają czasem coś z mądrości posiwiałych skroni, która przetrwa popioły, co będą warstwami przykrywać szlachetne srebro minionego czasu.
Oto, wybieram z tej książki stosowny fragment:

Wystarczy przejść się po pięknym cmentarzu w Sanki Martin – jest to miejscowość położona w korynckich Alpach – by zrozumieć duchową nędzę bogacza, który nawet po śmierci chciałby być oceniany według wielkości swojego doczesnego majątku. Na marmurowych nagrobkach, przy imionach i nazwiskach dostojnych obywateli miasteczka, czytamy: „właściciel domu”, „kupiec i właściciel nieruchomości”, „adwokat i właściciel dóbr”, „żona właściciela domu”. Ale rekord pokory i ewangelicznego ubóstwa pobiła rodzina S., która na grobie swojego patriarchy umieściła napis: „właściciel młynów, tartaków i domów”.
Nigdzie nie znalazłem na żadnym z nagrobków napisu: „Tu leży właściciel spróchniałych kości”. (Roman Brandstaetter, „Popielec”, [w:] „Przypadki mojego życia”, Poznań 1988, s. 218).

Przed wielu laty, miałem i ja okazję odbycia kilku życiowych podróży, przeważnie na północ – i jak przystało na biedaka i jałmużnika – niezbyt odległych. Jedna z nich zatrzymała mnie nieco dłużej w Toruniu. Aby pozostać przy temacie – poskramiając pokusy rozklekotanej klawiatury – napiszę, że przechodząc kiedyś koło cmentarza położonego prawie w środku miasta, zobaczyłem napis na nagrobku: „Tu leży Mgr […] Kowalski”. Imienia już dziś nie pamiętam. Może to i lepiej, bo ujawnienie, tylko tak pospolitego, nazwiska nie będzie chyba naruszeniem danych osobowych, które teraz – w pozorach pozornej demokracji – pozornie wydają się być lepiej chronione.
Był to czas, w którym niewiele uwagi poświęcałem cmentarzom, jak i wszelkiej eschatologii. Ale ten nagrobek był położony przy samym ogrodzeniu z metalowych prętów, które umożliwiało przechodzącym oglądanie kamiennych postumentów, a przylegający do ogrodzenia chodnik, stawał się jakby częścią alei zasłużonych.

I cóż nasz śp. Magister? Trudno wnikać w przyczynę takiej ekspozycji. Może było dużo trudu i wyrzeczeń dla zdobycie tego tytułu? Może ktoś z bliskich uległ pokusie świetlistego płotu? A może było jeszcze coś, czego nigdy nie poznamy…?
Minęło wiele lat. Nie wiem, czy ten napis jeszcze tam jest? A jeśli jest, to czy pozostaje aktualny? – bo może jest już doktorat, a i przecież habilitacja…? A w przyszłości – kto wie – może i profesura? Wieczność jest długa, wystarczy czasu na wszystko…
Dzielni mieszczanie toruńscy dali kiedyś po zębach Krzyżakom, wypędzili ich z toruńskiego zamku, i spokojnie zajęli się wypiekiem pierników. Ale wszystko; wszelka materia; majętności; dyplomy; medale; szarże; nominacje i tytuły, ba – nawet historia – ulega spopieleniu, jeśli nie nosi w sobie zarodka przyszłego życia.
Nie stanowi to jednak jakiegokolwiek usprawiedliwienia także i dla biedaków, a jeśli już, to może tylko świadomość, że bez takiego bagażu i pokręconej duszy, łatwiej będzie przejść przez „ucho igielne” – ustawione gdzieś na granicy pierwszego i drugiego życia.
Czesław Wójcik – Uglis

← powrót

Możliwość komentowania jest wyłączona.